Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Dziecko trzyma myśli w gardle, a sen na kołdrze

0 213

Pięcioletnie dziecko uważa, że gdy zamknie usta, to przestaje myśleć, a słońce pozbawione swej nazwy przestaje być słońcem. Musi minąć kolejne pięć lat, żeby zaczęło myśleć inaczej.

Filozofem jest człowiek, który się bardzo zastanawia i chce koniecznie wiedzieć, jak wszystko jest naprawdę.

I takie są dzieci. Trudno im powiedzieć, co czują i o czym myślą, bo trzeba mówić wyrazami. Ale dzieci są filozofami... – tak wiele lat temu pisał Janusz Korczak – lekarz, działacz społeczny i pedagog, wielki przyjaciel najmłodszych.

Dziecięca filozofia w niczym nie przypomina naszej: kilkuletnie dziecko nie zdaje sobie sprawy z subiektywizmu poznania, relatywizmu doświadczeń, względności rzeczy. Pewnym i ostatecznym źródłem wiedzy są dla niego doznania zmysłowe, czyli to, co widzi, słyszy i czuje. Dziecku brak świadomości złudności, fałszywości informacji płynących ze zmysłów. Stąd dziecięca filozofia skupia się wokół realizmu, który przenika wszystkie sfery funkcjonowania – poznawczą, moralną i emocjonalno-społeczną (Turner i Helms, 1999).

Dziecko traktując treści własnej świadomości tak, jakby miały one materialne odniesienie, dokonuje aktu „reifikacji”, „urzeczowienia” obiektów nie mających konkretnej postaci, odpowiednika w sferze cielesnej. Konsekwencją jest zatarcie granic między tym, co wewnętrzne i zewnętrzne, niemożność odróżnienia doznań psychologicznych od obiektywnych faktów.

Oryginalną filozofię małego dziecka najbardziej wyczerpująco badał i opisał wybitny szwajcarski psycholog, Jean Piaget, autor wydanej w 1926 roku książki „Jak sobie dziecko świat przedstawia”. O tym, czym jest myśl, nazwa, sen – czyli o zjawiskach, które wcześniej badał Piaget – rozmawiałam z przedszkolakami i uczniami młodszych klas szkół podstawowych.

Świadomość, że myśl jest dziełem człowieka i jego prywatną własnością, cechuje ludzi dorosłych. Dzieci wyobrażają sobie myśl zupełnie inaczej: pięcio-, sześciolatek kojarzy ją z głosem. Dziecko uważa, że myśleć to znaczy wymawiać wyrazy i ma w tej sprawie takie oto opinie: „ludzie myślą, gdy mówią, a przestają myśleć, gdy zamykają usta”, „ryba nie może myśleć, bo nic nie mówi, a zwierzę, jak mówi, np. szczeka albo miauczy, to może myśleć”. Narządem służącym do myślenia są usta, język albo uszy (tu wpada głos) – jest przekonany pięciolatek.

Dziecko nie odróżnia rzeczy, o której myśli, od refleksji na jej temat. Ta ostatnia jest materialna – zlana z obiektem – staje się jego częścią, równoważną takim jego cechom, jak: kolor, wielkość, kształt.

Sześciolatek uważa, że: „myśl zbudowana jest z kości”, „gdy się myśli o rzeczach, które są prawdziwe, to można myśli dotknąć”, „myśl można dostrzec – lekarz ma takie specjalne urządzenie do oglądania gardła i jak tam głęboko zajrzy, to może ją zobaczyć”.

Gdy dziecko ma osiem lat, pojawia się konflikt między jego osobistymi przekonaniami a informacjami udzielanymi przez dorosłych: automatycznie, bezrefleksyjnie zaczyna przejmować i powtarzać sądy osób dorosłych i mówi, że procesy myślenia zachodzą „w głowie, a dokładnie w czole”, a nawet „w mózgu”. Te i podobne wypowiedzi są jednak, zdaniem Pia-geta, pustosłowiem: dziecko nadal spontanicznie rozumie myśl jako „głos w głowie” lub „szyi”. Wciąż także przypisuje myśli strukturę materialną, twierdząc, że jest ona „tchnieniem”, „wiatrem”, „powietrzem”, „dymem”, „malutką chmurką”, „krwią”, „jakąś kulką, balonikiem” albo systemem „rurek, przewodów, kabli”. Dziecko sądzi, że nie można myśleć z zamkniętymi oczami, ustami, z zatkanymi uszami, bo: „nic się wtedy nie widzi”, „nie można mówić”, „nie słyszy się myśli”. Wciąż uważa, że myśli są na zewnątrz ciała.

Dopiero około 11-12 roku życia sądy, początkowo tylko powtarzane za dorosłymi, stopniowo stają się osobistymi poglądami dziecka. Zaczyna ono zdawać sobie sprawę, że myśl nie wchodzi w skład rzeczy, których dotyczy, że jest zasadniczo różna od zjawisk, które przedstawia. Nastolatek umiejscawia myśl w głowie i zaczyna wierzyć, że myśl jest niewidzialna, niedotykalna i nieuchwytna.

Dla pięcio-, sześciolatka nazwa przynależy do przedmiotu, jest jedną z podstawowych jego właściwości, podobnie jak barwa czy rozmiar. U dziecka w tym wieku istnieje silna tendencja do ścisłego wiązania imienia z obiektem. Doskonale oddaje to aforyzm Tuwima: „Słowa wiszą na przedmiotach jak kartki z ceną”. Pięciola-tek jest pewien, że wystarczy spojrzeć na słońce, żeby poznać jego nazwę – tak jakby ta ostatnia zawierała w sobie wszystkie podstawowe cechy: żółty kolor, ogromną wielkość, okrągły kształt, wysyłanie promieni (dawanie światła). W rozumieniu dziecka nazwa pochodzi od przedmiotu i dostaje się do głosu, czyli ludzkiej myśli, nigdy odwrotnie.

Według przedszkolaków nazwy są wieczne, istnieją od zawsze. Inaczej przedmioty: te egzystują od momentu, w którym zostają nazwane. A nazwa jest specjalnie dobrana, dopasowana do właś-ciwości rzeczy tak, by ujmowała najistotniejsze jej cechy. Można powiedzieć, iż właściwości nazywanej rzeczy wyznaczają nadawane jej imię. Pięcioletnia Ania uważa tak: „Słońce nie może być w nocy, ono jest tylko w dzień, a księżyc nie może być w dzień, on jest dopiero w nocy, [...] jakby się tak nie nazywały, to słońce by nie było żółte i takie ogromne, a księżyc taki ładny rogalik”. Dziecięcy animizm – „ożywianie” przedmiotów martwych – podpowiada także inne wyjaśnienie, które akcentuje uczucie przywiązania do swego imienia: „Nazw księżyca i słońca nie wolno zmieniać, bo słońce by się rozgniewało, a księżyc też by nie był zadowolony, oni by tego nie chcieli”. Przedszkolaki są przekonane, że wszystkie istniejące, posiadające nazwy przedmioty znają swoje imiona, że są w pełni świadome swych przymiotów.

Gdy dziecko ma 7-8 lat, dotychczasowe przekonanie o nierozerwalnym związku rzeczy z ich nazwami zostaje poddane rewizji. Choć dziecko wciąż nie rozumie, że to człowiek nadaje rzeczom imiona, zaczyna jednak umiejscawiać nazwę poza przedmiotem – w otaczającej przestrzeni, powietrzu, wszędzie tam, gdzie „została ona wymówiona i swobodnie się unosi”.

Na pytanie: „Gdzie są nazwy?”, siedmiolatek odpowiada: „wszędzie”, „nigdzie”, „nie są w żadnym miejscu”, „w ustach” lub „w głosie”. Zgodnie z dziecięcym wyobrażeniem imię jest zatem czymś, co krąży, przemieszcza się między ludźmi, otacza tych, którzy się nim posługują.

Pierwszoklasista jest zdania, że nazwy zostały wymyślone przez Pana Boga albo pierwszych ludzi – razem z dziełami, które powołali oni do życia. Dziecko nadal jednak sądzi, że nazwy muszą być stałe, niezmienne. Siedmioletni Jaś twierdzi, że nie wolno słońca nazwać księżycem, a księżyca słońcem, bo wtedy „wszystko by się pomieszało – noce byłyby gorące, a dni zimne, w dzień byłoby ciemno i byśmy spali, a w nocy jasno i byśmy chodzili”.

W wieku 9-10 lat zmienia się punkt widzenia: dziecko staje się świadome tego, że proces nazywania ma charakter „odśrodkowy”, co oznacza, iż pierwotnym źródłem imion jest początkowo...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy