Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Czyste ręce w szkole

0 440

Wszyscy wiemy, że należy dbać o higienę osobistą. A jednak nie wszyscy jej przestrzegamy. Warto więc czasem przypomnieć sobie o prostych zasadach, które zapewniają zdrowe życie.

Maria Halińska jest psychologiem, pracuje w Szkole Podstawowej nr 10 w Puławach. Stale współpracuje z „Psychologią w Szkole” oraz miesięcznikiem „Charaktery”.

W szkole często spędzamy tyle samo czasu co w domu. Praca z dużą liczbą ludzi, w miejscu publicznym, wymaga rygorystycznego przestrzegania zasad higieny. Wirusy i bakterie czyhają nie tylko w szkolnych toaletach, ale też na korytarzach, w salach szkolnych, na przyborach używanych do nauki i pracy, w autobusach i tramwajach. Wylęgarnią drobnoustrojów są powierzchnie często dotykane przez wiele osób: klamki, wszelkiego rodzaju przyciski, słuchawki telefonów, spłuczki w toalecie.

Gdzie jest ich najwięcej? Większość z nas odpowie, że w toalecie. Jednak jak pokazał jeden z odcinków serii dokumentalnej „Top Ten”, jest wiele miejsc „bogatszych” w drobnoustroje. I tak wyniki badań amerykańskich pokazały, że lód wrzucany do napojów w restauracjach typu fast food zawiera więcej bakterii niż... woda w toalecie. Więcej bakterii niż na publicznej muszli znajduje się na podłodze wokół niej. Zwykłe biurko zamieszkiwane jest przez więcej drobnoustrojów niż ubikacja – wynika z badań profesora Charlesa Gerby, mikrobiologa z Arizony. Sprawdził on, że na blatach biurek oraz stojących na nich aparatach telefonicznych i myszach komputerowych, a także na długopisach i uchwytach szuflad jest średnio 400 razy więcej bakterii niż na desce klozetowej. Szczególnym siedliskiem zarazków jest klawiatura komputera – 10 procent pracowników amerykańskich firm nigdy nie czyści swoich klawiatur.

POLECAMY

Na dywanach (kiedy ostatnio prane były te w świetlicy czy oddziałach zerowych?) oraz gąbkach do mycia naczyń (kto wymienia te przy zlewach w pokojach nauczycielskich?) mieszka więcej bakterii niż w muszli klozetowej. Ogromna ich ilość osadza się na klamkach toalet (czy w szkole są odkażane?). Idealnym miejscem są dla nich również suszarki do rąk. Wydawałoby się, że to bardzo higieniczne urządzenie, jednak jak przekonuje dr Keith Redway, mikrobiolog z University of Westminster, w ciepłej suszarce panują idealne warunki do rozwoju bakterii i wirusów. Wraz z podmuchem gorącego powietrza drobnoustroje osiadają na rękach.

Aby unikać przenoszenia zarazków z miejsc publicznych, trzeba dotykać powierzchni w miejscach, w których większość ludzi tego nie robi, naciskać przyciski łokciem lub przez chusteczkę albo papier.

Mydło wszystko zmyje
Pani Magda, nauczycielka nauczania wczesnoszkolnego, przyznaje, że myje ręce kilka razy w trakcie lekcji. Niestety, nie robią tego jej mali podopieczni: – Choć ciągle im o tym przypominam, często nie myją rąk po wyjściu z toalety, malowaniu farbami czy rysowaniu. Książki i zeszyty niektórych dosłownie kleją się do rąk.
Częste mycie rąk to podstawa higieny osobistej. To stara, znana zasada, ale nie wszyscy jej przestrzegają. W szkole ręce należy myć po każdej lekcji. Jeśli nie mamy takiej możliwości, warto zaopatrzyć się w płyn dezynfekujący i wcierać go w dłonie.

Znaczenie ma też czas mycia. Niestety, większość z nas myje ręce przez około... 5 sekund. Badania wykazały natomiast, że wystarczy poświęcić tej czynności około 15 sekund, aby zredukować liczbę bakterii aż o 90 procent. Kolejne 15 sekund usuwa drobnoustroje całkowicie. Ręce powinno się myć również powyżej nadgarstków, a szczególną uwagę zwracać na powierzchnie pod paznokciami (szczególnie dotyczy to pań, które lubią mieć dłuższe paznokcie).
Należy pamiętać, by zawsze wysuszyć umyte ręce. Drobnoustroje łatwiej przylegają do mokrej skóry, dlatego lepiej wysuszyć dłonie papierowym ręcznikiem, niż nie dosuszyć suszarką
do rąk.

Nie stać mnie na chorowanie
Nie tylko uczniowie wypełniają szkolną atmosferę drobnoustrojami. Sami nauczyciele mniej lub bardziej świadomie przyczyniają się do tego. Przychodzenie do pracy w złym stanie psychicznym i fizycznym, na przykład podczas choroby, niewykorzystywanie urlopu doczekało się specjalnego terminu – presenteeism. Z badań serwisu internetowego Praca.pl wynika, że zaledwie 15 proc. Polaków nie przychodzi do pracy, kiedy choruje. Większość wychodzi z założenia, że lepiej przyjść i zarażać pozostałych oraz wydłużać okres swojej rekonwalescencji, niż narazić się na gniew szefa. Ponad połowa badanych stwierdziła, że nie może pozwolić sobie na chorowanie, więc chodzi do pracy mimo grypy czy anginy. Lekarz internista Elżbieta Blicharz ze Scanmed Multimedis w Krakowie podaje, że coraz częściej pacjenci odmawiają przyjęcia zwolnienia lekarskiego.
Naturalnie nie każde przeziębienie wymaga zwolnienia. „Jeśli nie ma objawów, takich jak bóle mięśniowe, podwyższona temperatura, kaszel, przykry katar czy łzawienie oczu, to można chodzić do pracy. Organizm sam poradzi sobie z małym przeziębieniem, które nie daje dolegliwości bólowych oraz uczucia ogólnego rozbicia”, wyjaśnia Elżbieta Blicharz w rozmowie dla portalu Praca.pl. Gdy więc łapie nas grypa czy przeziębienie, warto zastanowić się, czy jesteśmy niezbędni w pracy i co będzie lepsze – przyjście za wszelką cenę i obniżona wydajność czy kilkudniowa nieobecność, ale później pełnia sił i szybkie na...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy