Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

27 listopada 2017

Cieszy mnie dziś

62

Diagnoza była dla mnie wielkim szokiem, ale dziś wiem, po co żyję. To choroba pozwoliła mi poszukać odpowiedzi na pytanie o sens życia i poczuć apetyt na nie.

Przekonałam się na własnej skórze, że człowiek sam nie wymyśli takich scenariuszy, jakie napisze mu życie. Wiele osób pyta mnie, jak dowiedziałam się, że mam raka. Przez dobrych parę lat zauważałam różne dysfunkcje w moim ciele – dokuczał mi ból brzucha, obrzęki nóg i inne dolegliwości, brakowało mi energii. Zanim zauważyłam pierwsze objawy choroby, miałam talię „osy”, z czasem, co bardzo mnie zdziwiło, te proporcje zmieniły się. To bardzo ważne, aby wiedzieć, w jaki sposób może objawiać się choroba – w moim przypadku to był rak jajowodu – bo dzięki temu można szybko podjąć leczenie. Myślę, że to słaba edukacja i profilaktyka w tym zakresie sprawiają, że zbyt późno wykrywana jest choroba, co za tym idzie – leczenie wymaga długiej terapii i nie zawsze kończy się sukcesem.

POLECAMY

Na mojej mapie wędrówki po gabinetach lekarskich gabinet ginekologiczny był ostatni. To była sobota rano, przede mną weekend wypełniony planami wyjazdowymi. Po wizycie u lekarza zamierzałam jeszcze pojechać na zakupy. To, co wydarzyło się w gabinecie lekarskim, zmieniło diametralnie moje życie i wszelkie moje plany, bliższe i dalsze. To jeszcze nie była pełna i ostateczna diagnoza, tylko stwierdzenie, że w obrazie usg widać coś, co przypomina guza. Zapytałam lekarza, czy mam się tym martwić, a on odpowiedział, że na moim miejscu nie lekceważyłby tego.

Rozbawić Pana Boga

Moją historię mogłabym rozpocząć od cytatu z książki Woody według Allena: „Jeśli chcesz rozśmieszyć Boga, opowiedz mu o twoich planach na przyszłość”. Ta wstępna diagnoza po pierwszym badaniu była dla mnie szokiem. Coś mnie zatrzymało w poradni jeszcze przez dobre kilkanaście minut, zanim wyszłam do męża i powiedziałam mu o wynikach badania. To zatrzymanie było początkiem większego zatrzymania, chociaż sprawy potoczyły się błyskawicznie: operacja, leczenie pooperacyjne, kwalifikacja na oddział onkologiczny i chemioterapia. W maju diagnoza, w czerwcu operacja, a na początku sierpnia pierwszy kurs chemioterapii. To wszystko działo się szybko, ale moje życie zatrzymało się, zostawiając na drodze ostre ślady hamowania. Z dnia na dzień zostawiłam wszystko: zawodowe życie, którego szukałam długo i kochałam z całego serca; plany rodzinne i pozornie drobne codzienne sprawy, jak wypożyczona książka z biblioteki. Wszystko nagle stało się ogromne, ważne i strasznie poważne.

Czym dla mnie była diagnoza? Rak – samo słowo, pierwszy raz usłyszane, boli jak przypalanie ciała. Strach, zamęt, niedowierzanie, wrażenie sztywności i osłupienie. Gdy minął pierwszy szok, zaczęłam szukać odpowiedzi na pytanie: co dalej? Co dalej będzie ze mną, z moją rodziną, z pracą, ze wszystkim?

Nadszedł czas leczenia, trudny dla mnie i moich najbliższych. Rodzina, mąż, synowie, moja mama i brat bardzo mnie wspierali, choć sami – miałam wrażenie – czasem byli bardziej obciążeni psychicznie niż ja. To mnie bardzo przygnębiało i potęgowało mój lęk. Ciężka atmosfera w domu, zachowanie bliskich: ich smutne oczy, zmarszczone czoła, poważne miny, ich przerażone oczy i moje przerażone odbicie w lustrze – z tym spotykałam się każdego dnia. Moja rodzina i przyjaciele odczuwali zamęt emocjonalny – nie wiedzieli, czy mogą się uśmiechać, bo czuli smutek, ale przecież czasem można pożartować lub zwyczajnie wrócić do swoich obowiązków. Oni też szukali odpowiedzi na pytanie: co dalej? Nie radzili sobie z tymi uczuciami aż do ważnej rodzinnej rozmowy, którą sama zainicjowałam. Uznałam bowiem, że to, co się wokół mnie dzieje, nie pomaga mi w leczeniu. Rozmowa sprawiła, że opadło olbrzymie napięcie, jakie towarzyszyło nam od momentu diagnozy. Nasze nastroje zdecydowanie się poprawiły.

Budziłam się z nadzieją

Choroba pozwoliła mi skonfrontować się z własną słabością, ale też i siłą. Na początku choroby miałam poczucie, że nagle zniknęły moje umiejętności komunikacyjne, jakbym stała się pusta i pozbawiona zasobów, w których mogłabym szukać oparcia. Z czasem odzyskiwałam względną równowagę emocjonalną i odnalazłam siłę w czymś, co było ogromną wartością w całym moim życiu – w relacji z ludźmi. Stworzyli dla mnie tzw. siatkę wsparcia, choć wcześniej wcale o nich w ten sposób nie myślałam.

Odkryłam wielką moc relacji, otrzymałam wtedy mnóstwo dobrej energii nie tylko od najbliższych, ale też od ludzi z całej Polski i świata. Wspierali mnie nieustannie. Pewnego dnia od koleżanki z Mławy dostałam paczkę z burakami i marchewkami z przydomowego ekologicznego ogródka, koleżanka z Warszawy przysłała mi specjalny płyn do płukania ust po chemioterapii. Te oraz inne bezinteresowne gesty bliskości, pomimo odległości dzielącej mnie od życzliwych ludzi, były bezcenne! Potrzebowałam wtedy wsparcia, chciałam nadać mojemu życiu nowy sens, bo rak zadał mi taki cios, że na jakiś czas go straciłam. Wtedy też doświadczyłam, jak wiele może zdziałać rozmowa…

Czasem – gdy objawy po chemioterapii są szczególnie uciążliwe – trudno o nadzieję, tak potrzebną w trakcie leczenia. Pewnego dnia powiedziałam do męża, że nie musi robić nie wiadomo czego, wystarczy, żeby był. Tak rozumiałam wtedy nadzieję – dawała mi ją obecność kogoś bliskiego w momentach trudnych podczas leczenia, a także wtedy, gdy potrzebowałam ciepła jego ręki czy podania szklanki herbaty. To ważne słowo – nadzieja – nabrało dla mnie innego znaczenia za sprawą pobytów na...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy