Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie , Otwarty dostęp

15 czerwca 2020

NR 5 (Czerwiec 2020)

Ciasny kokon rodzicielskiej miłości. O nadopiekuńczych rodzicach

358

Jeszcze kilka dekad temu dzieci miały inaczej zdefiniowaną swobodę. Mogły się włóczyć, poznawać świat, mieć umorusane buzie i podarte spodnie. Nie miały telefonów komórkowych, rodzicie nie mogli więc nieustannie monitorować, z kim aktualnie przebywają i gdzie. Często wracały z zakrwawionym kolanem zabrudzonym ziemią. Jak to się stało, że czasy te odeszły w zapomnienie, a zjawisko nadopiekuńczości staje się coraz powszechniejsze?

Peter Gray, profesor psychologii na Boston College, w swojej książce Free to Learn przypomina, że wszystkie dzieci rodzą się z wrodzoną ciekawością, chęcią do zabawy i interakcji z innymi oraz głębokim pragnieniem poznania. Uważa on, że zabawa z rówieśnikami z dala od dorosłych to sposób, w jaki dzieci uczą się podejmować własne decyzje, ćwiczą zaradność, uczą się empatii, rozwijają pomysłowość i kreatywność. Niestety, ta nieskrępowana, wolna, spontaniczna zabawa, powoli zanika. 

POLECAMY

Mały odkrywca

Pozbawione troski dorosłego dziecko nie przetrwałoby w świecie. Jest ona warunkiem przeżycia i fundamentem zdrowego rozwoju. Całkowite oddanie rodzica kosztem większości własnych potrzeb jest naturalne i trwa zwykle do końca trzeciego roku życia dziecka. 
W miarę dorastania dziecko potrzebuje jednak coraz więcej okazji do dokonywania wyborów i próbowania własnych sił. Już raczkujące maluchy zachwyca ta nowa umiejętność, która pozwala im na chwilę oddalić się od rodziców. Niektórzy nie chcą jednak na to pozwolić. Nie odstępują dziecka na krok, nawet gdy wyraźnie potrzebuje coraz więcej przestrzeni. Mały odkrywca z jednej strony pragnie eksplorować świat i nabywać nowe umiejętności, a z drugiej – chce mieć w pobliżu bezpieczną bazę – ramiona opiekuna. Rodzic staje więc przed poważnym zadaniem: czuwaniem nad jego bezpieczeństwem (wyznaczanie granic, formułowanie zasad) i jednocześnie dawaniem dziecku poczucie swobody i wolności.

Autonomia i kompetencja

Nadopiekuńczy rodzic koncentruje się na zaspokajaniu tylko potrzeby bezpieczeństwa. Jest przekonany, że postępuje właściwie, w kochający, troskliwy sposób. Uniemożliwiając jednak rozwój samodzielności i poczucia sprawczości u swojego dziecka, sprawia, że staje się ono niepewne siebie, zalęknione, pozbawione inicjatywy. Zdrowa autonomia i kompetencja to podstawowa potrzeba emocjonalna każdego dziecka.
 

Motywacja zewnętrzna występuje, gdy angażujemy się w jakieś działanie w celu otrzymania gratyfikacji lub uniknięcia kary. Robimy więc coś, nie dlatego, że to lubimy i odczuwamy tę czynność jako satysfakcjonującą, ale aby dostać coś w zamian lub uniknąć czegoś nieprzyjemnego. Na przykład, dziecko może motywować chęć otrzymania oceny bardzo dobrej albo pragnienie uniknięcia niezadowolenia rodzica z powodu otrzymania przez nie niżeszej oceny. 

Motywacja wewnętrzna polega na zaangażowaniu się w działanie, które jest samo w sobie satysfakcjonujące. Poczucie sensu i wartości daje świadomość, że wykonując daną czynność, działamy dla własnego dobra. Tutaj przykładem może być zaagażowanie w naukę gry na gitarze, która sprawia dziecku ogromną przyjemność.


Chcę to zrobić sam 

Świadomość wolnego wyboru oraz poczucie, że można podejmować działania samodzielnie, nawet jeśli okażą się nietrafne – stanowi budulec psychicznej siły i poczucia, własnej wartości. Profesor psychologii i nauk społecznych z University of Rochester, Edward L. Deci, jest autorem hipotezy, że kiedy nasze poczucie autonomii jest wystawione na szwank, ponieważ ktoś narzuca nam swoją wolę, czujemy się kontrolowani i zdominowani. Bez poczucia wolności osobistej drastycznie spada nasza motywacja. Kiedy zaś posiadamy wpływ na sytuację, wykazujemy się większym entuzjazmem przy podejmowaniu rozmaitych decyzji i działań. Możliwość wyboru sprawia zatem, że dziecko chętniej angażuje się w zadania, rozwijając motywację wewnętrzną. Czuje się szanowane, ważne, ma poczucie własnej godności, rozwija samodzielność, zaangażowanie i odpowiedzialność.  
 

WARTO PAMIĘTAĆ! 

Choć w kluczowych sprawach to rodzice podejmują decyzje, dziecko powinno dość szybko otrzymać możliwość zadecydowania: jakiego koloru bluzkę założy, czy będzie układać klocki, czy może pobawi się misiem, którą książkę przeczyta, co zje na śniadanie, z kim spotka się po szkole. Jednocześnie trzeba uważać, by nie przytłoczyć dziecka zbyt wieloma możliwościami wyboru i nie obarczyć go koniecznością podejmowania decyzji nieadekwatnych do wieku. Dziecko nie może stać się nadodpowiedzialnym „małym dorosłym”. 


Rodzic jako bodygard

Julie Lythcott-Haims, autorka książki Pułapka nadopiekuńczości. Czy wyrządzamy krzywdę swoim dzieciom, starając się za bardzo?, zauważyła, że w ostatnim czasie rodzicielstwo zmieniło się z wychowania do życia na chronienie przed życiem. Nadopiekuńczy rodzice stale czuwają, gotowi w każdej chwili „wkroczyć do akcji” i uratować dziecko z opresji. Boją się, że gdy tego nie zrobią, ono poczuje się słabe, bezwartościowe, opuszczone i pozbawione wsparcia. Słynny komediodramat Romana Polańskiego Rzeź dobrze ilustruje, co się dzieje, gdy rodzice przesadnie angażują się w sprawy swoich dzieci. Gdy syn państwa Cowanów uderzył w szkole chłopca – syna państwa Longstreetów – rodzice chłopców spotykają się, aby porozmawiać o zdarzeniu. Choć początkowo udaje im się prowadzić kulturalną rozmowę, z czasem rozpętuje się prawdziwe piekło. Dochodzi do kuriozalnej awantury, w której dorośli – stając w obronie swoich synów – zaczynają walczyć z sobą bardziej zajadle niż początkowo ich dzieci. A tymczasem synowie, jak pokazuje zakończenie filmu, bez ingerencji rodziców szybko przechodzą nad incydentem do porządku i dogadują się ze sobą.
Susan Eva Porter w swojej książce Bully Nation: Why America’s Approach to Childhood Aggression is Bad for Everyone, pisze o rodzicach, którzy zwykłej sytuacji z życia nadają rangę zdarzenia traumatycznego. Mogą na przykład oskarżać inne dzieci o napastliwość wobec swojego dziecka, tylko dlatego, że poskarżyło się im, było smutne lub przestraszone. Zbytnie angażowanie się w konflikty dzieci, zamiast pozwolenia, by samodzielnie poradziły sobie z sytuacją (np. gdy ktoś je obraża albo odrzuca), pozbawia je okazji do dostrzeżenia własnej siły i skorzystania z niej. Aby rozwijać mądrość, dzieci muszą napotykać trudności, popełniać błędy i ponosić naturalne konsekwencje swojego postępowania. Rodzic, który nie potrafi zrobić kroku w tył i zawsze bierze sprawy dziecka w swoje ręce, komunikuje mu: „Nie wierzę, że sam jesteś w stanie sobie poradzić. Bez mojej obecności zginiesz. Świat nie jest dla ciebie bezpiecznym miejscem”. 
Rodzic, który zachowuje spokój w przykrej dla dziecka sytuacji, daje mu odczuć, że niemiłe chwile są naturalną częścią życia. Owszem, dzieci potrzebują wiedzieć, że w opresji, mogą liczyć na pomoc opiekunów. Jednocześnie muszą też konfrontować się z tym, co je spotyka, przeżywać nieprzyjemne uczucia, by w ten sposób zdobywać wiedzę o sobie, świecie i relacjach. 
Zadaniem rodzica nie jest więc usuwanie lęku czy innych nieprzyjemnych emocji u swojego dziecka, ale pomoc w regulowaniu ich, jeśli są nazbyt silne i przytłaczające. 

Skąd wzięli się „helikopterowi rodzice”?

Foster Cline i Jim Fay to jedni z pierwszych badaczy, którzy zauważyli, że coraz więcej rodziców przejmuje nadmierną kontrolę nad swoimi dziećmi, uniemożliwiając im tym samym rozwijanie kompetencji związanych z samodzielnością. W 1990 roku opisali to zjawisko, tworząc określenie „helikopterowi rodzice”, czyli tacy, którzy niczym policyjne helikoptery krążą nad swoimi dziećmi, nie tracąc ich nigdy z oczu. Trudno nie zauważyć, że od tego czasu zjawisko to zaczęło się pogłębiać. Pojawienie się internetu miało w tym ogromny udział. Powszechny dostęp do informacji z całego świata umożliwił bycie na bieżąco ze wszystkimi doniesieniami. Także tymi mrożącymi krew w żyłach. Wypadki na placach zabaw, porwania, uprowadzenia, akty pedofilii, morderstwa dzieci – teraz można było przeczytać o wszystkim, o czym wcześniej wiedziała tylko lokalna społeczność. Przyniosło to wrażenie, że świat stał się dużo bardziej zagrażający, i nakręciło spiralę lęku. Rodzicie powzięli wszelkie możliwe środki bezpieczeństwa i nadzoru. Na masową skalę zaczęli chodzić z dziećmi na podwórko, które wcześniej było miejscem samodzielnych spotkań z rówieśnikami. Dzieci zaczęły być wożone do szkoły (nawet odd...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy