Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

19 sierpnia 2016

Cebula szczęścia

119

Szczęście to naturalny stan umysłu większości ludzi. I chociaż nikogo nie omijają katastrofy życiowe, to bardzo rzadko niszczą one wewnętrzne źródło dobrostanu psychicznego – wolę życia.

ARTYKUŁ UKAZAŁ SIĘ W NUMERZE 11/1997

POLECAMY

Ludzie wierzą, że wyższa pensja, nowy samochód, małżeństwo, dzieci, budowa domu czy awans zawodowy uczynią ich bardziej szczęśliwymi, zaś śmierć bliskiej osoby, utrata pracy czy choroba pozbawią ich na zawsze lub przynajmniej na bardzo długo radości życia. Są to złudzenia. Mówiąc ściślej – są to zazwyczaj i w dużej mierze złudzenia.

Ale ileż im zawdzięczamy! Postęp w zakresie warunków życia, to, że mamy telewizory, latamy samolotami, produkujemy antybiotyki, więcej wiemy, czytamy „Charaktery” i buszujemy po Internecie. Gdyby nie te iluzje, dalej jedlibyśmy dzikie banany i korzonki, żylibyśmy tylko tam, gdzie nie trzeba się ubierać i chronić w domach. Byłoby nas mniej, życie jednostki trwałoby krócej, zwykłe zaś zapalenie płuc kończyłoby się śmiercią.

Postęp wynikający ze złudzenia, że szczęście można powiększać ma – poza wieloma negatywnymi – także efekty pozytywne, głównie społeczne i gatunkowe. Dzięki niemu dłużej możemy służyć innym, bo dłużej i zdrowiej żyjemy, rośnie liczba ludzi szczęśliwych, bo więcej nas może wyżyć dzięki przezwyciężeniu ograniczeń klimatycznych oraz „ponadnaturalnej” produkcji żywności. Nie zmienia to faktu, że żyjący „naturalnie”, nie kosztując postępu, był tak samo szczęśliwy jak współczesny, wyrywający do przodu mieszkaniec Warszawy, Nowego Jorku czy Moskwy. Postęp służy gatunkowi, ale jego źródłem i motorem są nasze indywidualne złudzenia. Gdy wejdziemy na jego ścieżkę, nie mamy odwrotu: do przodu pcha nas złudzenie, a przed cofaniem powstrzymuje realny ból psychiczny. Nieświadomie zatem, dążąc samolubnie do poprawy własnego bytu, działamy bardziej na rzecz bliźnich niż samych siebie. Oto paradoks „egocentrycznego” genu w służbie gatunku.

Wydaje się, że jedyne, co świadomie możemy zrobić w sprawie własnego szczęścia, to zapobiegać nieszczęściu. Bezowocne natomiast są wszelkie próby planowego zwiększenia szczęścia. Owszem, chwilowy nastrój można sobie poprawić wcinając dużą porcję lodów, idąc na randkę czy kupując drogi ciuch. Ale szczęście, rozumiane jako względnie trwałe zadowolenie z życia, jest jednostronnie podatne na zrządzenia losu i nasze intencjonalne działania: może pod ich wpływem jedynie słabnąć lub się stabilizować. Nie może rosnąć.

Większość z nas najszczęśliwsza jest w dzieciństwie, gdy jeszcze nie posiada tych wszystkich wspaniałych rzeczy, czyniących życie bardziej komfortowym, sensownym, interesującym. Wszystko, o co w późniejszym życiu zabiegamy, może co najwyżej osłabiać lub odroczyć spadek psychicznego dobrostanu, nie może go wynieść ponad „dziewiczy” poziom z dzieciństwa. Nie możemy uczynić się bardziej szczęśliwymi (chyba że farmakologicznie), ale możemy sporo zrobić, aby nie być nieszczęśliwymi.

Poprawa komfortu życia nie zwiększa poczucia szczęścia, co nie znaczy, że postęp jest całkowicie obojętny dla psychicznego dobrostanu. Kto nigdy nie miał samochodu, bywa zazwyczaj równie pogodny jak właściciel najdroższego mercedesa, ale ofiara kradzieży nie ubezpieczonego auta popadnie z pewnością na pewien czas w melancholię. Postęp jest pułapką: ruch do przodu (lepiej, wygodniej, więcej) nie daje ostatecznie spodziewanych korzyści psychicznych, ale cofanie się (gorzej, mniej, trudniej) wywołuje bardzo silne reakcje emocjonalne. W bilansie psychicznym liczą się głównie straty. Zyski wyznaczają jedynie możliwą wielkość i rodzaj strat. Przypomina to mechanizm wszelkich uzależnień: od alkoholu, narkotyków, komputera, pracy, partnera, chodzenia do teatru, władzy. Zawsze zaczyna się od płonnej nadziei na raj, a kończy nieustającą ucieczką przed piekłem.

To swoiste uzależnienie doskonale ujmuje symbolika snu często nawiedzającego ludzi złapanych w pułapkę postępu (a któż z nas się jej całkowicie oparł). Rozległy step z horyzontem obiecującym jeszcze wspanialsze widoki, jeszcze piękniejsze kwiaty, jeszcze przyjemniejsze zapachy, jeszcze urokliwszy śpiew ptaków. Podążasz w kierunku tej obietnicy, cieszysz się na jej spełnienie. Jesteś w dobrym nastroju i masz nadzieję, że będziesz w jeszcze lepszym. Oglądasz się w pewnym momencie niechcący za siebie i widzisz, że tego miejsca, z którego wyruszyłeś, już nie ma. Zapadło się. Nie masz odwrotu.

Nie jest to jeszcze wszak powód do obaw. Ale gdy po chwili znów spoglądasz do tyłu, masz wrażenie, że krawędź zapadni podąża za tobą. Zaczyna cię to intrygować. Postanawiasz sprawdzić, czy tak jest w istocie. Przyspieszasz kroku i stwierdzasz, że urwisko pozostaje w stałej odległości. Trochę cię to niepokoi. Co się stanie, gdy się zmęczysz i zwolnisz albo zatrzymasz? Czy wówczas urwisko cię dogoni i spadniesz w otchłań? Robisz następny test. Zwalniasz. Spostrzegasz z rosnącym lękiem, jak grunt zapada się coraz bliżej ciebie. Musisz znów przyspieszyć, aby oddalić się od urwiska na bezpieczną odległość.

Nic to jednak nie daje. Im szybciej idziesz, tym szybciej przesuwa się za tobą krawędź zapadni. Przyspieszasz więc jeszcze bardziej. Biegniesz, a ziemia wciąż zapada się tuż za twoimi stopami. Już teraz wiesz, że nie możesz zwolnić. Ogarnia cię panika. Nie wytrzymasz długo takiego tempa. Zmęczysz się albo potkniesz i wtedy polecisz w dół. Zmuszasz się do nadludzkiego wysiłku. Osiągasz kres wytrzymałości, ciało odmawia posłuszeństwa, przepaść wyrasta pod tobą. Budzisz się zlany potem w momencie, gdy tracisz równowagę.

To jest przerażająca część scenariusza. Ale jest także część pocieszająca, której sen nie obejmuje. Lecisz w dół z rosnącym uczuciem trwogi, bólu i wreszcie rezygnacji – koniec ze mną. W końcu lądujesz na dnie. Nie rozpadłeś się na kawałki. Żyjesz. Rozglądasz się wokół i stopniowo oswajasz z nowym krajobrazem. Po chwili zaczynasz odkrywać w nim rzeczy mniej straszne od innych. Wreszcie dostrzegasz też jakieś obietnice, jakiś nowy horyzont, zrazu mglisty, z czasem coraz wyraźniejszy. Odradza się nadzieja na poprawę. Znów ruszasz w drogę.

Są systemy filozoficzne, które zwalczają złudzenie emocjonalnego postępu, przestrzegają przed bolesną pułapką uzależnień. Najdobitniej i najskrajniej czyni to buddyzm, zalecając możliwie największą wstrzemięźliwość w angażowaniu się w świat. Także i w naszej kulturze, wyjątkowo przesyconej duchem postępu, znajdujemy podobne filozoficzne koncepcje, choćby u stoików, zalecających raczej ćwiczenie charakteru niż szukanie zewnętrznych przyjemności. Ale główny nurt cywilizacji judeo-chrześcijańskiej zawsze próbował łączyć rozwój materialny z duchowym, choć szczęście niekoniecznie utożsamiał z przyjemnością i radością.

Narodziny systematycznej myśli ekonomicznej wymagały uzasadnienia postępu materialnego w kategoriach potrzeb człowieka, jako jego wyłącznego twórcy i odbiorcy efektów. Nawet jeśli propagowano etykę pracy opartą na powściągliwości i wyrzeczeniach w konsumowaniu owoców postępu (protestantyzm), to raczej w imię większej satysfakcji odroczonej (potomków) niż dla samego postępu jako wartości absolutnej. Ostatecznym uzasadnieniem postępu była zawsze jakość życia tych, którzy go dokonywali lub ich dzieci.

Bentham pierwszy to wyartykułował w swojej koncepcji utylitaryzmu. W praktyce zaś polityka społeczna zawsze zmierzała do maksymalizowania dobrostanu obywateli, choć w systemach niedemokratycznych bywało, że obywatelom odmawiano trafnej oceny, co jest dla nich dobre, a co złe, narzucając im objawione lub wymyślone przez elity kryteria szczęścia. Różnice ideologiczne dotyczyły właśnie kryteriów szczęścia i metod jego powiększania.

Socjaliści zakładali, że przesłanki szczęścia są takie same dla wszystkich, ale szanse ich spełnienia są różne (jednakowe żołądki, różne talerze), więc państwo powinno zająć się wyrównywaniem nierówności szans: mniej zaradnym dać część tego, co osiągnęli bardziej zaradni.

Liberałowie zakładali proporcjonalność warunków szczęścia i szans: mniej zaradnym mniej potrzeba do szczęścia, bo gdyby potrzebowali więcej, staliby się bardziej zaradni (taki talerz, jaki żołądek). Niezbywalny natomiast był i pozostał paradygmat odwołujący się do emocjonalnego złudzenia postępu: ludzie dążą do poprawy warunków życia, ponieważ zdrowi i bogaci czują się lepiej od chorych i biednych. Pytanie, czy tak jest w istocie, traktowano do lat pięćdziesiątych naszego wieku jako retoryczne. Ale w końcu, gdy pojęcie jakości życia, a tym samym kryteria szczęścia stały się przedmiotem ostrych kontrowersji politycznych i naukowych i gdy metodologia badań społecznych dostatecznie się rozwinęła, przystąpiono do testów empirycznych. Ich cel był prosty: ustalić główne źródła subiektywnego poczucia szczęścia.

Niejawnym zaś celem było sprawdzenie atrakcyjności i efektywności różnych koncepcji polityki społeczno-gospodarczej.
Dlaczego akurat satysfakcja obywateli miałaby być ostatecznym sprawdzianem programów politycznych? Dlatego, że w systemach demokratycznych przekłada się ona na głosy wyborców i decyduje o selekcji programów. Zatem dobry program, to taki, który najlepiej spełnia zasadę Benthama, tzn. maksymalizuje szczęście największej liczby wyborców. Każda rządząca w systemie demokratycznym formacja polityczna chciałaby wiedzieć, co zwiększa, a co zmniejsza jej poparcie społeczne.

Pierwszym poligonem badawczym były Stany Zjednoczone, jedyne państwo, które do ustawy zasadniczej wprowadziło prawo obywateli do szczęścia. Projekty badania subiektywnej jakości życia otrzymały po II wojnie światowej duże wsparcie finansowe. I wkrótce okazało się, że nic sensownego, czym mogliby być zainteresowani politycy, z badań tych nie wynikało. Dowiedziono, że wszystkie możliwe obiektywne wyznaczniki warunków życia, włącznie z takimi, które nie poddają się łatwo zabiegom politycznym – jak wiek, płeć, poziom wykształcenia czy miejsce zamieszkania – wyjaśniają najwyżej do 10 proc. zróżnicowania obywateli w zakresie ich ogólnej satysfakcji z życia czy poczucia szczęścia.

To, co ekonomistom i większości polityków wydawało się główną miarą jakości życia, czyli wysokość dochodu, okazało się bardzo kiepskim korelatem poczucia szczęścia. Jedynie wśród biednych niewielkie różnice dochodów powodowały wyraźne różnice w satysfakcji z życia. Po przekroczeniu wszak pewnego poziomu zamożności wzrost bogactwa w ogóle nie przydawał szczęścia. Pocieszeniem w tej sytuacji mogło być trywialne odkrycie znacznie silniejszego związku między pozycją jednostki w jakiejś dziedzinie a jej zadowoleniem z tego położenia, np. między poziomem wykształcenia a satysfakcją ze swego wykształcenia, czy między wysokością dochodów a zadowoleniem z własnej sytuacji finansowej.

Większość różnic w dobrostanie psychicznym dawała się natomiast wyjaśnić różnicami w trwałych dyspozycjach indywidualnych, pozostających całkowicie poza kontrolą polityków i samych obywateli: w poziomie lęku, ekstrawersji czy w samoocenie. Ten układ wyników narzucał wręcz pewną koncepcję. Skoro narzucał, to ją spisałem i opublikowałem jako „cebulową teorię szczęścia”).

Cebulowa teoria szczęścia

Teoria ta była bardziej podsumowaniem ówczesnego stanu wiedzy niż poszukiwaniem ukrytych mechanizmów psychicznych. Próbowała odpowiedzieć na pytanie, dlaczego ogólne zadowolenie z życia, poczucie szczęścia, optymizm i nadzieja są tak słabo zakorzenione w zewnętrznych, obiektywnych aspektach życia, a tak bardzo zależą od wewnętrznych dyspozycji. Innymi słowy, dlaczego ludzie bogaci, młodzi, zdrowi i wykształceni, cieszący się dużym prestiżem społecznym i darzeni miłością, mieszkający w lepszych dzielnicach, są nieznacznie szczęśliwsi lub wręcz tak samo szczęśliwi jak biedni, starzy, schorowani i niewykształceni, pracujący w zawodach o niskim prestiżu, osamotnieni, mieszkający w kiepskich dzielnicach.

Zaproponowana przeze mnie odpowiedź była tyleż skrajna, co zgodna z wynikami badań: poczucie szczęścia jest zbyt ważne dla przetrwania człowieka, aby natura powierzyła je okolicznościom zewnętrznym; zależy ono zasadniczo od wrodzonej woli życia i związanych z nią trwałych dyspozycji osobowościowych. Ponieważ współcześni przedstawiciele naszego gatunku są potomstwem tych, którym wola życia pozwoliła przejść z sukcesem proces selekcji naturalnej, większość ludzi rodzi się optymistami i wystarczająco silnie afirmuje życie, aby oprzeć się trwałym efektom psychicznym negatywnych zrządzeń losu.

Nie możemy być jednak ślepymi optymistami, zwłaszcza tam, gdzie w grę wchodzi ocena konkretnych zdarzeń. Dlatego też w strukturze naszego dobrostanu psychicznego jest warstwa wrażliwa na wpływy zewnętrzne. Są to satysfakcje cząstkowe, zadowolenia z poszczególnych aspektów życia: z pracy, z małżeństwa, z dzieci, z dochodów itp. Upieranie się, że praca, która ogłupia, przynosi marny dochód i naraża na ciągłe scysje z szefem jest satysfakcjonująca, narażałoby na utratę kontroli nad ważnym wymiarem życia, a w ostateczności mogłoby doprowadzić do utraty środków do życia, destrukcji rodziny i zjechania na margines społeczny.

W konkretach musisz być realistą, bo to warunek podejmowania właściwych działań zaradczych czy naprawczych. Gdy myślisz o tym, co możesz pokazać palcem, musisz być realistą, inaczej przegrasz. A dlaczego w ogólnej ocenie życia masz być nierealistycznym optymistą? Z tego samego powodu. Dla podtrzymania motywacji do działań. Jeśli znalazłeś się na dnie urwiska, jak w opisanym wyżej śnie, to masz dwie możliwości: albo będziesz czekał aż los przeniesie cię w miejsce bardziej bezpieczne i przyjazne, albo sam się zajmiesz przeprowadzką.

Los bardzo rzadko stawia domy i zapełnia ludziom lodówki. Sami to muszą robić. Ale człowiek nie jest komputerem, czy inną maszyną; nie można go skłonić do tych działań podłączając do zewnętrznego źródła zasilania. Warunkiem podjęcia przezeń konstruktywnych starań jest wzbudzenie odpowiedniej motywacji od wewnątrz. Motywacja do zachowań naprawczych czy zaradczych jest funkcją subiektywnej nadziei na ich powodzenie. Źródłem motywacji człowieka do działań jest jego stan ducha, a nie napięcie w sieci. Gdyby stan ducha zależał w decydującym stopniu od okoliczności zewnętrznych, to co prawda sukces sprzyjałby kolejnym sukcesom, ale też drobn...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy