Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

„Jestem pogodny i Wy bądźcie...”

0 428

Ojciec Święty był dla mnie znakiem tego, że niemożliwe staje się możliwym. Że dialog między dwoma na pozór skłóconymi stronami jest zawsze możliwy. Że warto spotykać się z tymi, u których nikt już nie szuka zrozumienia - to fragment bardzo osobistego świadectwa opisującego korespondencyjną, wieloletnią znajomość z Janem Pawłem II.

„Jestem pogodny i Wy bądźcie...”

Tymi słowami niemal dokładnie rok temu żegnał się z nami ukochany Ojciec Święty, Jan Paweł II. Przyjaciel dzieci, młodzieży, wszystkich.
Trudno było zmusić się wtedy do zachowania pogody ducha. W oczekiwaniu na cud uzdrowienia, wyciszeni, skupieni na modlitwie, towarzyszyliśmy Mu w przechodzeniu z życia do Życia. Kilka dni trwało Jego pokorne odchodzenie. Tak, jakby chciał nas z tym oswoić, jakby chciał się ze wszystkimi pożegnać, pokazać, że śmierć i życie są do siebie podobne – tak samo godne i potrzebne. Chciał też, byśmy byli pogodni...
Ojciec Święty był dla mnie znakiem tego, że niemożliwe staje się możliwym. Że dialog między dwoma na pozór skłóconymi stronami jest zawsze możliwy. Że warto spotykać się z tymi, u których nikt już nie szuka zrozumienia. Był znakiem tego, że to, co wydaje się trudne, jest osiągalne. Dzięki Jego wstawiennictwu, zwłaszcza modlitewnemu, doświadczyłam tego niejeden raz. Ojciec Święty swoją autentycznością, wytrwałością i wiernością – tak Bogu, jak i sobie – pokazywał, jak żyć, jak być, jak świadczyć.

Można powiedzieć, że z papieżem połączyła mnie filozofia. Studiowałam na Wydziale Filozofii Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego. Kierunek ten, jak filozofowali niektórzy, był „mało kobiecy i niepraktyczny”. Jednak w moim przypadku przy wyborze filozofii dużą rolę odegrał fakt, że drogą umiłowania mądrości podążał wcześniej Karol Wojtyła. On też stał się później jednym z bohaterów mojej pracy magisterskiej, która wyjaśniała, dlaczego miłość może być „racją dynamizmu bytowania osoby ludzkiej”. Nic dziwnego, że podejmując tę tematykę zakochałam się w Ojcu Świętym. Na początku piątego roku studiów pomyślałam sobie, ku rozbawieniu pozostałych członków rodziny, że chciałabym Go bliżej poznać. Tylko jak to zrobić?

Najtańszym i najprostszym sposobem wydawało się napisanie listu do Watykanu, do Ojca Świętego, z prośbą o błogosławieństwo na czas, który był przede mną. Troszcząc się o to, by list trafił w odpowiednie ręce, celowo zaadresowałam go do osoby, która była najbliżej papieża,
do Stanisława Dziwisza (dodając, że to list do Ojca Świętego). Z wykładów prowadzonych przez zaprzyjaźnionego z Ojcem Świętym księdza dowiedziałam się, że listy z Polski czytane są papieżowi podczas śniadania, i że zajmuje się tym właśnie biskup Stanisław Dziwisz. Zawierzyłam, że mój list tak zaadresowany dojść musi. O dziwo nie pomyliłam się. Kilka dni później otrzymałam odpowiedź z Watykanu...
Pamiętam, z jakim namaszczeniem otwierałam list. Wspominam dreszcz emocji, łzy wzruszenia, niedowierzanie, tak moje, jak i bliskich. Czytałam Jego słowa wiele razy...
„Droga Pani. Ojciec Święty przeczytał list Pani. Cieszy się, że pragnie Pani w swym życiu wcielać zasady miłości, o której będzie Pani pisała w pracy magisterskiej (...)”.

Poczułam się wyróżniona i bardzo szczęśliwa. Ojciec Święty odpisał właśnie do mnie. Długo nie mogłam w to uwierzyć. By upewnić się, że to jest prawdziwy list od prawdziwego Ojca Świętego, postanowiłam raz jeszcze do Niego napisać. O wdzięczności za błogosławieństwo, ale i o swoim niedowiarstwie. Pisałam do Niego tak zwyczajnie, po prostu – tak jak się pisze do kogoś bliskiego, zaufanego, przyjaźnie nastawionego. Pisałam o sobie, o rodzicach, braciach, o życiu. I także tym razem otrzymałam szybką odpowiedź z Watykanu, która kończyła się następującymi słowami: „Ojciec Święty błogosławi Pani serdecznie i posyła różaniec poświęcony”. Nie miałam już wątpliwości, nikt nie miał, to nie był sen, to działo się naprawdę. Tak zaczęła się nasza korespondencyjna więź.

Do Ojca Świętego pisałam o wszystkim, co było dla mnie ważne. O chwilach smutnych, trudnych, o żałobie po śmierci bliskich. Wyrażał swoje współczucie, krzepił dobrym słowem, zawsze z serca błogosławił i dziękował za każdy gest z mojej strony. „Współczuję w smutku po śmierci Babci, śp. Stefanii, która dołączyła do drugiej Babci, śp. Sabiny, zmarłej w styczniu, o której Pani wcześniej pisała. Requiescant in pace!”. Pisałam o chwilach radosnych, m.in. o narodzinach bratanicy...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy