Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

ALFABET PAR

0 325

Losy dwojga ludzi splatają się ze sobą, oddalają, przecinają lub stapiają w nierozłączną jedność. Uczucia i okoliczności czule zbliżają ich do siebie albo dramatycznie oddalają. Eric Berne - twórca analizy transakcyjnej - w książce „Seks i kochanie” zaproponował oryginalną typologię małżeństw. Posługuje się ona kształtem liter alfabetu.Dzieje związku są niepowtarzalne jak litery alfabetu - twierdzi JAROSŁAW JAGIEŁA.

Pierwszy typ to małżeństwo „A”. Jak ramiona tej litery, drogi dwojga ludzi na początku ich związku są bardzo odległe. Może być to efektem odmienności kultur, wyznania i obyczajowości, różnicy wieku lub statusu materialnego rodzin, z jakich się wywodzą. Przychodzą do siebie z daleka, ale siła ich uczuć jest tak wielka, że znajdują wspólny, łączący ich punkt. W przeszłości małżeństwa takie były często wynikiem kontraktu zawartego między rodzicami pary. Młodych ludzi wiązało podobieństwo życiowej sytuacji, wszystko inne ich dzieliło. Mogło to dotyczyć zarówno monarchów, dla których zawarcie małżeństwa cementowało unię i traktaty, jak i rodzin chłopskich, gdzie młodą parę łączyły połacie ornej ziemi. Nie znaczy to, że dziś nie spotkamy tego rodzaju związków. Małżeństwo takie nie musi z góry skazane być na przegraną. Różnice z czasem zacierają się, a podobieństwa zbliżają.

W małżeństwie typu „H” on i ona żyją niejako obok siebie. Nigdy nie są ze sobą tak naprawdę blisko. Koleje ich związku przebiegają niejako dwutorowo. Nierzadko uciekają od bliskości i intymności, gdyż obawiają się, że zaangażowanie i otwartość będą niosły możliwość zranienia. Psychologiczne gry małżeńskie służą właśnie temu, aby uniknąć intymności i bliskości. Tego rodzaju pary łączy jednak jakiś czynnik, który każe im być ze sobą. Może to być (i często jest!) dziecko. Wówczas nadmiernie koncentrują na nim uwagę. Może to być również wspólny rodzinny interes, zainteresowania lub dowolna sprawa. W małżeństwach takich ludziom trudno być ze sobą, ale trudno im się także rozstać.

Małżeństwo typu „I” to stopiona ze sobą w nierozerwalną jedność para. Z oddalenia taki związek budzi sympatię i uznanie otoczenia. Bywa jednak, że ta nadmierna symbioza skrywa poważne problemy emocjonalne. Czasem można mówić o więzi, w której dwie dorosłe osoby żyją niejako kosztem siebie. W takiej relacji często dominuje lęk, pełne utożsamienie się z drugą osobą (identyfikacja) i swoiste jej wchłonięcie (inkorporacja) we własne życie. Indywidualność małżonków zostaje roztopiona. Pojawiają się problemy z własną tożsamością. Partnerzy sprawiają wrażenie, jakby niezdolni byli żyć bez drugiej osoby. Gdy umiera jedno z nich, często wkrótce umiera również drugie.

Małżeństwo typu „O” przypomina psa kręcącego się wokół własnego ogona. Błędne koło wzajemnych pretensji, rozczarowań, żądań i oczekiwań. Powtarzane do znudzenia te same schematy zachowań, stereotypów myślenia i odczuwania. Podejmowane próby uleczenia związku kończą się zazwyczaj niepowodzeniem. W małżeństwie tego typu z reguły nie dochodzi nigdy do rozwiązania problemów, które partnerzy wnoszą do związku z własnych rodzin. Dobrze wyjaśnia taki stan tzw. teoria koluzji opracowana przez Jürga Willi („Związek dwojga. Psychoanaliza pary”), gdzie para prowadzi ze sobą nieustanną i nieświadomą neurotyczną grę po to tylko, aby nie pozbyć się swoich pierwotnych urazów, deficytów emocjonalnych czy nie rozwiązać swoich konfliktów. Dzieje się tak, jak gdyby narzeczeni – a później małżonkowie – już od początku „umówili się” na wspieranie swoich patologii. Jedno z nich przyjmuje określoną z ról, drugie swoją rolą dopełnia całości. Każdy bowiem rodzaj koluzji ma swój wiodący temat. Może nim być na przykład opieka – wtedy jeden z małżonków jest wiecznie bezradnym, rozpieszczanym i kontrolowanym dzieckiem, a drugi poświęcającym się bez reszty i rezygnującym ze swoich potrzeb opiekunem.

Małżeństwo typu „S” błąka się w poszukiwaniu upragnionego szczęścia. Partnerzy nieustannie oddalają się od siebie i ponownie zbliżają. Przypominają koryto wijącej się zakolami rzeki. Powroty są dowodem, że w sumie coś ich ze sobą łączy. Pragną własnej niezależności i autonomii, chcą sami decydować o sobie i swoim losie, jednocześnie tęsknią za sobą i wzajemną bliskością. Nie umieją żyć razem, nie umieją też żyć bez siebie. Chcą być szczęśliwi, ale nie potrafią odnaleźć tego szczęścia przy boku drugiej osoby.

Małżeństwo typu „V” to taki związek, na początku którego ludzie są blisko siebie. Wkrótce jednak losy partnerów zaczynają się rozchodzić. Pierwsze chwile euforycznej bliskości zostają wypierane przez to, co ich dzieli. Przy wyborze partnera ludzie zazwyczaj intuicyjnie kierują się podobieństwem i zasadą równych wartości, jakie wnoszą do wspólnego życia. Z drugiej strony – nikt nie wiąże się z partnerem zbyt podobnym do siebie, gdyż związkowi brakowałoby różnorodności. Są to dwa wektory, które ludzi do siebie przyciągają i jednocześnie od siebie odpychają. W udanym małżeństwie istnieje stan równowagi. Jürg Willi ujmuje to paradoksalnie: „Przyciągają się przeciwieństwa podobieństw”. W tym typie związku siły rozpadu i destrukcji biorą z czasem górę nad tym, co zbliża i łączy.

Na początku małżeństwa typu „X” partnerzy są sobie równie dalecy, jak w związkach typu „A”. Z tą jednak różnicą, że w pewnym momencie przeżywają krótki okres szczęścia i bliskości, aby wkrótce ich drogi znów zaczęły się rozch...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy