Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

3 sierpnia 2016

Zen niczego nie daje

0 626

Na pytanie o to, jak być szczęśliwym, mój nauczyciel odpowiedział: „Dlaczego pytasz mnie? Zapytaj sosnę”. Musiałam koniecznie dowiedzieć się, co to znaczy - mówi mistrzyni zen szkoły rinzai zen MARIA MONETA-MALEWSKA w rozmowie z Dariuszem Bugalskim, dziennikarzem radiowej Trójki, poetą i pisarzem.


DARIUSZ BUGALSKI:Reiko Toen: „Aromat Kwiatów” i „Brzoskwiniowy Sad”. Ładnie...

MARIA MONETA-MALEWSKA:
– Prawda?! To moje buddyjskie imiona.

W której roli jesteś prawdziwa? Lekarki, terapeutki, coacha, autorki książek, kobiety, rozwódki, matki, babki czy mistrzyni zen?
– W każdej. To nie są role, tylko części życia.

Jesteś pierwszą kobietą, która dostała w Twojej szkole tzw. przekaz dharmy: Twój nauczyciel uznał, że masz wgląd równy jego wglądowi, umysł równy jego umysłowi. Otrzymałaś również pieczęć inka, czyli zgodę na nauczanie. Osiągnęłaś coś dotąd niebywałego. To znaczy, że Reiko Toen jest ważniejsza od Marii Monety-Malewskiej.
– Nie.

Dlaczego?
– Trenujemy w sali medytacyjnej, zendo, po to, żebyśmy nie byli inni w zendo, a inni poza nim. Dochodzimy do prawdy o życiu, by żyć według tej prawdy: bez iluzji, przywiązań i pożądań. Tak rzadko jesteśmy uważni, tak bardzo nie zdajemy sobie sprawy z tego, co się z nami dzieje! Ile sobie tym przysparzamy cierpienia! W zendo uczymy się żyć, normalnie: żyć. Tu i teraz. I żyjemy.

Co nam przeszkadza żyć normalnie?
– Ego. Mój nauczyciel, czyli Roshi, Saidan Oi mówi, że z ego walczy się do końca. Bo ono nie daje się tak łatwo strącić z wysokiego tronu w nicość! Jest jak hydra, której odrastają odcinane głowy. Jeśli nawet osiągniemy wgląd, to dopiero początek. Jeśli chcemy, aby się on utrzymał i pogłębiał, musimy praktykować stale.

Uczniowie często traktują mistrza jak świętego, jak boga: mój nauczyciel jest najlepszy...
– A dlaczego nie po prostu: mój nauczyciel jest dla mnie wystarczająco dobry? To właśnie ego. Ale przecież te pokłony, które składają przed nauczycielem, gdy wchodzą na doksan, indywidualną rozmowę, odnoszą się nie do niego, tylko do własnej pierwotnej natury, natury wspólnej nam wszystkim. Do głowy mi nie przychodzi, że ktoś się kłania mnie! Nie można zaprzeczyć największej prawdzie, która brzmi: jesteśmy jednością. Ze wszystkim i ze wszystkimi! Nie ma niczego, co jest poza tą jednością. Niczego!

I nikogo? To znaczy... Pozwól... To znaczy również: Adolfa Hitlera, wcielenia największego zła?
– Tak, to prawda.

Jak to?!
– Hitler postępował zgodnie ze swoim wielkim, rozbuchanym, pożądliwym ego... On był ten największy, wszyscy inni byli niczym. Prawdziwe poznanie polega na dostrzeganiu pierwotnej natury we wszystkich i wszystkim, nie zapominając, że ty jesteś Darkiem, a ja Marią.

Ile lat praktykujesz?
– 32 lata. Do oświecenia 16.

Co się zdarzyło w 1978 roku?
– Przechodziłam wewnętrzny kryzys i próbowałam psychoterapii. Dowiedziałam się wtedy o zenie. Olśniło mnie, że rozwiązanie zależy wyłącznie ode mnie, że to ja jestem autorką swego życia. Poczułam, jak odrosły moje podcięte skrzydła. Ale to długa droga, żmudny trening.

Żeby zostać, powiedzmy, mistrzynią świata w rzucie oszczepem, też trzeba trenować. Co – mniej więcej wiadomo. A na czym polega trening zen?
– Na kierowaniu uwagi w głąb siebie, by odczytać to, co w nas zapisane, zagrzebane w podświadomości.

Wciąż pojawia się pogląd, że „biały człowiek” praktykujący zen jest nieautentyczny...
– Nie, nie!!! Praktykując, schodzimy bardzo głęboko, przebijamy się przez wszystkie warstwy: myślenia, kultury, rasy, kobiecości, męskości... To ciężka praca, jak praca górnika, choć wykonywana na siedząco.

W Twojej szkole, rinzai zen, która istnieje – bagatela – od jakichś ośmiuset lat, jesteś pierwszym nie-Japończykiem (śmiech). W zen jest szklany sufit?
– To, że otrzymałam przekaz, zaskoczyło moich braci w dharmie.

Czy istnieje „kobiecy” zen?
– Męski? Kobiecy? Zen na pewno nie jest nijaki! (śmiech) Nie jestem łagodną kobietką. Jak się medytuje, nie ma żartów. Kobiecy zen? Mamy trudniej: fizjologia! A jednak wytrzymujemy.

Jaka bariera była dla Ciebie największa?
– Wzrostu (śmiech). Jestem maleńka, pękata, mam krótkie nogi i ręce. Siedzenie było dla mnie potwornie męczące, a nawet bolesne. A w Japonii siedziałam z prawdziwymi samurajami! Kiedy już nie mogłam wytrzymać, powtarzałam sobie: „Jesteś kobietą, jesteś Polką. Musisz!”. Albo robiłam tak, jak trzeźwiejący alkoholik, który obiecuje sobie, że nie będzie pił... dziś. Jutro mówi sobie to samo. Kiedy czułam, że odpadają mi nogi, mówiłam sobie: „Wytrzymam jeszcze tę chwilę”. I ta chwila trwała cały dzień.

A konkretnie?
– Klasztorny dzień jest taki: 3.15 pobudka. Od 3.30 do 6.30 medytacja w cyklach: dwadzieścia pięć minut siedząc i pięć minut w marszu. Potem sprzątanie i praca z dwiema przerwami po półtorej godziny.
Od 17.30 znów medytacja, do 23. A potem można odpocząć troszeczkę.

Troszeczkę... Jak Ty to wytrzymałaś? Byłaś w tym kieracie kilkakrotnie, w tym dwa razy po pół roku.
– Między 3. i 4. tygodniem pobytu wszystko staje się proste. Regeneracja sił następuje niewiarygodnie szybko! Da się przeżyć i tygodniowy okres sesshin, najbardziej intensywnych medytacji. Wtedy wstaje się o 2.45 i medytuje przez cały dzień. Kiedy rozpoczynałam praktykę, przerwy trwały osiem minut, teraz – do czterdziestu. Ma się tyle czasu, że człowiek zaczyna się nudzić.

Ale mieliście tam chyba jakieś święta?
– I to dosyć sporo. Wstaje się wtedy... o 3.15 (śmiech). Ale już o 8.00 ma się wolne. Jeździliśmy wtedy do najbliższego miasteczka, chodziliśmy do kina, a nawet jedliśmy frytki (śmiech). I wracaliśmy na sesję wieczorną. Ale uwierz mi: ten system jest dobrze wymyślony. Ma wspierać praktykującego, i to działa.

Jaka jest różnica praktyki w japońskim klasztorze H?h?ji położonym w parku narodowym, wśród starych cedrów, i w mieszkanku w bloku na Bemowie, gdzie mieści się Twoje zendo?
– Praktyka nie zależy od miejsca. Choć, ow...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy