Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

8 sierpnia 2016

Zakład o zaufanie

79

Komu ufać, gdy zawsze istnieje ryzyko, że ktoś to wykorzysta? Ale nie ufać nikomu, to dopiero byłoby ryzyko! Na czym więc oprzeć swoje zaufanie? Dlaczego my - Polacy - nie ufamy nikomu oprócz rodziny? I co tracimy, skoro najważniejsze według badaczy jest zaufanie wobec nieznajomych. Na te i inne pytania odpowiada prof. Piotr Sztompka


Dorota Krzemionka: Abyśmy się mogli spotkać, musiałam zaufać zarówno sobie jako kierowcy, jak i innym kierowcom pędzącym z naprzeciwka – że nie wykonają jakiegoś manewru, nie przekroczą dzielącej nas linii, gdy będę ich mijać. Zaufanie, jak Pan pisze, jest zakładem na temat przyszłych niepewnych działań innych osób.

Piotr Sztompka:– Całe nasze życie jest wielkim hazardem. Nieustannie spotykamy się z okolicznościami, których nie możemy przewidzieć. Są trzy orientacje, które pozwalają stawić czoło tej niepewności i ryzyku. Pierwsza to nadzieja, czyli pasywne, niedające się racjonalnie wytłumaczyć przeczucie, że sprawy potoczą się po naszej myśli. Na przykład, mamy nadzieję, że staniemy się bogaci, chociaż nic nie robimy w tym kierunku. Kolejną orientacją jest przekonanie, czyli w pewnym stopniu uzasadniona wiara, że zdarzy się coś dobrego. Wierzymy, że polityk dotrzyma przedwyborczych obietnic. Ale obserwujemy jedynie rozwój wypadków, nie towarzyszy temu zaangażowanie. Jeśli natomiast mimo niepewności i ryzyka musimy podjąć działanie, sposobem radzenia sobie z niepewną przyszłością staje się zaufanie. Już od urodzenia gramy w jakąś grę, co oznacza, że mamy pewien wpływ na wynik. Są takie obszary naszego życia, które zależą od naszego działania, od przemyślanej, racjonalnej decyzji. W tysiącach małych i dużych spraw nieustannie podejmujemy ryzyko. Dotyczy to szczególnie okoliczności społecznych.

POLECAMY


Zaufanie pozwala rozwiązać problem związany z ryzykiem i niepewnością co do zachowań innych. Jak mówi John Lehman, nie wyszlibyśmy rano z łóżka, gdybyśmy nie byli w stanie zaufać innym osobom.
– Musimy zaufać ludziom, bo są nam niezbędni. Wszystkie nasze istotne potrzeby zaspokajać możemy tylko dzięki innym, dzięki temu, że jacyś ludzie upieką nam chleb, inni wydrukują gazetę, zrobią nam kolację, gdy wracamy po pracy do domu, w pracy współpracują z nami, a jeśli odmówią, to doświadczymy tego boleśnie. W Japonii jedną z najdotkliwszych kar dla pracownika jest ignorowanie go i niepowierzanie mu żadnego zadania. Siedzi w pracy i nie ma nic do roboty
– to prawdziwa udręka. Nie da się uniknąć ryzyka, nawet pozostawanie w łóżku jest ryzykowne, bo w ten sposób odcinamy sobie możliwości realizowania ważnych spraw. Zaufanie jest jak most nad rzeką niepewności. Staramy się, żeby ten most był możliwie solidny, to znaczy podejmujemy racjonalne, myślowe operacje, które zmniejszają ryzyko.

W jaki sposób można zmniejszyć to ryzyko?

– Próbujemy ocenić wiarygodność adresata naszego zaufania. Można na przykład trochę cynicznie zastanowić się, czy spełnienie naszych oczekiwań leży w jego własnym interesie? Russell Hardin określa to jako „projekcję interesu partnera”. Na przykład: w prywatnym warsztacie samochodowym mamy podstawę sądzić, że właścicielowi zależy na klientach, będzie więc dbał o jakość usług i nie odkręci nam silnika.

Trudniej o takie zaufanie w dużych, autoryzowanych stacjach obsługi...
– Tak, bo łatwiej pojawia się syndrom free rider, czyli pokusa, by załapać się jako pasażer na gapę. Każdy myśli: przecież korporacja i tak ma wysoki prestiż i nawet jak coś zawalę, to nie padnie, bo inni pracują.

Pisze Pan o filarach zaufania. Na czym opiera się wiarygodność?
– Są trzy podstawy immanentnej wiarygodności adresatów zaufania: reputacja, osiągnięcia i wizerunek. Reputacja to wcześniejsze działania jakiejś osoby. Studenci, rozważając, czy zapisać się do profesora, pytają zwykle starszych kolegów, jak on wykłada. Podobnie pacjent dowiaduje się od znajomych, czy lekarz jest dobry. Można też poszukać opinii o danym lekarzu w Internecie. Symbolicznym sygnałem czyjejś reputacji są na przykład dyplomy, które wiszą na ścianie gabinetu lub warsztatu, i tytuły zawodowe: mistrz piekarski, profesor zwyczajny.

Można stwarzać pozory reputacji. Niektórzy wieszają na ścianie zaświadczenia z dwudniowych kursów.
– Są nawet firmy, które produkują tego rodzaju dokumenty. Jedną jest International Biographical Institute z siedzibą w mieście Cambridge, ale automatycznie kojarzy się z Cambridge University. Druga jest w Stanach, też blisko znanego uniwersytetu. Co jakiś czas dostaję od nich informacje: „Panie Sztompka, nasze międzynarodowe jury wybrało Pana intelektualistą roku i przyślemy Panu pięknie oprawiony dyplom, prosimy wpłacić pięćset dolarów”. Wśród moich kolegów zdarzają się naiwni albo cyniczni, którzy wieszają takie dyplomy na ścianie. Jeden z nich chwalił się nawet w telewizji, że został człowiekiem roku. Pytanie, czy mamy zaufanie do procedur. Jeśli ktoś uzyskał tytuł habilitowanego doktora, a wiemy, że w Polsce istnieje ostra selekcja, to ten tytuł coś znaczy. Nie musimy patrzeć na całą jego karierę, by mu zaufać. Ważnym źródłem jest też obserwowanie, jak ktoś działa w swojej roli. Czasem mamy taką możliwość, widzimy polityka, jak przemawia, jak się zwraca do obywateli. Przyglądamy się, jak lekarz nas traktuje. Innym kryterium w ocenie czyjejś wiarygodności są dostrzegane gołym okiem cechy istotne z punktu widzenia naszych oczekiwań, czyli czyjś wizerunek. W epoce późnej nowoczesności wizerunek jest często kluczem do udzielenia komuś zaufania.

Wizerunki są bardzo podatne na manipulację. Stanowią pole do popisu dla specjalistów takich jak Tymochowicz, który mówi: z każdego zrobię prezydenta...
– To prawda, ale nie wszystko podlega manipulacji. Specjaliści powiadają, że łatwo jest kupić ubranie od Armaniego, ale trudniej je nosić. Pewien fotograf w latach dwudziestych zeszłego stulecia zrobił serię zdjęć chłopom bawarskim, którzy z okazji ślubu sąsiadów wkładali wieczorowe ubrania. Niby są eleganccy, ale od razu widać, że coś tam nie gra.

Jacek Kuroń ubrany w garnitur też tracił na wiarygodności.
– Absolutnie! Wykładałem na uniwersytecie w Los Angeles. Latem studenci chodzą ubrani zupełnie nieformalnie, w T-shirty i szorty. Ale pewnego dnia pojawiają się na kampusie w garniturach i krawatach i wyglądają jak ci wieśniacy z Bawarii. Idą na rozmowy z przyszłymi pracodawcami i chcą wyglądać odpowiednio do roli, o którą się starają. Jednak sprawiają wrażenie mało wiarygodnych.

Ciekawe badania na temat wizerunku przeprowadzili Diego Gambetta i Heather Hamill. Pytali taksówkarzy w Nowym Jorku i w Belfaście, jak radzą sobie z ryzykiem, którym obarczony jest zawód taksówkarza w tych miastach. Z różnych zresztą powodów. W Nowym Jorku można być obrabowanym z niskich pobudek, a w Belfaście zabitym z wysokich religijno-politycznych powodów. W tych warunkach taksówkarze uczą się najmniejszych sygnałów pozwalających odróżnić wiarygodnego klienta od bandyty czy fanatyka. Co to za sygnały? Przede wszystkim to, jak ktoś jest ubrany, pewne przedmioty – na przykład dobry parasol czy teczka wskazują na status. W kontekście amerykańskim liczy się, niestety, kolor skóry. Ludzie, którzy wychodzą z niektórych budynków – banku, korporacji czy państwowego urzędu – od razu niosą ze sobą więcej wiarygodności. W oparciu o takie sygnały taksówkarze decydują, czy zatrzymać się i zabrać klienta z ulicy, czy nie. Problem w tym, że zbrodniarze też mają tę wiedzę i mogą inwestować w drogie teczki i parasole, wyjść z „właściwych” miejsc. Ale znaczenie zyskują wtedy drobiazgi. Coś w tym człowieku nie pasuje do jego wyglądu. Czasem są to buty, które, jak twierdzą specjaliści, często nas zdradzają.

Zaufanie jednak zawsze wiąże się z ryzykiem. Opisał Pan historię amerykańskiej studentki, która zawiodła Pana zaufanie. Nie zaliczyła egzaminu. Płakała, że przez to straci obiecaną pracę, a nie stać jej na dalszą naukę. Zgodził się Pan jej zaliczyć w zamian za esej, który miała napisać. Nie tylko nie przesłała eseju, ale na dodatek nie zwróciła książki, którą Pan jej pożyczył. Co sprawiło, że udzielił jej Pan tego kredytu zaufania?
– Obdarzyłem ją większym zaufaniem bez racjonalnych przesłanek. Wynikało to z dwóch okoliczności. Po pierwsze, z kultury środowiska akademickiego. To nie zdarzyło się na ulicy czy na plaży, ale na uniwersytecie, gdzie obowiązują szczególne relacje. Universitas oznacza wspólnotę, tu przestrzega się reguł fair play, nie
ma tu niczego na skróty. Szczególnie wśród amerykańskich studentów zdarzało się, że na pisemnym egzami[-]nie wybuchała awantura, bo ktoś próbował ściągać. Drugi powód to predyspozycje psychologiczne. Mam impuls do obdarzania ludzi zaufaniem. Dopóki ktoś mnie nie oszuka, to uważam, że jest godny zaufania. Przeciwieństwem tego jest impuls podejrzliwości, cynizmu...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy