Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

6 listopada 2018

Żadnych kar

73

Jeżeli chcemy, żeby nasze dziecko było dobre, dajmy mu okazję robić dobre rzeczy, naprawiać błędy.

Karolina Rogaska: Pani mama szkoliła innych rodziców. Jak to jest dorastać pod okiem ekspertki od wychowania?
Joanna Faber: Nie znałam innego sposobu wychowania, więc nie miałam świadomości, że jestem pod skrzydłami ekspertki. Ale kiedy patrzę wstecz, myślę, że posiadanie mamy i ojca, którzy potrafili mnie słuchać i akceptowali moje uczucia, sprawiło, że sobie ufam. Nauczyłam się też patrzeć na świat z perspektywy innych ludzi, a to jest przydatne w rozwiązywaniu konfliktów.

Łatwiej było dzięki temu wychowywać własne dzieci?
Cóż... Myślałam, że będzie łatwo. Sądziłam, że skoro zostałam tak, a nie inaczej wychowana, i w dodatku przez 10 lat byłam nauczycielką, to będę w tym świetna. Gdy na lekcjach widziałam, że dzieci są agresywne, byłam przekonana, że dzieje się tak z powodu błędów wychowawczych ich rodziców, którzy pewnie je biją, krzyczą. Mnie moi nigdy nie bili, swoje też będę wychowywała łagodnie, nie będzie mowy o agresji, myślałam. A potem urodziłam trójkę dzieci i przed sobą przepraszałam rodziców za wszystkie złe myśli na ich temat.

Pani dzieciom też zdarzyło się przejawiać agresję?
Jasne. Teraz wiem, że tak się czasem dzieje, ale początkowo trudno było mi to przyjąć. Raz wybrałam się z dwuletnim synem, Samem, do centrum handlowego. Przepychając się przez tłum, chwyciłam go mocno za rękę. Nie spodobało mu się to, więc zaczął się szarpać, krzyczeć. Ja ściskałam coraz mocniej – bałam się, że go zgubię. Jednocześnie w mojej głowie pojawiły się absurdalne myśli – zaczęłam się obawiać, że ktoś weźmie mnie za porywaczkę dzieci, zabiorą mnie na przesłuchanie, spytają o nazwisko, a ja nie będę mogła go podać, bo wtedy skojarzą, że jestem córką tej słynnej ekspertki. Czułam, że nie wypada, bym jako córka Adele Faber nie radziła sobie w trudnych sytuacjach. Nie ujawniałam się zatem z tym, że jest moją matką.

Ale w końcu się Pani przyznała. I napisała książkę Jak mówić, by maluchy nas słuchały, skierowaną do rodziców małych dzieci.
Chodziłam na spotkania z innymi mamami – dzieci miały czas się wyszaleć, a my pogadać z kimś doros[-]łym. Jedna z nich podeszła do mnie i powiedziała: „Słuchaj, Joanna, musisz przeczytać tę książkę – jest totalnie w twoim stylu!”. W ręce trzymała książkę mojej mamy. Musiałam się przyznać. Rodzice poprosili, żebym zrobiła dla nich wykład, potem warsztaty... W końcu przyszedł czas na książkę. Zdałam sobie sprawę, że nawet jeśli wychowywanie także dla mnie okazało się niełatwe i nie byłam w stanie zapobiec konfliktom, to jednak mam umiejętność ich rozwiązywania bez uciekania się do straszenia i karania.

To znaczy?
Wracając do sytuacji w centrum handlowym – z jednej strony to była porażka, ale z drugiej wiedziałam, co robić potem. Po pierwsze, miałam nauczkę, by nie zabierać dwulatka do takich miejsc, gdy są tłumy. Po drugie, później z synem porozmawiałam. Zaakceptowałam jego uczucia: „Nie lubisz, kiedy trzymam twoją rękę” – powiedziałam. Potwierdził, że nie znosi ściskania. Wyjaśniłam, że robiłam to, bo się martwiłam, że go zgubię. I wspólnie poszukaliśmy rozwiązania na przyszłość – umówiliśmy się, że syn będzie się trzymał mojego paska, udając, że jestem pieskiem, którego wyprowadza na spacer.

Wyobrażam sobie, że taka sytuacja w centrum może się zdarzyć wielu rodzicom. Podobnie jak problemy z wykąpaniem, gdy codziennie trzeba toczyć walkę z dzieckiem, by zgodziło się wejść do wanny. Co wtedy robić?
Zapytać: „Chcesz skoczyć do kąpieli jak żabka czy ślizgać się jak foka”?. Albo, jeżeli dziecko lubi Małą Syrenkę, zaproponować: „Mała syrenko, musisz popływać, żeby nie wyschnąć”. U mnie w domu dzieci mogły wybrać, czy chcą kąpiel z pianą, z kaczuszkami, czy może wolą coś przegryźć w trakcie. Dzieci mają przy tym zabawę, a zarazem poczucie, że daje się im wybór. Oczywiście bywa, że ta metoda nie działa. Mój młodszy syn, Dan, nie znosił mycia włosów, nie chciał zanurzać głowy ani jej odchylić, żebym mogła spłukać. A ciężko jest puścić dziec[-]-ko do szkoły po tygodniu bez mycia włosów... Nic na niego nie działało, więc spróbowałam wspólnie z nim rozwiązać problem. Wytłumaczył mi, że nie znosi, kiedy woda wpada mu do oczu. Ja z kolei wyjaśniłam, że nie mogę pozwolić, żeby chodził z brudnymi włosami. Zaczęliśmy rozrysowywać na kartce możliwe rozwiązania tego problemu. Wszystkie, nawet fantazyjne, jak zamiana w kota, który myje się, wylizując swoje futerko. W końcu Dan powiedział, że mogę go myć na basenie, bo lubi basen. „Właśnie, na basenie nie przeszkadza ci zanurzanie głowy. Dlaczego?” – spytałam. Okazało się, że kluczowe są okularki do pływania. Więc zaczęłam mu je zakładać także do kąpieli. Czasem i tak coś przeciekało, ale to już nie miało znaczenia, bo jego pomysł został wzięty pod uwagę, w efekcie syn poczuł, że jest respektowany i starał się współpracować. Kiedy coś nie wychodzi, można spróbować czegoś innego. To lepsze niż karanie, bo tu droga jest tylko jedna – ciągle zwiększać kary.

Czasem sytuacja jest trudniejsza. Dochodzi do agresji, dajmy na to syn uderza inne dziecko. Trudno wówczas powiedzieć: „Akceptuję twoje uczucia, porozmawiajmy”.
Wielu rodziców stwierdza wtedy, że tu nie ma miejsca na zrozumienie. Czas na karę. Ale jeśli uderzymy dziecko za to, że ono kogoś uderzyło, to jaki komunikat mu dajemy? Że jeśli ktoś robi coś, co nam nie pasuje, to należy go bić. Jeśli ukarzemy je w jakiś inny sposób – zabierzemy deser, zabronimy oglądania telewizji, to nie pomoże mu być milszym dla brata, którego walnęło czy popchnęło. Zdenerwuje
się na niego jeszcze bardziej, bo będzie mieć poczucie, że to przez niego zostało ukarane. Oczywiście nie mówimy w takiej sytuacji: „Ojej, uderzyłeś brata, musisz czuć dużo złości”. Najpierw rozdzielamy dzieci i zajmujemy się tym zaatakowanym. Sprawdzamy, czy potrzebny jest plaster, a może buziak. Potem idziemy do atakującego. „Zezłościłeś się na brata” – mówimy, na co w odpowiedzi możemy usłyszeć: „On wziął mój samolot, który zbudowałem z klocków lego, i go zniszczył”. Akceptujemy tę złość, zwracając uwagę, że naprawdę długo nad tym samolotem pracował. Tłumaczymy, że jego brat jest mały i jeszcze nie wie, jak delikatnie dotykać rzeczy. Zaczynamy się zastanawiać, gdzie odkładać klocki, żeby młodszy nie sięgnął po nie. Można się też umówić na jakiś sygnał czy słowo, które dziecko krzyknie, gdy będzie czuło wielką złość. To da czas na reakcję i ochroni towarzysza zabaw przed atakiem. Można też przy tym uczyć, jak przepraszać. Uderzone dziecko będzie pewnie smutne, więc warto atakującemu dać szansę naprawienia sytuacji. Zachęcić, żeby rozbawił brata czy siostrę, podarował jakąś przekąskę. W ten sposób dziecko uczy się, co robić następnym razem. Widzi, że jest inna droga niż bicie czy popychanie. I że warto się zatroszczyć o skrzywdzoną osobę.
Rodzice nieraz opowiadają, że gdy ich dziecko skrzywdzi rodzeństwo czy przyjaciela, to potem ucieka lub się śmieje. Są zmartwieni, że zachowuje się jak mały potwór. Tłumaczę im, że śmiech wynika za zdenerwowania, a ucieczka – ze strachu przed karą. Jeżeli chcemy, by nasze dziecko było dobre, dajmy mu okazję robić dobre rzeczy, naprawiać błędy.

Czyli żadnych kar?
Karanie niczego dziecka nie nauczy, wręcz może utrwalać złe zachowania. Poza tym sprawia, że dziecko zaczyna myśleć egoistycznie: „Czemu mnie to spotyka, dlaczego ja dostałem karę, a on nie? Mama jest wredna, bo mnie ukarała”. Lepiej, żeby dziecko potrafiło myśleć o innych, odczuwać empatię. Gd...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy