Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

15 czerwca 2016

Wojny domowe

37

Większość z nas obawia się złości partnera, ale zdecydowanie wolimy, żeby tę złość pokazał wprost. Bo wtedy możemy się do niej jakoś ustosunkować, możemy się też zezłościć albo przyjąć ją jako sygnał, że partner coś przeżywa, że z czymś mu nie jest dobrze.

Dorota Krzemionka: Skąd biorą się małżeńskie kłótnie? Dlaczego dwoje ludzi, którzy kiedyś postanowili wspólnie spędzić życie, nagle nie może się dogadać i ciągle się kłóci?
Andrzej Wiśniewski: – Najczęściej są one wynikiem problemów w komunikowaniu się. Wielu ludzi nie potrafi przekazywać sobie ważnych, zwłaszcza pozytywnych, uczuć. Z negatywnymi radzimy sobie dobrze, natomiast z pozytywnymi gorzej. Ludzie myślą, że jeśli partner robi wszystko tak jak trzeba, to nie ma sensu mu o tym mówić.

– Taki trening otrzymujemy już w rodzinie. Rodzice wychodzą z założenia, że jeśli dziecko jest OK, to nie ma potrzeby mu o tym mówić.
– Tak. Dlatego partnerzy czasem nawet nie zdają sobie sprawy z tego, że ich frustracja jest związana z brakiem informacji pozytywnych. Większość dorosłych ludzi jest bowiem przygotowana na to, że im się to nie należy, bo nie otrzymywali tego z domu. Działa tu też tzw. posag, czyli to, co się wnosi do związku. Uczymy się pewnych ról i one wprawdzie pasują do tego, jaki jest partner i czego on oczekuje, ale nie „karmią” nas emocjonalnie. Jeśli nauczyłem się kimś opiekować, to znajdę partnera, który potrzebuje opieki. Takiego, co nie powie mi, że jest wdzięczny i zadowolony, gdyż będzie tę opiekę traktował jako coś, co mu się należy.

– Jeśli nie komunikujemy partnerowi dobrych uczuć, to rodzi się w nim poczucie: „Jemu/jej na mnie nie zależy”. A czasem partner nie jest w stanie usłyszeć nic dobrego.
– To prawda. Ludzie z niskim poczuciem wartości potrafią każdą pozytywną informację przerobić na negatywną albo przynajmniej obojętną. Gdy słyszą od kogoś coś dobrego na swój temat, to są przekonani, że ta osoba musi tak mówić. Psycholog – z obowiązku, mąż – bo nauczył się, że tak trzeba albo czegoś za to chce.

– Przychodzą do Pana na terapię różne pary. Czy zdarzyło się Panu dostrzec, że między partnerami nie ma więzi, nie ma co ratować i rozstanie jest tylko kwestią czasu?
– Trafiły do mnie trzy takie pary. We wszystkich trzech był ogromny poziom nienawiści i pogardy dla partnera. Te związki trzymały się dzięki wzajemnemu niszczeniu się, toczyła się w nich bezpardonowa walka i upokarzanie partnera. Poziom nienawiści był tak duży, że nie byłem w stanie im pomóc. Co więcej, miałem wrażenie, że wykorzystują terapię do wzajemnego niszczenia się i nie chciałem się do tego przykładać. Dwie z tych par szybko się rozstały.

– Czym może być spowodowana aż taka nienawiść, pogarda dla partnera?
– Można powiedzieć, że tzw. całokształtem. Może ona wynikać z tego, że partner nie chciał przyjąć roli rodzica, nie zaakceptował mnie z całym dobrodziejstwem inwentarza. Na przykład niektóre osoby z rodzin alkoholowych traktują partnera jak rodzica, czyli kogoś, kto musi być wspaniały, idealny. Jeżeli partner nie zaspokaja tych potrzeb, to ideał sięga bruku i rodzi zawód, wściekłość, niechęć. Tak reagują osoby, które zostały głęboko zranione. Nie poszukują partnera, tylko osoby, która uleczy ich emocjonalnie.

– Takich oczekiwań żaden partner nie spełni.
– Nie, takiej osobie pomóc może jedynie dobry terapeuta. Związki małżeńskie nie są w stanie leczyć z takich ran i czasem przeradzają się w związki nienawiści, w których jest niszczenie drugiej osoby. Idealizowany obiekt staje się tzw. złym obiektem, na który można wylewać żale za całe życie, pretensje za wszystkie swoje niepowodzenia.

– Pow...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy