Uczony, czyli człowiek

Wstęp

Kiedyś podczas dyskusji z Michaelem nad wspólną pracą naukową, do której włączyliśmy teorię osobowości opracowaną przez jego ojca - Hansa J. Eysencka - nie bez wahania poruszyłam problem wybranego przez niego zawodu.

–Małgorzata  Fajkowska-Stanik: Michael, jesteś bardzo znanym i wpływowym psychologiem, a jednocześnie synem bardzo znanego i bardzo wpływowego psychologa. Dlaczego wybrałeś ten sam zawód co ojciec? Co to znaczy dla ciebie? Czy chcesz być taki jak on, a może lepszy?
– Michael Eysenck:No cóż, Małgosiu, to niełatwe dla mnie pytania! Może trudno w to uwierzyć, ale psychologiem zostałem przez przypadek. Kiedy byłem w szkole, niemal wszyscy moi koledzy wybierali jeden z przedmiotów szkolnych jako kierunek studiów. W ostatnich latach szkoły uczyłem się francuskiego i niemieckiego, ale wiedziałem, że na uniwersytecie nie chcę się uczyć żadnego z tych języków. Myślałem o prawie, ale osobom spoza środowiska prawników było wtedy bardzo trudno w nie wejść. Psychologię traktowałem jako pewną alternatywę, choć fakt, że rodzice byli psychologami, niewątpliwie odegrał jakąś rolę. Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałem pięć lat. Wychowywała mnie mama. Być może liczyłem więc w pewnym stopniu na to, że wybór psychologii pozwoli mi zbliżyć się do ojca – ale nie pozwolił! Przez pierwszych kilka lat mojej kariery czasem czułem, że podążanie jego śladami było złym pomysłem.

– A jednak podążałeś jego śladami?
– Tak. W miarę jak zdobywałem pewność siebie, a moja kariera zaczęła się obiecująco rozwijać, stawałem się coraz bardziej zadowolony z podjętej decyzji. Kariera akademicka zapewnia wyzwania intelektualne, mnóstwo podróży, kontrolę nad życiem zawodowym, a są to rzeczy, które bardzo cenię. Może to dziwić, ale rzadko myślę o sobie jako o synu Hansa Eysencka. Czuję, że mam bardzo dużo własnej tożsamości. Niewielu psychologów pyta mnie o moje relacje z ojcem. Ja też, tak jak większość dorosłych osób, nie definiuję siebie poprzez odniesienie do ojca.

– Liczyłeś, jak mówisz, że wybór psychologii pozwoli ci zbliżyć się do ojca – ale nie pozwolił. Kiedy zgasła ta nadzieja na zbliżenie się do niego?
– By odpowiedzieć na to pytanie, muszę zaznajomić cię z pewnymi okolicznościami. Przez osiem lat od rozwodu ojciec nie spotkał się ze mną. Gdy wreszcie do takiego spotkania doszło, bardzo ciężko było zbudować jakąś bliższą relację między nami. Mimo to miałem przez wiele lat nadzieję, że będzie ona możliwa. To chyba leży w ludzkiej naturze, by trzymać się nadziei tak długo, jak to możliwe. Nie było jakiegoś szczególnego momentu, w którym porzuciłem tę nadzieję. Raczej stopniowo coraz wyraźniej zdawałem sobie sprawę, że ojciec w zasadzie jest mi obojętny. On sam traktował mnie bardziej jak kolegę niż jak syna. Bardzo mnie to martwiło, jednak zrozumiałem w końcu, że nie mamy żadnego wpływu na to, jakie karty dostaniemy od życia – możemy jedynie próbować grać jak najlepiej tymi kartami, które otrzymaliśmy!

– Domyślam się, że twoja współpraca z ojcem nie była wzajemnym dzieleniem się czasem i talentem?
– W rzeczywistości bardzo mało współpracowaliśmy. Nasze kariery krzyżowały się w sumie przez około trzydzieści lat. W tym czasie pracowaliśmy wspólnie nad dwoma książkami i jednym artykułem, co może wydawać się rozsądne. Ale pisanie dwóch książek oznaczało tylko jedno spotkanie, na którym zadecydowaliśmy, kto napisze który rozdział, po czym po prostu je napisaliśmy. Z kolei artykuł najpierw napisałem na brudno sam, po czym ojciec dodał kilka rzeczy i parę zmienił. Była to więc najwspanialsza współpraca w historii nauki!

– A może poprawki twojego ojca, bardziej doświadczonego badacza, były pożyteczne i nawet konieczne?
– Nie, on zmienił, co chciał, i już. Bez dyskusji. Zawsze uważałem ojca za bardzo dogmatycznego w swoich poglądach. Mówiąc bez ogródek, nasze poglądy naukowe były mniej więcej zgodne w połowie. Bezowocne były dyskusje na jakikolwiek temat, co do którego się nie zgadzaliśmy. Oczywiście można zastanawiać się, czy powodem, dla którego nigdy nie zdołałem zmienić myślenia ojca w żadnej z tych kwestii, nie była czasem niedorzeczność moich argumentów!

– Intuicja mówi mi, że nadal nie jesteś z nim pogodzony. Co mogłoby sprawić, abyś odzyskał spokój umysłu?
– Cóż, mówi się, że kobieca intuicja jest niezawodna, ale naprawdę nie myślę, by to było prawdą w tym przypadku! Z pewnością wiele lat temu doświadczyłem sporo złości, gniewu na mojego ojca, ale te uczucia stopniowo traciły swoją intensywność. Teraz w ogóle rzadko myślę o nim – poza tymi chwilami, kiedy jestem o niego pytany! Czasem odczuwam smutek, że nigdy nie miałem troszczącego się ojca. Zapyta...

Pozostałe 80% artykułu dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.



POLECAMY

Przypisy