Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Uczony, czyli człowiek

0 407

Kiedyś podczas dyskusji z Michaelem nad wspólną pracą naukową, do której włączyliśmy teorię osobowości opracowaną przez jego ojca - Hansa J. Eysencka - nie bez wahania poruszyłam problem wybranego przez niego zawodu.

–Małgorzata  Fajkowska-Stanik: Michael, jesteś bardzo znanym i wpływowym psychologiem, a jednocześnie synem bardzo znanego i bardzo wpływowego psychologa. Dlaczego wybrałeś ten sam zawód co ojciec? Co to znaczy dla ciebie? Czy chcesz być taki jak on, a może lepszy?
– Michael Eysenck:No cóż, Małgosiu, to niełatwe dla mnie pytania! Może trudno w to uwierzyć, ale psychologiem zostałem przez przypadek. Kiedy byłem w szkole, niemal wszyscy moi koledzy wybierali jeden z przedmiotów szkolnych jako kierunek studiów. W ostatnich latach szkoły uczyłem się francuskiego i niemieckiego, ale wiedziałem, że na uniwersytecie nie chcę się uczyć żadnego z tych języków. Myślałem o prawie, ale osobom spoza środowiska prawników było wtedy bardzo trudno w nie wejść. Psychologię traktowałem jako pewną alternatywę, choć fakt, że rodzice byli psychologami, niewątpliwie odegrał jakąś rolę. Moi rodzice rozwiedli się, kiedy miałem pięć lat. Wychowywała mnie mama. Być może liczyłem więc w pewnym stopniu na to, że wybór psychologii pozwoli mi zbliżyć się do ojca – ale nie pozwolił! Przez pierwszych kilka lat mojej kariery czasem czułem, że podążanie jego śladami było złym pomysłem.

– A jednak podążałeś jego śladami?
– Tak. W miarę jak zdobywałem pewność siebie, a moja kariera zaczęła się obiecująco rozwijać, stawałem się coraz bardziej zadowolony z podjętej decyzji. Kariera akademicka zapewnia wyzwania intelektualne, mnóstwo podróży, kontrolę nad życiem zawodowym, a są to rzeczy, które bardzo cenię. Może to dziwić, ale rzadko myślę o sobie jako o synu Hansa Eysencka. Czuję, że mam bardzo dużo własnej tożsamości. Niewielu psychologów pyta mnie o moje relacje z ojcem. Ja też, tak jak większość dorosłych osób, nie definiuję siebie poprzez odniesienie do ojca.

– Liczyłeś, jak mówisz, że wybór psychologii pozwoli ci zbliżyć się do ojca – ale nie pozwolił. Kiedy zgasła ta nadzieja na zbliżenie się do niego?
– By odpowiedzieć na to pytanie, muszę zaznajomić cię z pewnymi okolicznościami. Przez osiem lat od rozwodu ojciec nie spotkał się ze mną. Gdy wreszcie do takiego spotkania doszło, bardzo ciężko było zbudować jakąś bliższą relację między nami. Mimo to miałem przez wiele lat nadzieję, że będzie ona możliwa. To chyba leży w ludzkiej naturze, by trzymać się nadziei tak długo, jak to możliwe. Nie było jakiegoś szczególnego momentu, w którym porzuciłem tę nadzieję. Raczej stopniowo coraz wyraźniej zdawałem sobie sprawę, że ojciec w zasadzie jest mi obojętny. On sam traktował mnie bardziej jak kolegę niż jak syna. Bardzo mnie to martwiło, jednak zrozumiałem w końcu, że nie mamy żadnego wpływu na to, jakie karty dostaniemy od życia – możemy jedynie próbować grać jak najlepiej tymi kartami, które otrzymaliśmy!

– Domyślam się, że twoja współpraca z ojcem nie była wzajemnym dzieleniem się czasem i talentem?
– W rzeczywistości bardzo mało współpracowaliśmy. Nasze kariery krzyżowały się w sumie przez około trzydzieści lat. W tym czasie pracowaliśmy wspólnie nad dwoma książkami i jednym artykułem, co może wydawać się rozsądne. Ale pisanie dwóch książek oznaczało tylko jedno spotkanie, na którym zadecydowaliśmy, kto napisze który rozdział, po czym po prostu je napisaliśmy. Z kolei artykuł najpierw napisałem na brudno sam, po czym ojciec dodał kilka rzeczy i parę zmienił. Była to więc najwspanialsza współpraca w historii nauki!

– A może poprawki twojego ojca, bardziej doświadczonego badacza, były pożyteczne i nawet konieczne?
– Nie, on zmienił, co chciał, i już. Bez dyskusji. Zawsze uważałem ojca za bardzo dogmatycznego w swoich poglądach. Mówiąc bez ogródek, nasze poglądy naukowe były mniej więcej zgodne w połowie. Bezowocne były dyskusje na jakikolwiek temat, co do którego się nie zgadzaliśmy. Oczywiście można zastanawiać się, czy powodem, dla którego nigdy nie zdołałem zmienić myślenia ojca w żadnej z tych kwestii, nie była czasem niedorzeczność moich argumentów!

– Intuicja mówi mi, że nadal nie jesteś z nim pogodzony. Co mogłoby sprawić, abyś odzyskał spokój umysłu?
– Cóż, mówi się, że kobieca intuicja jest niezawodna, ale naprawdę nie myślę, by to było prawdą w tym przypadku! Z pewnością wiele lat temu doświadczyłem sporo złości, gniewu na mojego ojca, ale te uczucia stopniowo traciły swoją intensywność. Teraz w ogóle rzadko myślę o nim – poza tymi chwilami, kiedy jestem o niego pytany! Czasem odczuwam smutek, że nigdy nie miałem troszczącego się ojca. Zapytałaś mnie, co mogłoby pomóc mi w odzyskaniu spokoju umysłu. Myślę, że go mam, a jeśli zdarzają się zakłócenia, to na pewno nie wiążą się z osobami czy wydarzeniami, które mają coś wspólnego z moim ojcem. To, co ma dla mnie znaczenie, to moja żona, dwie córki i syn – mój spokój umysłu zależy w wielkim stopniu od nich i ich szczęścia.

Michael z wielką pasją opowiada o swojej rodzinie. To naprawdę nietypowe jak na Anglika. Jego żona jest z pochodzenia Estonką, z wykształcenia psychologiem. Relacje między nimi są moim zdaniem doskonałe. Oto jeden z mnóstwa argumentów: on – szef wydziału psychologii Royal University of London – po powrocie z pracy zawsze pyta ją, jaką kawę podać: z mlekiem czy bez, i czy zanieść filiżanki do salonu.

Żadne z twoich dzieci nie jest psychologiem. Jak czujesz się z tym, że dzieci nie podążają ścieżką zawodową swoich rodziców i dziadków?
– To bardzo dobrze, że nasze dzieci nie są psychologami! Mamy w rodzinie już czterech i naprawdę nie potrzebujemy kolejnych. Jestem tylko nieco zawiedziony, że żadne z nich nigdy nie wykazało żadnego zainteresowania psychologią – spodziewałem się choćby cienia jakiejś ciekawości tego, co ich rodzice robią w życiu. W każdym razie wszyscy wybrali dobre studia i podjęli dobre decyzje zawodowe – Fleur, nasza starsza córka, jest adwokatem, William jest w połowie drogi do specjalizacji medycznej, a Juliet studiuje filologię klasyczną na uniwersytecie w Londynie. Wszyscy lubią to, co robią, i odnoszą sukcesy – czego więcej można chcieć?
– Mieszkałam jakiś czas w Anglii i przywykłam do tego, że Anglicy opowiadają zazwyczaj o rodzinie z takimi mniej więcej emocjami, jakby czytali na głos książkę telefoniczną. Ty zachowujesz się w takiej sytuacji bardzo niekonwencjonalnie. A może się mylę?
– Być może. Kiedyś na pewno byłem bardziej brytyjski w swoich zachowaniach. Zmieniły mnie podróże i kontakty zagraniczne. Ale jedno na pewno nie zmieniło się w moim myśleniu – rodzina była i jest dla mnie najważniejsza. Jeśli są w niej dobre emocje, to promieniują na wszystkie rodzaje aktywności człowieka, na jego zachowanie. Tym bardziej podczas opowieści o własnej rodzinie.
Michael jest zapalonym podróżnikiem. Myślę, że z dwóch powodów. Po pierwsze, jak każdy Brytyjczyk nie może się nadziwić, że kobiety w innych krajach potrafią się tak ładnie ubierać, i woli je oglądać zamiast swoich krajanek. A po drugie, nie bardzo wie, kim jest i do jakiego miejsca należy. On twierdzi, że strasznie w tej sprawie zmyślam.

Gdy jakiś czas temu rozmawialiśmy o tożsamości narodowej, powiedziałeś mi, że poświęcasz wiele czasu, by odpowiedzieć sobie na pytanie, kim jesteś: Niemcem, Żydem, Anglikiem? Pamiętam także, jak z zadowoleniem oznajmiłeś: „Nie jestem Niemcem. Nazwisko mojej rodziny pochodzi z Holandii, więc odczuwam ulgę, że jestem Holendrem”.
– Pamiętam naszą ubiegłoroczną rozmowę, ale inaczej niż ty. Z pewnością nie poświęcam wiele czasu na zastanawianie się nad moją tożsamością – mam kilka dużo ważniejszych rzeczy do roboty! To prawda, że nazwisko Eysenck jest w Holandii znacznie bardziej powszechne niż w Niemczech i że generalnie łatwiej jest mi porozumieć się z Holendrami niż z Niemcami. Jednak z historii mojej rodziny nie wynika jasno, czy jej korzenie leżą w Holandii, czy też w Niemczech. Muszę przyznać, że byłbym szczęśliwszy, gdyby się okazało, że są holenderskie. Urodziłem się w Anglii, tu żyję, więc uważam się za Anglika i jestem z tego dumny.

– Twoją pasją są podróże i doskonale to rozumiem. Mam nawet ulubiony podróżniczy cytat z Horacego: „Jadąc za morze, zmieniamy klimat, nie siebie”. Czy możesz go skomentować?

– Rzeczywiście, kocham podróżować! Do tej pory byłem w pięćdziesięciu pięciu państwach, a chciałbym odwiedzić ich znacznie więcej. Na przykład w Ameryce Południowej byłem tylko na jednej trzytygodniowej wyprawie i chętnie bym tam kiedyś wrócił. Nie znałem tego cytatu z Horacego, ale rzeczywiście jest bardzo ciekawy. Z pewnością mówi coś prawdziwego – nasze osobowości rzadko zmieniają się w znaczącym stopniu. Mało prawdopodobne, żeby zwykła podróż do innego kraju miała jakikolwiek wpływ na to, co w nas podstawowe. Jednak podróże mogą definitywnie zmienić nasze zachowanie, ponieważ zależy ono nie tylko od naszej osobowości, ale też od sytuacji, w jakiej się znajdujemy. Sam zauważyłem, że podczas wizyt w Hiszpanii jestem bardziej przyjazny i zrelaksowany niż tu, w Angl...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy