Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

TABLETKA ZA 40 DOLARÓW

0 330

Kiedyś lekarz dostawał pieniądze za usługę wprost od pacjenta. To spowalniało, lub wręcz uniemożliwiało procedery naciągania ubezpieczalni czy kas chorych. KAZIMIERZ JANKOWSKI jest zwolennikiem powrotu do idei medycyny tradycyjnej.

Artykuł ten to mój głos w dyskusji na temat reformy opieki zdrowotnej. Tak, zgadzam się ze wszystkimi, którzy się jej domagają. Tyle tylko, że lokomotywę „postępu” ustawiłbym na... jazdę do tyłu. Nie, nie żartuję – postaram się uzasadnić swoją opinię na podstawie doświadczeń i wiedzy na ten temat, które zdobyłem zarówno w Polsce, jak i w USA.

Większość dyskutantów domaga się przede wszystkim większych pieniędzy. Ci, co nie mogą wykupić naprawdę potrzebnych im leków – złorzeczą aptekarzom, choć to nie oni podwyższają ceny lekarstw. Ci, co stoją w ogonkach do specjalistów (i nie tylko), domagają się sprawniejszych lekarzy, choć oni najmniej zawinili, a być może z powodu reformy (nieustającej) ponieśli największe straty (niższe pensje, więcej papierkowej, zabierającej czas pracy). Nawet administratorzy, szczególnie ci, którzy wyznaczyli sobie astronomiczne pobory, podnoszą wrzawę, że w USA dostaliby nie 20 tys. zł miesięcznie, a pół miliona dolarów (sic!).

Przy nieprawdopodobnym wręcz wzroście cen farmaceutyków; produkcji coraz to nowych leków, często nikomu niepotrzebnych lub powielających już istniejące; przy ambicjach każdej, nawet najmniejszej placówki medycznej, by mieć drogą specjalistyczną aparaturę, która z powodu braku potrzeb bądź wyszkolonego personelu używana jest rzadko albo wcale – trudno się dziwić, że koszty usług medycznych są bardzo wysokie. Tak dzieje się nie tylko w Polsce. Na przykład moja znajoma dostała rachunek na około 20 tys. dolarów za dziesięciodniowy pobyt w szpitalu. Koszt jednej tabletki przeciwbólowej szpital wyliczył na... 40 dolarów.

Jakie są konsekwencje takiego stanu rzeczy? Oczywiste, że coraz mniej ludzi może zapłacić za leczenie w nowoczesnym szpitalu, który w rezultacie stoi niemal pusty. A puste szpitale zamyka się bardzo energicznie (aby nie dopuścić do ich bankructwa). Do istniejących przyjmuje się pacjentów na jeden dzień, czasem tylko na pół dnia, choć łóżek nie brakuje. Rodzina przywozi pacjenta na dwie godziny przed operacją i zabiera go do domu niemal tuż po obudzeniu z narkozy.
W USA szpitale i inne organizacje medyczne bankrutują, pomimo astronomicznych dotacji państwa na opiekę medyczną. Składki na ubezpieczenie medyczne zabierają „szaremu” człowiekowi kilkanaście procent pensji. Rezultat: 40 proc. mieszkańców Stanów Zjednoczonych nie ma żadnego (sic!) ubezpieczenia medycznego. A jego brak w wypadku poważnej choroby jest równoznaczny z zaniechaniem leczenia, czy nawet bankructwem.

W Stanach Zjednoczonych, a w coraz większym stopniu także w Polsce, na lekarzy i organizacje medyczne czyha jeszcze jedno niebezpieczeństwo: możliwość zasądzenia ich przez pacjenta jest źródłem nieopisanego lęku, który powoduje, że pacjenta traktuje się jak potencjalnego wroga. W rezultacie koszty ubezpieczenia rosną, osiągając sumy niemożliwe do płacenia. A w wypadku przegranego procesu bankrutuje nierzadko nie tylko lekarz, ale i jego ubezpieczalnia. Jedną z często obserwowanych reakcji lekarzy na taką sytuację jest rezygnacja z zawodu.

W prasie amerykańskiej przeczytałem niedawno opis następującego zdarzenia: doświadczony lekarz, profesor medycyny, sporządził wniosek do firmy ubezpieczeniowej o pokrycie kosztów leczenia swojej pacjentki – chodziło o niezbyt skomplikowaną (a więc „tanią”) operację. Zgodnie z procedurą lekarz (choć profesor) musiał odbyć konsultację z urzędniczką firmy ubezpieczeniowej, która arbitralnie zmieniła diagnozę (!) i odmówiła sfinansowania kosztów operacji przez jej firmę. Dziewczyna ze średnim wykształceniem, bez jakiejkolwiek wiedzy medycznej, za to trzymająca się sztywno dyrektyw swoich zwierzchników, podważyła opinię wybitnego specjalisty i zniweczyła jego wysiłki!

Doktor K., mój znajomy praktykujący medycynę w USA, człowiek o stalowych nerwach, opowiedział mi wiele anegdot o swoich spotkaniach medycznych. Na przykład już przy pierwszej wizycie mówił pacjentom, aby nie ciągali go po sądach, ponieważ nie jest ubezpieczony. W ciągu wielu lat nie miał ani jednego procesu!

W małym miasteczku, położonym w jednym z rolniczych stanów, tzw. Midwestu, doktor K. miał „klinikę” – małe ambulatorium. Pracowali w nim: jeden lekarz (on sam) i jedna pielęgniarka (jego żona). Nie mogli się opędzić od pacjentów. Oto charakterystyczne zdarzenie: podczas jakiegoś święta i mojej wizyty przyszedł do domu doktora K. pacjent z gorączką. Lekarz przeprosił gości i przyjął pacjenta. Wizyta trwała pół godziny, włączając w to iniekcję penicyliny. Koszt wizyty: 10 czy 15 dolarów (nie pamiętam dokładnie). Z tak prowadzonej praktyki doktor K. był w stanie zapewnić zupełnie godziwe życie swojej rodzinie i sobie. W zamian otaczała go sympatia i szacunek mieszkańców miasteczka.

Praktyka doktora K. skończyła się, kiedy do miasteczka zawitała zorganizowana sieć medyczna i zmusiła go do odsprzedania kliniki. Doktor dostał do ręki pieniądze, a jego pacjenci standardowe (czytaj: drogie, obwarowane rygorami firm ubezpieczeniowych) usługi medyczne.
W Warszawie spotkałem paru lekarzy nieświadomie powtarzających ten sam schemat: tanio lub bardzo tanio, miło, jak najwięcej pacjentów, wizyty w domu. Koszty takiego leczenia były ułamkiem kosztów leczenia w „normalnym” systemie.

Warto teraz odpowiedzieć sobie na ważne pytania. Po pierwsze: czy możliwe jest zatrzymanie spirali inflacji i co jest do tego potrzebne? Uważam, że współcześnie – w imię wzniosłych i...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy