Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Stukanie się łokciami, czyli co zostało z tamtych lat

86

Wydarzenia Sierpnia ’80 były, jak napisał Ryszard Kapuściński, świętem podniesionych głów i wyprostowanych rąk, czyli czasem odzyskania dumy społecznej, narodowej i własnej podmiotowości. Pojawiła się więź międzyludzka. Podobnie było w dniach choroby i śmierci Jana Pawła II. Jaki mechanizm zadziałał i dlaczego teraz tego nie doświadczamy? Mówi się, że solidarność między ludźmi umarła. Czy takie zdarzenia mogą przeminąć bez śladu? Co się stało z tamtą solidarnością?

Odpowiedź na te pytania wykracza poza podstawową wiedzę psychologiczną, być może wykracza poza wszelką dotychczasową wiedzę. Jest to przede wszystkim obszar intuicji, spekulacji i domniemań, w których wiedza akademicka pełnić może funkcję pomocniczą, podpowiadając jakieś interpretacje, ale nie pozwalając na ich rzetelną weryfikację.

Mówimy o zdarzeniach wielkich i niecodziennych, o uniesieniach społecznych, być może częstszych w historii Polski niż wielu innych społeczeństw, ale nadal rzadkich. Co więcej, mówimy o doświadczeniach niedawnych. Zatem o czymś, co wciąż jest emocjonalnie świeże i z trudem poddaje się chłodnej analizie intelektualnej. Przeżycie chwil rzadkich i wielkich musi sprawiać, że wszystko, co po nich następuje, wydaje się – przez kontrast – małe i niekorzystnie odbiegające od przeżycia apogeum. Punktem odniesienia w ocenie stają się bowiem stany ekstremalne, a nie codzienne. Gdy stany ekstremalne wyznaczają standardy oceny, wszystko, co zdarza się między tymi stanami, musi wydawać się co najmniej wyblakłe. Tak działa mechanizm wartościowania. Jest to kwestia wysokiego „zakotwiczenia” samej oceny, a także znaku. W przypadku uniesień pozytywnych, o jakich mówimy, tworzą się nierealne oczekiwania, że stan ekstremalny pozostanie stanem średnim. A w każdym razie stany po zdarzeniu będą lepsze niż te przed. Z wyżyn tych oczekiwań to, co naprawdę następuje, staje się tym bardziej frustrujące. Nie dziwią zatem pełne żalu i rozgoryczenia wypowiedzi, także psychologów i socjologów, że wbrew nadziejom już miesiąc po śmierci Jana Pawła II powróciliśmy do dawnej codzienności, na przykład do „polskiego piekiełka” w polityce. Choć nikt tak naprawdę nie jest w stanie zmierzyć, czy piekiełko to, zwłaszcza w czasie kampanii wyborczej, byłoby w innym przypadku takie samo, czy też jeszcze większe, niż jest w tej chwili.

Sierpień ,80 i wiosna ,89 to zdarzenia tylko trochę podobne do śmierci i pożegnania Jana Pawła II – i w treści przeżyć, i w ich źródłach psychologicznych. W latach 80. zbiorowa tożsamość większości Polaków rodziła się w wyniku walki z totalitarnym aparatem władzy, zatem rodziła się z opisywanego przez klasyków psychologii społecznej zróżnicowania międzygrupowego: „my” – opresjonowane społeczeństwo, i „oni” – grupa rządzących. Zwycięstwo Sierpnia tworzyło tożsamość Polaka dumnego i biorącego sprawy w swoje ręce, z nadzieją patrzącego na budowaną przez siebie przyszłość. Ale także Polaka odważnego, a nie tchórzliwego. Odwagi wprawdzie trzeba było przede wszystkim wcześniej, przed Sierpniem, gdy opozycja była jeszcze nieliczna. Ale ci, którzy pamiętają tamte czasy, wiedzą, że na początku „Solidarności” prawie każdy jej członek czuł się bohaterem. Dla większości najprostsza nawet forma wypowiedzenia obywatelskiego posłuszeństwa była wtedy aktem osobistej odwagi. Po Sierpniu, przynajmniej przez rok, zaangażowanie w działalność publiczną nie wymagało wprawdzie już szczególnej odwagi, ale siła i wielkość „Solidarności” wciąż były gwarantem poczucia bezpieczeństwa, redukcji lęku. A lęk, większy lub mniejszy, przynajmniej podskórnie był stale obecny. Lęk przed aparatem władzy i jego służbami, lęk przed inwazją ze Wschodu. Zatem powszechnie dzielonymi odczuciami okresu „Solidarności” były duma, sprawstwo, lęk i odwaga. „Stukanie się łokciami” w tłumie dawało siłę do walki. Do palety odczuć lat 80. dodać więc trzeba odczucie wspólnoty, więzi z innymi ludźmi.

Wiosną 2005 roku nie walczyliśmy. Czas choroby i śmierci Papieża dla wielkiej części społeczeństwa był źródłem przeżyć metafizycznych, religijnych. Był czasem czuwania i współodczuwania, ogólnospołecznym, zbiorowym uniesieniem, w którym niezwykle istotnym elementem były odnowienie poczucia tożsamości narodowej i poczucie dumy. Klasyczni teoretycy tożsamości, wywodzący się z tzw. szkoły bristolskiej, przekonywaliby zapewne, że duma z Wielkiego Polaka i z narodu, który Go wydał, są efektem wciąż tego samego procesu kategoryzacji, czyli różnicowania: my – Polacy, a inne nacje. Dla mnie nie mniej istotnym mechanizmem, a może wręcz dominującym, jest ten związany z budowaniem poczucia tożsamości na ciągłości historycznej. Wielki Polak wpisał się wielkimi literami w historię. Nie było walki z innymi, nie było konfliktu międzygrupowego, nie było okazji do aktów odwagi, nie było lęku przed zagrożeniem zewnętrznym. Warto dodać, że redukcja lęku odgrywała również w tych dniach niepoślednią rolę. To, w jaki sposób umierał Jan Paweł II, mogło w wielu z nas redukować lęk przed śmiercią.

Porównanie tych tak różnych zdarzeń wydawać by się mogło pomysłem karkołomnym. Coś jednak bardzo ważnego można znaleźć we wspólnym mianowniku. Różne sytuacje i różne mechanizmy psychologiczne doprowadziły ostatnio i ćwierć wieku temu do przeżycia wspólnoty wartości i norm, do doświadczenia więzi międzyludzkiej. Byliśmy blisko siebie, współodczuwający i wrażliwi na to, co sobie wzajemnie robimy. Byliśmy sobie życzliwsi. Okres pierwszej „Solidarności” pozwalał nam na artykułowanie...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy