Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

27 stycznia 2016

Strącone z tronu

0 352

Pojawienie się w życiu jedynaka brata lub siostry jest jak...tsunami. Potem jest jeszcze gorzej, gdy rodzice rozsądzają spory między rodzeństwem i zawsze biorą czyjąś stronę. Jak kochać mądrze, nie kochając „po równo”?

Mamo, on mnie popchnął... Ale ona rozwaliła mi moją wieżę!... Bo on się ze mną nie chce bawić... No bo ona się przezywa! Takie skargi rozbrzmiewają codziennie w domach, w których rodzice wychowują co najmniej dwoje dzieci. Gdybyśmy chcieli sprawiedliwie rozstrzygnąć konflikt i znaleźć jego źródła, to po wzajemnej liście żalów i oskarżeń typu „bo on zrobił” i „bo ona powiedziała”, zapewne doszlibyśmy w końcu do zasadniczego: „a bo on się urodził”…

Dla dziecka, które było pierwsze, uwielbiane, rozpieszczane i skupiało na sobie całą uwagę rodziców, pojawienie się rodzeństwa jest niezwykle trudnym doświadczeniem. Rodzinna „księżniczka” lub „królewicz” nagle schodzi na drugi plan. Znane i bezpieczne rytuały dnia zmieniają się, wszystko się wywraca do góry nogami. Nie można już śmiać się głośno, bo obudzi się brata, na czytanie trzeba poczekać, bo mama musi najpierw przewinąć czy nakarmić siostrę, a gdy przychodzą goście, zachwycają się tylko nowym dzieckiem.

W kleszczach zazdrości

Dziecko pierworodne doświadcza detronizacji. Jej moc możemy odczuć, wyobrażając sobie, że pewnego dnia ukochany mąż przyprowadza drugą żonę. Pierwszej mówi, że to dla jej dobra (będzie mieć towarzystwo) i że tak samo kocha je obie. Jednocześnie każe pierwszej żonie podzielić się z drugą ubraniami i prosi o opiekę nad nowo przybyłą, bo jest młodsza i trzeba jej ustąpić, zadbać, by się dobrze czuła w od dziś wspólnym domu...

Rodzice chcieliby, aby ich dzieci się kochały. Robią, co mogą: kupują takie same rzeczy, odliczają buziaki po równo i często powtarzają: „no przecież to twoja siostra, zobacz, jaka jest fajna”, „musisz kochać swojego brata, nie ma co być o niego zazdrosnym”, „jesteście dla mnie tak samo ważni”. Czemu więc to nie działa?
Ponieważ w ten sposób pacyfikujemy niechciane zachowania, całkowicie zapominając o ich źródle – wszechogarniającej wściekłości, poczuciu niesprawiedliwości i zazdrości.

Zazdrość jest uczuciem o wielkiej sile. Często prowadzi do dziecięcej „zbrodni w afekcie”, czyli do rzucenia klockiem czy ciosu wymierzonego rodzeństwu.
Warto pamiętać, że każda emocja jest potrzebna, bo jest naturalną informacją o naszych relacjach z innymi. Jeśli coś jest dla mnie dobre, to czuję wtedy radość. Jeśli coś jest ewidentną krzywdą – czuję złość. W zazdrości jako takiej nie ma nic złego, dziecko w ten sposób informuje nas, że czegoś mu brakuje, że czuje się mniej kochane niż rodzeństwo. Złe będzie natomiast to, że dziecko, któremu nie pozwolono czuć zazdrości, odreaguje ją, uderzając siostrę klockiem.

Bardzo ważna jest umiejętność oddzielania emocji od zachowań. Dzieci nie muszą lubić wszystkich poznawanych osób, ale powinny zachowywać się wobec nich z szacunkiem. Dziecko ma prawo być zezłoszczone, zazdrosne, ale nie ma prawa bić. Jeśli pozwolimy mu wyartykułować tę zazdrość i złość, i pokażemy, jak je w sposób akceptowalny uzewnętrzniać, to nie będzie miało potrzeby odreagować tych emocji. Można powiedzieć na przykład: „Mówisz, że Ania dostaje ładniejsze zabawki. Wygląda na to, że czasami jesteś o nią zazdrosna. To musi być okropne zastanawiać się, czy czasem nie lubię jej bardziej. Dziś chyba wcale nie masz ochoty mieć siostry...”.

Po równo, czyli jak?

Dopóki dziecko nie wypuści z siebie tych ciężkich, nieprzyjemnych emocji, to nie ma w nim miejsca na przyjemne i ciepłe. Dopóki nie powie: „Nie chcę mieć tego brata, nie cierpię go, wysłałbym go w kosmos!”, to nie pojawi się zdanie: „No dobra, niech Maciek wróci z tego kosmosu, bo w sumie fajnie, że jest”.

Choć jako rodzice mamy nauczyć dzieci radzenia sobie z trudnymi uczuciami, to często chcielibyśmy, aby niektórych uczuć, np. zazdrości, w ogóle nie czuły. Jednak to, że jej nie nazwiemy, nie spowoduje, że ona zniknie. Im bardziej będziemy zakazywać przeżywania zazdrości, im bardziej będziemy na nią ślepi, tym intensywniej będzie żyła „w drugim obiegu”, niszcząc relacje między rodzeństwem. A wtedy na nic zdadzą się nasze próby traktowania dzieci „po równo”.

Z tym „po równo” jest zresztą kłopot. Rodzice dwoją się i troją, by pokazać dzieciom, że kochają je tak samo. Im większy wkładają w to wysiłek, tym bardziej sfrustrowani są i rodzice, i dzieci. Próby kochania „po równo” zamiast rozwiązać problem, tylko go nasilają, bo dziecięcym sprawdzianom i testom, czy aby na pewno są kochane tak samo jak brat/siostra, nie ma końca. A ponieważ nie sposób zawsze dać z siebie tyle samo, dzieci szybko zyskują dowody na to, że nie są kochane „po równo”. Zazdrość i poczucie niesprawiedliwości rośnie. Kto nie słyszał podobnych zdań: „jego pocałowałaś trzy razy, a mnie dwa”, „on ma lepsze zabawki, jemu zawsze coś lepszego kupisz!”, „jego ciastko jest większe”.

I choćbyśmy ważyli ciastka na aptecznej wadze, to dzieci i tak będą miały poczucie niesprawiedliwości. Bo przecież nie o ciastko tu chodzi, a dzieci wcale nie chcą być kochane po równo (kto by chciał, żeby najważniejsza dla niego osoba kochała go tak samo jak kogoś innego?). Dzieci chcą być kochane inaczej niż brat czy siostra, chcą się czuć absolutnie wyjątkowe. I słusznie, wszak każde dziecko jest inne i czego innego potrzebuje (również innych sposobów okazywania miłości). Jaś uwielbia pieszczoty – trzy buziaki na dobranoc to dla niego jak okruchy ze stołu, za to Staś nie przepada za przytulaniem i już po jednym buziaku wyciera policzek rękawem. Trzy buziaki to dla niego męka. W ich przypadku „po równo” znaczy mniej, bo żaden nie dostał tego, czego potrzebuje. Jaś wymarzonych dziesięciu buziaków na dobranoc, a Staś np. dodatkowej bajki, którą uwielbia.

Serce rośnie

Często proponuję rodzicom, by znaleźli sposób na pokazanie każdemu dziecku, jak wyjątkowo jest kochane. Można to zrobić, opowiadając dzieciom bajkę, np. o tym, że mamie wyrasta nowe serce do kochania nowo narodzonego dziecka, i tak oto mama ma jedno serce do kochania taty, drugie do kochania Zosi i trzecie do kochania Jacka – każde z nich kocha całym sercem absolutnie wyjątkowo. Albo bajkę o pokoikach w sercu (każdy ma w sercu mamy swoje wyjątkowe miejsce, oddzielny pokoik) lub o kolorach miłości (każde dziecko jest kochane innym kolorem). Warto też znaleźć oryginalne pseudonimy dla dzieci: „ty jesteś moją Gwiazdką z Nieba, ty Najpiękniejszym Kwiatuszkiem – zobaczcie, jak na świecie byłoby smutno bez kwiatuszków, jak bez gwiazdek; są absolutnie wyjątkowe, niezbędne i nie da się ich w żaden sposób porównać”.

I tu dochodzimy do tego, czym karmi się dziecięca zazdrość. To porównania. Nawet nam, dorosłym, trudno jest wyzwolić się z ciągłego porównywania się z innymi. Sami sobie wytykamy od kogo i w czym jesteśmy gorsi – czym się skutecznie unieszczęśliwiamy – a co dopiero powiedzieć o dzieciach, które stawiają pierwsze kroki w radzeniu sobie z emocjami, bacznie nas obserwując?

Każde polecenie czy uwagę można sformułować tak, by nie nie używać jednego dziecka jako bata na drugie. Zamiast: „zobacz, a twoja siostra już zjadła”, można powiedzieć: „widzę dziewczynkę, która jeszcze je śniadanie, a za dziesięć minut wychodzimy. Nie chciałabym, żeby bolał ją brzuszek z głodu ani żeby spóźniła się na spotkanie, na które tyle czekała”. 

Porównując – stawiamy dzieci przeciwko sobie. Zwykle chcemy je w ten sposób zmotywować, ale dziecko stawiane za wzór budzi w tym skrytykowanym wściek-
łość i zazdrość, a te emocje nie sprzyjają rozwijaniu braterskich uczuć. Budzą natomiast chęć odwetu, opór, bunt i wściekłość na rodzica – wściekłość, że zapewne „ulubieńca” kocha bardziej.

Rodzice bezstronni

Miłość rodzicielska jest dla dziecka jak powietrze. Niezbędna, pożądana. Niemowlę nie przeżyje bez opiekuna – jego miłość i więź z nim są gwarancją przetrwania. Dzieci walczą więc o nią wszystkimi dostępnymi im środkami. Gdy w rodzinie pojawia się drugie dziecko – rywal w walce o rodzicielską uwagę – wszystkie chwyty są dozwolone. Dzieci wszczynają bójki, kłótnie i zapraszają nas do rozwiązywania konfliktów. A wygrany w konflikcie nie tylko zyskuje kredkę, o którą kłócił się z bratem. Razem z kredką wygrywa (w swoim głębokim przekonaniu) coś znacznie ważniejszego – miłość, bo przecież rodzic stanął po jego stronie. Drugie dziecko nie dość, że zostaje bez kredki, to jeszcze w poczuciu żalu, straty i zawodu, ze złością, chęcią zemsty i poczuciem niesprawiedliwości.

A gdybyśmy nie stawali po żadnej stronie? Gdy rodzice nie wkraczają i nie próbują rozstrzygnąć sporu, dzieci muszą dogadać się same, a kłótnia przestaje być opłacalna. Gdy nie dajemy gotowego rozwiązania (zwykle spostrzeganego przez jedno z dzieci jako niesprawiedliwe), dzieci zaczynają negocjować i samodzielnie znajdują wyjście z trudnej sytuacji. Rozsądzamy spory między dziećmi, bo jesteśmy nimi zmęczeni, chcemy uniknąć zaostrzenia konfliktu, mieć problem szybko z głowy. Poza tym czujemy się wtedy potrzebni, bo wiemy, jakie rozstrzygnięcie będzie sprawiedliwe... Ale czy na pewno wiemy? Zwykle widzimy ostatniego kopniaka, a nie znamy całego przebiegu zdarzeń, które do niego doprowadziły. Nie mamy wszystkich danych, więc dlaczego ferujemy wyrok? Po każdym naszym rozstrzygnięciu dzieci będą jeszcze bardziej zazdrosne i skłonne do kolejnych kłótni o naszą miłość, bo przecież nie o klocek w tych kłótniach chodzi, ale o to, po czyjej stronie staniemy. Stańmy więc po stronie rodzeństwa i pozwólmy dzieciom dogadać się samym – kiedyś przecież nas zabraknie...?

ANETA MAZURKIEWICZ jest psychologiem, psychoterapeutą, certyfikowanym coachem ICC i trenerem szkoleń rozwijających umiejętności wychowawcze metodą Faber & Mazlish CMPPP. Prowadzi grupowe warsztaty doskonalące umiejętności wychowawcze rodziców.

Bądź mediatorem
Jak postępować, gdy dzieci się kłócą? Zastosowanie się do poniższych zasad na pewno usprawni rodzinne relacje. Gdy dzieci kłócą si...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy