Dołącz do czytelników
Brak wyników

Zdrowie i choroby , Praktycznie

23 listopada 2015

Sposób na raka

22

Nie chodzi o to, by chory próbował stać się kimś innym, lecz by pozostał sobą. Chcę, by wykorzystywał zasoby, jakie posiada - również te, których sobie na co dzień nie uzmysławia - mówi Eric Greenleaf.

Dr Eric Greenleaf jest psychologiem i psychoterapeutą. W pracy z pacjentami wykorzystuje hipnoterapię. Jest dyrektorem Milton H. Erickson Institute of the Bay Area. Laureat Milton H. Erickson Award of Scientific Excellence for Writing in Hypnosis. Napisał książkę The Problem of  Evil: Ancient Dilemmas and Modern Therapy. W czerwcu tego roku uczestniczył w V Europejskim Kongresie Ericksonowskim, który odbył się w Krakowie.

AGNIESZKA CHRZANOWSKA: – Pracuje Pan z pacjentami nowotworowymi. Chorobę zna Pan jednak nie tylko z ich opowieści – u Pana też zdiagnozowano nowotwór. Czy doświadczenie choroby pomaga w pracy z osobami, które szukają u Pana pomocy?
Eric Greenleaf:
– Nowotwór zdiagnozowano u mnie dwa razy. Dwa razy przeszedłem terapię. W 2005 roku stwierdzono u mnie raka prostaty, zostałem wtedy poddany radioterapii. Leczenie było bardzo długie, ale skuteczne – nie ma nawrotu. Na początku tego roku zdiagnozowano u mnie nowotwór pęcherza. Tym razem byłem leczony chirurgicznie i od tamtej pory wszystko jest w porządku.
Dr Milton Erickson powtarzał, że nikt nie zna przyszłości. Przekonałem się, że to prawda. Gdy zachorowałem, okazało się, że wszystko, co myślałem wcześniej, nie miało żadnego zastosowania
do tego, co faktycznie przeżyłem, przez co przeszedłem. Cokolwiek wiem o statystycznym prawdopodobieństwie wystąpienia i rozwoju nowotworu, nie ma to znaczenia w konkretnej sytuacji – terapii konkretnego pacjenta i jej efektów. Nie ma też znaczenia, kim jestem, jaką osobą jestem. Dobrzy i źli, zdrowi i gorszego zdrowia – każdy może zachorować na nowotwór. Niektórzy pokonują chorobę, inni – niestety – umierają. Trudno przewidzieć, co się stanie.
Mój dobry przyjaciel zmarł na raka pęcherza. Ten sam nowotwór zdiagnozowano u mnie, jednak jego był złośliwy, a mój łagodny. Ja byłem leczony chirurgicznie, on przeszedł trudną chemię. Ja żyję, on – choć był leczony przez wiele lat – kilka miesięcy temu zmarł. Ludzie często myślą, że choroba to coś osobistego, że ma związek z daną osobą. Pacjenci, którzy do mnie przychodzą, wyjaśniają, że zachorowali, bo zrobili „to i to” albo nie zrobili „tego i tego”. A to nie ma znaczenia. Mój przyjaciel był o wiele lepszym człowiekiem niż ja.

Jak chory ma sobie poradzić z taką niepew­nością?
– Zachęcam pacjentów, by zmagając się z chorobą, robili to, w czym są najlepsi; by skupili się, zamiast rozpraszać. To ważne, by pacjent skoncentrował się na decyzjach dotyczących leczenia, a nie na oczekiwaniach, na zamartwianiu się tym, co będzie, bo w ten sposób marnuje mnóstwo energii. Niech skupia się jednak w taki sposób, by miało to dla niego znaczenie i sens.
Lubię rozmawiać i czytać, jestem bardzo dobrym słuchaczem. Kiedy usłyszałem pierwszą diagnozę, zacząłem rozmawiać z ludźmi i czytać. Chciałem dowiedzieć się, na czym polega rak prostaty i co się z nim wiąże. Rozmawiałem z dobrym przyjacielem, który zna się na nauce i medycynie, ze znajomymi lekarzami i oczywiście z moim lekarzem. Dbałem o to, by zdobywać tylko takie informacje, które faktycznie mnie dotyczą, oraz by rozumieć to, co słyszę i czytam. Okazało się wtedy, że „nic nie wiadomo”. Żaden lekarz nie potrafił zarekomendować leczenia, które w jego przekonaniu będzie skuteczniejsze niż inne. Wiedziałem, że to ja muszę podjąć decyzję.

Nie każdy jest jednak dobrym słuchaczem i poszukiwaczem informacji...
– Tak, ludzie są różni. Jedną z moich pacjentek była prawniczka. Pracuje w kancelarii, w której jest partnerem, zajmuje się prawem procesowym. Usłyszała straszną diagnozę: „Nowotwór, zostało pani niewiele życia”. Wyjaśniła mi, że przygotowując się do sprawy, bierze pod uwagę najlepszy i najgorszy możliwy wynik. Nikt nie wie, jaka będzie przyszłość. Sięgając do jej doświadczeń zawodowych, powiedziałem jej, że powinna się przygotować i na życie, i na śmierć. Wymieniłem listę rzeczy, którymi powinna się zająć; „Uporządkuj swoje sprawy, zajmij się dziećmi, zakończ relacje, które sprawiają ci ból”. To była lista na życie. Potem użyłem dokładnie tych samych słów, tworząc listę na śmierć. Ponieważ była w transie, nie potrafiła potem powiedzieć, na której właściwie liście znajdowały się poszczególne zadania. Wszystkie jednak wykonała. Minęło dwanaście lat, a ona – wbrew prognozom lekarzy – wciąż żyje.

W terapii pacjentów stosuje Pan hipnozę?

– Hipnoza jest jak każda osobista relacja, tyle że tu cele pacjenta są celami terapeuty. Nie ma miejsca na negocjowanie celów. W tym wypadku oboje chcemy zmierzyć się z nowotworem.
Prosta metoda polega na koncentrowaniu uwagi: zachęcam pacjenta, by słuchał mojego głosu, wyrównujemy oddech. To naturalny rodzaj transu. Potem rozmawiamy o lęku pacjenta, o leczeniu, o tym, jak może walczyć z chorobą lub pogodzić się z nią, w zależności od charakteru osoby. W terapii posługuję się językiem pacjenta. Przytaczam historie lub obrazy, odwołują...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy