Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia , Otwarty dostęp

5 marca 2019

NR 3 (Marzec 2019)

Początek na końcu świata

0 380

Uciec na koniec świata, zacząć wszystko od początku. Tylko jak żyć i z czego gdzieś tam, na przykład na dalekiej Północy? „Przyjedź do Ammarnäs” – zaproponowała mi szwedzka przyjaciółka. „Do nas ciągle ktoś się przeprowadza. Zobaczysz, jak to jest”.

Do Ammarnäs wcale nie tak trudno dojechać. Z Polski to tylko dwa tysiące kilometrów z hakiem. Wystarczy złapać pociąg do Gdańska, a potem wieczorny prom do Nynäshamn. O 19:00 następnego dnia z dworca głównego w Sztokholmie odchodzi nocny autobus ekspresowy numer 100 do Umeå nad Zatoką Botnicką. O 6 rano łapiemy stamtąd lokalny bus numer 31 do Storuman i jedziemy w kierunku północno-zachodnim, o 9:00 jesteśmy w Lycksele, przesiadamy się do autobusu 36 do Sorsele. I ostatnia prosta: bus 341 na trasie Sorsele–Ammarnäs. Sto kilometrów – dwie godziny jazdy i o 12:30 jesteśmy na miejscu. Ufff.
„Proszę wysiadać, to ostatni przystanek” – budzi mnie mężczyzna w czerwonej czapce w białe renifery. Ma podkrążone oczy, nieogoloną twarz. Jest i kierowcą autobusu, i listonoszem, i dostawcą towaru dla położonej na odludziu osady. Faktycznie, dalej się już nie pojedzie. Po lewej droga schodzi do jeziora, po prawej do wijącej się meandrami rzeki, na wprost mam góry porośnięte świerkowo-sosnowym lasem. 

Tuż obok przystanku, w szarym drewnianym domu z białym gankiem, który wygląda jak wyjęty żywcem z amerykańskich westernów, mieści się „Guide Center. Kafeteria. Restauracja”. Na kartce przypiętej do drzwi czytam: „Wyszedłem na obiad, zaraz wracam, a jeśli coś pilnego, proszę dzwonić na mój numer telefonu 0046......”. 

– Przecież nie będę u siebie jadał – tłumaczy mi chwilę później Peter Schmitt, który od trzech lat rozkręca w Ammarnäs niewielki biznes. – Za drogo – śmieje się. W jego restauracji można zjeść burgera z wędzonym mięsem renifera, pastę z dzikim łososiem, gofry z moroszką – kulinarne wizytówki tego regionu. Na taki obiad trzeba wydać nawet kilkaset złotych. Za to kawa kosztuje grosze i można bez obciachu prosić o darmowe dolewki.

POLECAMY

– No to powiedz – proszę Petera, gdy po kwadransie siadamy przy stole z kubkami czarnego, aromatycznego naparu – czy w Ammarnäs kończy się, czy zaczyna droga?
Peter patrzy przeciągle na góry przed nami, na rzekę, na drogę. Po dwóch łykach kawy mówi powoli: – Dla mnie wszystko zaczęło się właśnie tu.

Praca, praca, praca, a potem ciche, spokojne dni

– Jeśli mieszkasz w wiosce na końcu świata, nie wyżyjesz z jednej pracy – wyjaśnia mi Peter. – Sezon trwa u nas zaledwie 3–4 miesiące, więc musisz mieć kilka źródeł dochodu. Spójrz na szyld mojej firmy. Oferuję turystom noclegi, wyżywienie, wspinaczkę górską, obserwację ptaków, wyprawy narciarskie i fotograficzne, wynajem rowerów, połów ryb, podróże helikopterem oraz sklep, gdzie mogą kupić niezbędny sprzęt. 

– To chyba da się z tego żyć? – pytam. Peter poważnieje. – Nie jestem w Ammarnäs dla pieniędzy. Pewnie, że chcę zarobić, bo muszę płacić rachunki, ale kasa to nie mój cel. Zresztą i tak tu, na dalekiej Północy, nie zarobisz fortuny. Nawet jeśli w sezonie jest tylko praca, praca i praca, to potem nadchodzą ciche, spokojne dni. 

A wszystko zaczęło się w 2004 roku, gdy przyjaciele Petera kupili zajazd w Ammarnäs i zaproponowali jemu i jego ówczesnej żonie pracę. – Mieszkaliśmy wtedy w Göteborgu, 1200 kilometrów stąd. Mieliśmy stałe etaty i uporządkowane życie – wspomina Peter. – A mimo to spakowaliśmy walizki, zamknęliśmy dom i ruszyliśmy w nieznane. Pociągała nas przygoda. A może tęskniliśmy za zmianą...

W Ammarnäs żona Petera dostała posadę szefa kuchni, zaś Peter, jako człowiek od wszystkiego, jeździł taksówką, kelnerował, zabierał gości zajazdu na ryby, udzielał się w straży pożarnej i pogotowiu górskim.

Dobrze mu tutaj. Nawiązał nowe przyjaźnie, miejscowi zaczęli nazywać go „dobrym chłopakiem”, urodził mu się syn. 

Przez te wszystkie lata Peter tylko raz pomyślał o wyjeździe z Ammarnäs. W 2013 roku. To wtedy odeszła od niego żona i zostawiła go z synem i psem.

– Przeżyłem ogromny dramat – wspomina Peter. – Nie byłem przygotowany na taki cios. Nie pytaj o więcej – prosi.

Spakował pudła, zamówił firmę przeprowadzkową z Göteborga, urządził pożegnalne przyjęcie dla znajomych. Ale ostatnie słowo należało do syna. Tuż przed odjazdem mały poprosił: – Zostańmy. 

Monika zamieszkała na dawnej plebanii. Wyzdrowiała. Chce jej się żyć.

 

Właśnie wtedy pojawiła się oferta sprzedaży szarego, jednopiętrowego domu z białym gankiem. W 2016 roku Peter był już jego właścicielem. Zawiesił szyld „Ammarnäs Guide Center”, wysłał do banku zapytanie o kredyt dla małych firm. – Przez dwa lata bank odmawiał mi wsparcia – uśmiecha się cierpko. – Dopiero w tym roku, po przejrzeniu moich dochodów, podjął decyzję na tak. 

Domek rozrastał się. Peter miał już plan. Potrzebował więcej stolików w środku i na ganku, bo goście przestali się mieścić. Impreza „after work” przyciągnęła tłumy: – Wprowadziłem w mojej knajpce taki zwyczaj, by w każdy piątek po południu, ale już po sezonie, lokalni mieszkańcy zaczynali u mnie weekend. Takie wspólne zakończenie tygodnia pracy. Razem jemy, pijemy, żartujemy. Mam wrażenie, że dzięki temu stałem się w końcu jednym z nich. 

– Brzmi jak bajka – mówię. 

Peter się śmieje. – Tylko nie myśl, że życie w Ammarnäs pozbawione jest problemów. I wyjaśnia, że w osadzie, gdzie mieszka 100 osób, średnia wieku wynosi 60 lat, gdyż młodzi wyjeżdżają za pracą: – No bo kto da im tu stałe zatrudnienie, jeśli praca jest tylko w sezonie? Dlatego co roku muszę szukać nowych pracowników. A oni porobią u mnie chwilę, a potem jadą gdzie indziej, szukają szansy na pełny etat. 

Rozglądam się po miasteczku. Między rozrzuconymi wśród łąk i wzgórz czerwonymi i żółtymi drewnianymi domami mieszkalnymi jest jeszcze zajazd, gospoda z muzeum przyrodniczym, kafejka u Petera, sklep, stacja badawcza, biblioteka, szkoła, w której uczy się dziesięciu uczniów, zamknięty zabytkowy kościół, stacja benzynowa, centrum kultury Saami – rdzennej ludności dalekiej Północy żyjącej z hodowli reniferów, ziemniaczane wzgórze (jedyne miejsce w osadzie, gdzie rosną ziemniaki i gdzie każdy może mieć swoje małe poletko) z grillem na szczycie i widokiem na góry, rzekę i brodzące w niej, szczęśliwe krowy. Jest tu również wędrowny szlak królewski, wyci...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy