Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Odejścia bez powrotów

0 227

Marek zapytał mnie w którymś momencie: ?Dlaczego mam z nią być, skoro jej już nie kocham??. Ale choć on jej już nie kocha, to dlaczego to wszystko wydaje się takie smutne i niesprawiedliwe, mówiąc wprost – niedobre?

Oglądam w telewizji kolejną reklamę dobrego samochodu. W przydługim wstępie widzę atrakcyjny nowy dom (można się domyślać, że lepszy niż stary), nowych znajomych ubranych w drogie ciuchy i – w przeciwieństwie do starych – radośnie uśmiechniętych, wreszcie nową, zgrabną i długonogą dziewczynę spędzającą czas nad basenem, a nie tak jak „stara” w kuchni. Krótkie ujęcie tej starej sugeruje, że jest zupełnie nieatrakcyjna – nie dość, że stale w kuchni, to jeszcze w ciąży.
Już chciałam wygłosić jakiś ogólny pogląd o idiotyzmie reklam i całkowitej ich nieadekwatności, gdy dotarło do mnie, że to, co przed chwilą obejrzałam, jest ostrą karykaturą problemów małżeńskich, z którymi spotykam się ostatnio coraz częściej.
Może najbardziej typowe będzie małżeństwo Marka i Joanny. Oboje po czterdziestce, dobrze wykształceni, po studiach uniwersyteckich. Mili, chciałoby się powiedzieć kulturalni, przyzwoici ludzie. W domu dwoje nastoletnich dzieci. Rozwód w toku, pomocy szuka ona, on chce odejść, ale nie chce jej ranić, więc z chęcią weźmie udział w rozmowach, sądzi bowiem, że ułatwią jej one zrozumienie jego decyzji, pogodzenie się z nią, a co za tym idzie – pozwolą zachować przyjaźń i dobre stosunki z „kobietą, którą szanuje jak żadną”.

Historia jakich wiele – miłość studencka, wynajmowane kawalerki, pieniędzy starczało do piętnastego, oboje pracowali jako nauczyciele z powołania i z zamiłowania. Były strajki studenckie, działanie na rzecz... Wreszcie dzieci i pierwsze własne samodzielne mieszkanie. Aż przyszedł taki rok, że pieniądze kończyły się dziesiątego, z mediów leciały non stop informacje, że jesteśmy wreszcie w swoim własnym domu. Pojawiać się też zaczęło przekonanie, że można żyć lepiej, a biedę klepią nieudacznicy i nieroby. Nocne rozmowy po położeniu do łóżek dzieci, trudne bilanse i niełatwe pytanie, jak żyć. Kochali się, rozumieli, wyznawali te same wartości, tak samo się bawili. Było ciężko, ale towarzyszyło im przekonanie, że nie ma takiej sprawy, której razem nie mogliby dźwignąć.
Którejś nocy zdecydowali: Joanna zostaje w szkole, pilnuje domu i dzieci, a Marek będzie „łapał smoka za ogon” – czyli kursy, szkolenia, zmiana zawodu. Wtedy firmy księgowe powstawały jak grzyby po deszczu. Tam były pieniądze. Zobaczyli w tym szansę dla swojej rodziny.

Na pierwszy kurs pożyczyli pieniądze. Razem świętowali pierwszą intratną posadę (nie do wiary – pensja cztery razy wyższa niż w szkole). Potem już szło samo. Poczucie wspólnego sukcesu i satysfakcja z podjętej decyzji. Jednak przed Markiem stawały nowe wyzwania, niezbędny okazał się kurs angielskiego, szkolenia uzupełniające stały się stałym elementem życia, od pewnego stanowiska trzeba było mieć dobry garnitur (kiedyś tak wyśmiewany) i drogi samochód. Coraz częściej też Marek mówił o rzeczach dla żony niezrozumiałych. Słowa „public relation” czy „logistyka” nie występowały w szkole, w której Joanna wciąż uczyła. On nie miał już siły słuchać, że ona jest zmęczona pracą. Wreszcie pierwsze trudne rozmowy: „Po co pracujesz, przecież z tego, co zarabiasz, nie zapłacimy nawet za gaz” itp.
Ona przestała już pytać o jego pracę. Za mało rozumiała, za dużo czasu wymagało tłumaczenie. On coraz częściej zastawał ją zmęczoną i z pretensjami – już nie chwaliła go za trudną, kiedyś podjętą dla dobra rodziny decyzję. Wakacje spędzone w Grecji czy w Egipcie nie były w stanie zmniejszyć rosnącej z dnia na dzień odległości między nimi.
Przyszedł taki moment, że powroty do domu stały się dla Marka torturą. Żonę widział w coraz ostrzejszym świetle – zaniedbana, zmęczona, niezadowolona. Namawiał ją na wyjazd do centrum odnowy biologicznej, a ona uznawała, że już nie jest dla niego atrakcyjna. Proponował, żeby odpoczęła, wyjechała gdzieś z koleżankami, a ona chciała jechać z nim.
W zeszłym roku w życiu Marka pojawiła się inna kobieta – spotkana na służbowym obiedzie, elegancka, dbająca o swoją kondycję (codziennie fitness). Kobieta, która w mig rozumiała jego genialne pomysły zawodowe, której nigdy nie przyszłoby do głowy, żeby kazać mu kupić ziemniaki czy wysłać na wywiadówkę. Z podziwem natomiast mówiła o tym, że posłał syna na rok do Ameryki. Pojawienie się Elżbiety uświadomiło Markowi ostatecznie, że z Joanną nie są dla siebie stworzeni, że to, co ich łączyło, było pomyłką, a może po prostu minęło, że teraz do siebie zupełnie nie pasują. Zaproponował więcej niż przyzwoite alimenty, korzystną zamianę mieszkań. Zagubiona Joanna pytała: „A ja? A co ze mną?”.
Koniec tej przydługiej historii, jakże typowej dla polskiej middle class 45-latków. Myślałam sobie: „Facet zachowuje się przyzwoicie, dba o byłą żonę, o zabezpieczenie dzieci”. Tylko dlaczego tak trudno się z tym pogodzić? Marek z...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy