Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

24 września 2018

Nie trzeba być doskonałym, by być

113

Żaden rezultat go nie zadowoli, zawsze mu „nie dość”. Musi być „naj” we wszystkim, co robi. Porażki długo rozpamiętuje i nie daje sobie prawa do najmniejszej pomyłki. Życie traktuje jak niekończący się egzamin. Po prostu perfekcjonista. Co się kryje za tym dążeniem do doskonałości? Czego mu potrzeba, by odważył się błądzić, podążając własną drogą?

W połowie czerwca tego roku społeczność akademicka naszego kraju powiększyła się o nową postać. Z rąk samego rektora indeks Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie otrzymała So[-]phia. Dlaczego w tak nietypowym terminie? Może dlatego, że przybyła z dalekiego kraju. A może zaważyło to, że dobrze się zapowiada: jest inteligentna, szybko się uczy i łatwo dostosowuje do warunków. A na dodatek nie brak jej urody, z twarzy przypomina Avę – graną przez Alicię Vikander bohaterkę filmu Alexa Garlanda „Ex machine”. Po prostu wymarzona kandydatka na studia.

POLECAMY

Tyle tylko, że ubrana w czarną bluzkę i elegancką długą spódnicę Sophia… to humanoidalny robot. Naszpikowana najnowszą technologią – naprawdę wiele potrafi. Samodzielnie się porusza, imituje ludzkie gesty i mimikę, rozpoznaje głos i analizuje treść rozmów. Może nawet prowadzić proste rozmowy na wstępnie zdefiniowane tematy. Jest obywatelką Arabii Saudyjskiej i, jak się wydaje, wolno jej więcej niż kobietom w tym kraju. Bierze udział w konferencjach, w telewizyjnych talk-shows, udziela wywiadów. A nawet gościła na okładce „Cosmopolitan”.

Być jak Sophia

Choć nie jest tworem doskonałym, Sophia może być obiektem westchnień... i to nie tylko fanów sztucznej inteligencji, ale także perfekcjonistów. Ci pierwsi adorują to, co posiada, drudzy zaś to, czego jej brak. Co to takiego?

Jako robot Sophia bezrefleksyjnie realizuje zainstalowane programy działania. Jeśli błądzi, to z powodu pomyłek programisty. Nie odczuwa więc ciężaru odpowiedzialności za każdy swój czyn, nie rozpamiętuje minionych potknięć, nie snuje katastroficznych wizji na przyszłość. Możliwe porażki nie spędzają jej snu z powiek. Wolna jest od tysiąca wątpliwości typu: „Jak ja wyglądam? Nie mogę się nikomu tak pokazać!”, „Co ja plotłam, powinnam się zastanowić, nim coś powiem” albo „No, nie popisałam się, stać mnie na więcej!”. Życie nie jest dla niej ciągłym, koszmarnym egzaminem. Nie doświadcza lęku przed krytyką, który każdy dzień perfekcjonistów przemienia w piekło, odbierając im pogodę ducha, a nawet chęć życia. Wiele by dali, by narodzić się kimś takim jak Sophia i nie przeżywać ciągłych wahań samooceny ani poczucia winy.

Niekochane, bo niedoskonałe

Sophia „narodziła się” w firmie Hanson Robotics z Hongkongu. Specjaliści wyposażyli ją w najnowsze zdobycze technologii i z pewnością nadal będą doskonalić. Jeśli coś będzie szwankować, robot trafi do serwisu albo powstanie jego nowa wersja – jak w piosence Kasi Klich: „Znów się zepsułeś i wiem, co zrobię, zamienię ciebie na lepszy model”.

Niektórzy rodzice też by tak chcieli. Szczególnie ci niezadowoleni z możliwości swego dziecka, a zarazem pragnący, by zaszło daleko, wysoko i miało znaczące życiowe osiągnięcia. Tacy są rodzice perfekcjonistów – często marzą, by dziecko stało się lepszą wersją ich samych. Poddają dziecko próbom ponad jego siły. Każą mu zmagać się z własną naturą, a na dodatek walczyć o ich miłość. Kult sukcesu bezwiednie napędzają lękiem przed porażką. W efekcie dziecko dąży nie tyle do ujawnienia swych umiejętności, co próbuje uniknąć kompromitacji i krytyki.

Jak zarażamy nasze dzieci lękiem przed porażką? Ten mechanizm uchwycili brytyjscy badacze – Sam Sagar i Dawid Lavalle. Przeprowadzili pogłębione wywiady z nastoletnimi sportowcami i ich rodzicami. Choć młodzi ludzie uprawiali różne dyscypliny, jedno ich łączyło – silna obawa przed niepowodzeniem. Badacze byli ciekawi, jak reagują ich rodzice – zarówno przed zawodami, w ich trakcie, jak i potem. Okazało się, że wszyscy rodzice stawiali swoim pociechom wysokie wymagania. Często powtarzali: „Unikaj błędów”, „Wygrywaj zawody”, „Spinaj sport z nauką”. Dodatkowo stale kontrolowali swe dzieci, towarzyszyli im na zgrupowaniach, rozmawiali z trenerami, analizowali strategie przeciwnika, byli zawsze blisko. Wygrane zawody kończyły się rodzinnym świętem, natomiast po porażce zapadała wymowna cisza, od rodziców wiało emocjonalnym chłodem, pojawiały się kary i sankcje. Sami młodzi sportowcy powtarzali jak mantrę: „Rodzice mają prawo gniewać się na mnie. Liczyli na mnie, a ja ich zawiodłem”.

Utrata uznania, szacunku ze strony rodziców to dotkliwy środek represji. Dziecko czuje się samotne i porzucone; ma poczucie, że przynosi tylko wstyd. Szuka więc schronienia we własnym wnętrzu. W późniejszym życiu taka osoba uważnie bada otoczenie. Wielokrotnie upewnia się co do właściwego sposobu postępowania. Pełna lęku wygląda sygnałów niezadowolenia ze strony otaczających ją ludzi. Wciąż się tłumaczy. Nawet gdy zna język obcy, niechętnie konwersuje, bo przecież może czegoś nie zrozumieć. Ma wiele pomysłów, ale boi się je wdrażać. Lęka się, że bliscy – mąż, przyjaciel, współpracownik – rozczarowani, odwrócą się od niej, tak jak kiedyś zrobili to rodzice. A ona zostanie sama – niekochana, niechciana, bo niedoskonała.

Trzy maski

Kanadyjscy psychologowie Paul Hewitt i Gordon Flett wyróżnili trzy formy perfekcjonizmu: zorientowany na „ja”, skoncentrowany na innych oraz uwarunkowany społecznie. Wyobraźmy sobie, że każdą z tych tendencji uosabia konkretna postać: Anna, Marta i Piotr. Anna wiele, często zbyt wiele, wymaga od siebie. Zawsze jest nienagannie ubrana i przygotowana, nie pozwala sobie na najmniejszy błąd. Zarazem dostrzega w sobie mnóstwo braków i za wszelką cenę stara się je ukryć przed innymi. Marta z kolei ma wyśrubowane oczekiwania wobec otoczenia. Zawsze wie, co i jak powinno być zrobione – oczywiście na najwyższym poziomie. Niestety, świat nie jest doskonały, dlatego na jej twarzy często gości grymas niezadowolenia.

Nawet w domu nie potrafi wyluzować: zamiast cieszyć się i po prostu być z rodziną, denerwuje się, bo a to szafka niedomknięta, a to plama na podłodze, córka dostała ocenę tylko dobrą, a przecież stać ją na więcej! Piotr z kolei jest przekonany, że to ludzie wiele od niego oczekują, wciąż odczuwa presję z ich strony. Żyje w przeświadczeniu, że tylko będąc doskonałym, zyska akceptację innych. Stara się więc wyprzedzać ich oczekiwania i nieba im przychylić.

Wyobraźmy sobie, że te postacie spotykają się. Anna się uśmiecha, skrywając w ten sposób brak pewności siebie. Marta taksuje ją wzrokiem. Choć nic nie mówi, Anna dostrzega w jej spojrzeniu naganę i myśli: „Znów coś ze mną nie tak!”. Nawet gdyby inni obsypali ją komplementami i tak czułaby się beznadziejna. Milczy więc, wsłuchując się w oznaki niezadowolenia płynące od Marty. Ta zaś na wszystko narzeka: że praca nie taka, w telewizji nic ciekawego, a sprzedawcy na każdym kroku ją oszukują. Piotr okazuje współczucie i stara się coś poradzić. Próbuje zabawiać obie kobiety, gotów spełnić wszelkie ich prośby.

Wszyscy troje chcieliby lepszego życia, ale dla każdego inna wiedzie do tego droga. Anna uważa, że musi jeszcze nad sobą popracować, Marta tęskni za lepszym światem, a Piotr sam już nie wie, co zrobić, by wszyscy byli z niego zadowoleni. Choć zachowują się odmiennie, łączy ich silne dążenie do podtrzymania poczucia własnej wartości. W różny sposób próbują to osiągnąć. Anna stosuje strategię defensywną – nic nie robiąc, nie ryzykuje, że popełni błąd. Co prawda ma jakieś konta na portalach społecznościowych, ale rzadko upublicznia tam swoje myśli. Woli pozostać w cieniu i nie rzucać się w oczy potencjalnym krytykom. Wewnętrzne srogie jury w zupełności wystarcza, by popsuć jej nastrój.

Marta jest mistrzem strategii ofensywnej, zgodnie z którą najlepszą obroną jest atak. Skupiając się na ułomnościach otoczenia, odwraca uwagę od siebie, by nikt nie ważył się na „wycieczki” pod jej adresem. Piotr z kolei stosuje strategię uległości. Koncentruje się na innych, chcąc ich w ten sposób zjednać i uprzedzić ewentualne niezadowolenie z jego poczynań. Jest lubiany przez ludzi, choć niejeden byłby zdziwiony, gdyby odkrył, co tak naprawdę kryje się za Piotra chęcią zadowalania wszystkich. Rządzi nim, jak każdym perfekcjonistą, lęk przed krytyką. A rezygnacja z własnych potrzeb i marzeń przeradza się we frustrację i złość.

Drżący partner

Sophia, choć jest androidem, też ma marzenia. I to jakie! Według medialnych doniesień chciałaby posiadać przyjaciół i rodzinę. Tego typu komunikaty należy traktować jako chwyty marketingowe. Choć można się zaniepokoić pewnymi danymi: jak wynika z niedawno przeprowadzonych badań, już co czwarty Brytyjczyk w wieku 18–34 lata chciałby mieć bliską relację z... robotem!

To zrozumiałe – pomyśli pewnie perfekcjonista – robot to idealny partner: nie skrytykuje, nie ma oczekiwań, nie zawiedzie, a jeśli nawet, nie będzie w tym jego winy, najwyżej konstruktorów. A ci wciąż je doskonalą. Androidy jak Sophia coraz bardziej przypominają ludzi. Opiekują się starszymi osobami. Pracują w domach uciech; ostatnio wyposażono je w specjalny czujnik, który wyłącza mechanizm podczas zbyt brutalnej zabawy, by uchronić go przed zniszczeniem.

Podobny system zabezpieczeń wydaje się szwankować w przypadku perfekcjonistów. Nie chronią się, mają bowiem głęboko zakorzenione przekonanie, że nie zasługują na miłość. Przecież w dzieciństwie doceniano ich tylko wtedy, gdy mieli dokonania. Nie wierzą więc w siebie. Lękają się, że w bliskiej relacji znów zostaną zranieni. A zarazem, bardzo pragnąc ciepła, dają się często złapać na lep pozornej akceptacji. Ponieważ nie wierzą w siebie, wciąż upewniają się, czy partner jest z nich zadowolony, czy wszystko mu odpowiada... Często przyjmują w związku rolę uległą, niemal służalczą. Chcą być przy kimś i dla kogoś. Niestety, nie każdy partner odwzajemnia takie tęsknoty. Przeciwnie, niejeden wykorzystuje ich głód emocjonalnego ciepła. Pojawiają się łzy i rozczarowanie związkiem, co perfekcjonista traktuje jako kolejny dowód swojej niedoskonałości.

A przecież w perfekcjoniście można się zakochać, choćby dlatego, że jest tak… perfekcyjny. Musi to być jednak uczucie głębokie i żarliwe, bowiem codzienność z taką osobą nie przypomina ślubnej fotografii. W bezpiecznej, bliskiej relacji perfekcjonista pozbywa się maski, a wtedy mamy przed sobą kogoś drżącego i niepewnego siebie. Choćbyśmy go nie wiem jak zapewniali o miłości i okazywali ciepło, wciąż ma obawy. Możemy powtarzać mu niczym mantrę: „Wszystko będzie dobrze”, „Nie martw się”, „Potrafisz”, „Bądź spokojny” – i tak wszystko tonie w oceanie niepokoju. Gdyby perfekcjoniści mogli monetyzować lęk, każdy z nich byłby multimilionerem.

Niejeden partner, ujawniający perfekcjonizm skierowany na innych, bez reszty oddaje się obowiązkom zawodowym. W zasadzie nie ma go w domu, a nawet gdy jest, wciąż realizuje jakieś zadania. Dzień i noc pracuje w pocie czoła, zalewając bliskich swymi zmartwieniami. Nawet podczas wakacji wciąż potrzebuje ich wsparcia, lęk bowiem nie bierze urlopu.

Z czasem nawet najbardziej zakochany i oddany partner poddaje się i odchodzi. Albo wpada w pułapkę współuzależnienia, jak Richard Bucket, mąż Hiacynty, bohaterki popularnego brytyjskiego serialu „Co ludzie powiedzą?”. Hiacynta jest tak skupiona na dążeniu do perfekcji, że staje się karykaturą samej siebie. Jak mawia: „Nigdy nie włożyłabym swojej karty do bankomatu! Nigdy nie wiadomo, kto korzystał z niego wcześniej!”. Jej krytycyzm sprawia, że nikt nie chce się z nią kontaktować, ani rodzina, ani sąsiedzi. Nawet listonosz, obawiając się przytyków, gazety i listy podrzuca jej ukradkiem. Richard cierpliwie znosi pomysły żony. Niczym cień towarzyszy jej w życiowych perypetiach, zastanawiając się: „Jak ona to robi, że nigdy nie słucha…”.

Partner perfekcjonisty musi mieć iście terapeutyczne podejście, próbując obniżyć jego lęk przed porażką. Jak dowodzą psychologowie, nie boimy się samych błędów, lecz ich konsekwencji. A te można sprowadzić do pięciu kwestii. Obawiamy się, że w wyniku niepowodzenia spadnie nam samoocena, doświadczymy trudnych emocji, gniewu bliskich osób, sprawimy im zawód, a także zablokowane zostaną nasze możliwości działania. Zatem, aby osłabić obawy perfekcjonisty, warto podkreślać jego dotychczasowe osiągnięcia, a zapewne jest ich wiele. Trzeba być też gotowym na rozmowę o jego strachu, poczuciu winy i zakłopotaniu. Dobrze wspólnie obmyślić plany awaryjne na wypadek niepowodzenia – to bardzo uspokaja. I, w końcu, okazywać partnerowi akceptację, niezależnie od tego, czy wraca z tarczą, czy na tarczy. Perfekcjonista potrzebuje bowiem dowodów, że świat się nie zawali, gdy coś mu się nie powiedzie.

Jak Syzyf

W Japonii otwarto pierwszą na świecie kawiarnię, w której napoje serwuje robot-barista. Zamiast twarzy ma tablet z permanentnym uśmiechem, a jego ramiona sprawnie realizują życzenia klientów. O jego możliwościach decyduje oprogramowanie, którego nie musiał eksponować podczas rozmowy kwalifikacyjnej.

Dla perfekcjonisty to najbardziej stresująca chwila, chce się do niej maksymalnie przygotować. Już podczas studiów stara się nie opuszczać zajęć, nawet kosztem zdrowia. Uczestniczy w wielu kursach i przewyższa rówieśników kwalifikacjami, choć w swoim mniemaniu zawsze jest na początku drogi – wszak koncentruje się na swoich brakach, nie na umiejętnościach. Rozmowę z przyszłym pracodawcą traktuje jak casting i najczęściej dobrze wypada.

W środowisku pracy dążenie do doskonałości może procentować. Perfekcjonista ceni sobie stabilność. Lubi funkcjonować w oswojonym środowisku, chętnie się specjalizuje. Pragnie ja...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy