Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne

11 kwietnia 2018

My, paparazzi

33

Bezceremonialnie wkraczamy w intymność człowieka, by uchwycić emocje czy zachowanie. Próbujemy pokazać los człowieka, posługując się konkretną osobą. Polujemy na model. Z jakiej racji?

Wielka powódź w 1997 roku: woda zalewa już przedmieścia Opola. Strażacy ewakuowali ludzi ze wszystkich domów oprócz jednego. Właścicielka powiedziała im, że nie wyjdzie, bo nie zostawi dobytku.

Co robić? Pakujemy się z operatorem na łódź ratowników, dopływamy do drzwi. Rozmawiam z nią jak baba z babą, przekonuję, w końcu kobieta otwiera i zrozpaczona daje się wyprowadzić. Z jej synem, nastolatkiem, było trudniej – uciekł na górę z płaczem, ale i jego wywlekli strażacy, kiedy woda wdzierała się już na schody.

Najbardziej dramatyczne obrazy z tego reportażu znalazły się w teledysku TVP, który apelował o pomoc dla powodzian. Telewizja zebrała wtedy 26 milionów złotych.

Jakiś czas potem objechałam z kamerą te miejsca, żeby pokazać dalsze losy powodzian. Tamta kobieta znów nie chciała otworzyć. Kiedy się przełamała, zamiast dziękować, wyrzuciła z siebie straszną pretensję. Cała wieś, cała Polska zobaczyła jej łzy, ludzie wytykali jej, że robiła fochy. Syn wstydził się iść do szkoły.
Dziś zrobiłabym to samo, ale od tamtej pory bardziej zastanawiam się, czy mój reportaż jest wart tego, by wyrywać ludziom twarz i serce. W dodatku na sprzedaż.

Bohater, celebryta, sportowiec

– Dziwny sposób zarabiania… – powiedział mi kiedyś mężczyzna w Mostarze, zmęczony tymi wszystkimi dziennikarzami, którzy przyjeżdżali z całego świata, by pokazywać jugosłowiańską wojnę. – Dziwny sposób zarabiania – mamrotał z sarkazmem, łatając w dachu dziurę od pocisku.

Koło jego domu przy linii frontu przewinęły się ekipy dziennikarzy w czystych ubraniach, w kamizelkach kuloodpornych, w markowych okularach przeciwsłonecznych. Tu cyknęli rannego, tam podetknęli mikrofon płaczącej kobiecie w żałobie. I wyjechali do swoich całych domów z kieszeniami wypchanymi kasą.

Nie wiedział, że my, reporterzy, nie robimy tego dla kasy. Lecz już nasze gazety i koncerny medialne… Ciekawe, ile telewizja sama dla siebie zarobiła na reklamach umieszczonych obok reportaży z powodzi… Ale to już oddzielny temat.
Nie wiedział, że niektórzy z tych dziennikarzy wylądowali u psychiatry, a paru wróciło do domu w aluminiowym pudełku. Niejeden wyrywał się na wojnę na własny koszt i bez ubezpieczenia. Jedno nas łączyło: na wojnę jechało się na ochotnika. I to chyba najbardziej zdziwiłoby człowieka, który nie mógł stamtąd uciec.

Odwaga? Bohaterstwo? W naszym spokojnym, dostatnim kraju, tęskniącym wszak do heroizmu, reporterzy wojenni stają się celebrytami. Nie lubią, gdy się o nich tak mówi. Nie lubią też podejrzeń, że robią to dla sportu. Sportowcy, bo przecież ścigają się, choćby sami ze sobą. Podnoszą poprzeczkę. Biją rekordy. Ryzykują.
Wiem, co mówię, i nieraz oberwało mi się od kolegów za takie gadanie. Ale obstaję przy swoim. I nie widzę w tym nic złego. Jest coś gorszego: każdy dziennikarz jest po trosze paparazzo.

Jak najbliżej

Dziś paparazzo to termin z lekka obelżywy, zwłaszcza dla tych, którzy mają misję naprawiania świata. No i chętkę na nagrody i poklask. Łatwo ich można pomylić z żołnierzami w błękitnych hełmach czy sanitariuszami Czerwonego Krzyża, co jak aniołowie stróże nadlatują z daleka, niosąc ratunek. Bull shit. Każdy uczciwy reporter bardzo szybko traci to złudzenie, jeśli je miał.

Widziałam wielu reporterów w akcji, ale nie pamiętam, by któryś odłożył kamerę i rzucił się na pomoc. Byłam jedną z nich. Od Krzysia Millera uczyłam się włażenia ludziom w życie, wtykania im obiektywu jak najbliżej, w chwili, gdy ich świat wylatywał w powietrze. – Ja nie jestem paparazzo – nigdy nie fotografuję z ukrycia – powiedział w jednym z wyw...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy