Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

MARTWA NATURA Z NIEOBECNYM W TLE

0 389

Samotność trudno przekroczyć, bo to, czego najbardziej potrzebujemy i za czym tęsknimy, czując się samotni, jest jednocześnie tym, czego najbardziej się boimy - przekonuje IZABELA WOŻYŃSKA-WIĘCH.

Pani B. wcześnie zaczęła odnosić sukcesy jako dziennikarka. Jednak coraz częściej nie potrafiła się tym cieszyć. Ciągle była sama. Swoją samotność opisywała jako wyspę daleką od reszty świata. Miała poczucie otaczającej ją pustki, na nikogo nie mogła liczyć, ze wszystkim musiała radzić sobie sama. Nie lubiła obrazów przedstawiających martwą naturę. Za bardzo przypominały jej sposób, w jaki przeżywała swoją codzienność, pełną martwych rzeczy i działań. Takie odczucia mogą mieć swoje korzenie w relacjach z bliskimi – dla zaprzątniętych swoimi problemami rodziców potrzeby i kłopoty dzieci są nieraz niewygodne. Dziecko spotyka się z reakcjami odrzucenia lub upokorzenia: „Z niczym sobie w życiu nie poradzisz”, „Czym ty się w ogóle przejmujesz!”. Z czasem nabiera przekonania, że ujawnianie swoich uczuć naraża na ryzyko ataku albo ośmieszenia.

Samotność boli. Niektórzy ludzie sięgają wówczas po środki znieczulające. Nawiązują chaotyczne znajomości, uciekają w alkohol lub pracę. Próbują na jakiś czas oddalić się od problemu, za cenę jeszcze większego zagubienia. Często dewaluują to, co wydaje się nieosiągalne. Nabierają negatywnych przekonań na temat kobiet, mężczyzn, związków. Partnerów traktują przedmiotowo, nie licząc się z ich uczuciami. Zaprzeczają potrzebie bliskości z drugim człowiekiem. Te zabiegi pomagają im znieść frustrację, ale jednocześnie jeszcze bardziej odgradzają ich od ludzi. Pewien chłopak wyznał: „Żeby tylko nie zainteresowała się mną jakaś dziewczyna i żebym nie musiał jej skrzywdzić, odrzucając”. Prawdopodobnie w głębi marzył o tym, że zainteresuje się nim jakaś dziewczyna, a jednocześnie obawiał się odrzucenia przez nią.

Ludziom doświadczającym samotności trudno jest dostrzec własny w niej udział (co nie znaczy: winę). Ci, którzy przyczyn osamotnienia szukają głównie na zewnątrz, w świecie albo w innych osobach, przychodzą do psychologa zaniepokojeni objawami psychosomatycznymi lub klinicznymi, bo to jest mniej zagrażające od realnego problemu. Mówią: „Mam depresję, nerwicę, dlatego cierpię”. Z trudem uznają, że objawy mogą mieć coś wspólnego z ich emocjami, sfrustrowanymi potrzebami, brakiem bliskich osób. Chcą się wyleczyć z choroby, oczekują recept. Mają kompleksy: „Nikt mnie nie chce, bo jestem gruby”. Kolejne diety nie pomagają, więc myślą o liposukcji. Inni przeciwnie – oskarżają siebie. Twierdzą, że są nie dość mądrzy czy atrakcyjni, nudni albo że za mało zarabiają – i dlatego nikt się nimi nie interesuje.

Pewien chłopiec czuł się odrzucony przez klasę. Matka chciała pomóc synowi, więc przenosiła go do nowych szkół, tłumacząc, że trafił do klasy, w której nikogo nie znał, a potem do takiej, gdzie chodziły „łobuzy”. Kiedy w kolejnej szkole pojawił się ten sam problem, kobieta poczuła się bezradna. Spostrzeganie przyczyn samotności tylko na zewnątrz i próby zmieniania świata stają się ślepą uliczką, gdyż pozbawiają wpływu na to, co dzieje się w naszym życiu, i pogłębiają poczucie bezradności. Ulegamy jednak temu złudzeniu, ponieważ łatwiej jest widzieć trudności poza sobą, jako takie, na które „obiektywnie” nie mamy wpływu, niż wziąć odpowiedzialność za to, co się z nami dzieje. Uznanie możliwości osobistego udziału w samotności jest pierwszym krokiem do tego, żeby coś zmienić.
Na ludzi, którzy łączą samotność z własnymi wewnętrznymi przeżyciami, czyha kolejna pułapka – samooskarżanie się: jestem nieciekawy, nie mam nic do powiedzenia i do zaoferowania, jestem wybuchowy, nikt ze mną nie wytrzyma. Pani K., atrakcyjna kobieta w średnim wieku, sprawiała wrażenie wesołej i bardzo niezależnej. Poznawała wielu mężczyzn, jednak żadna znajomość nie zamieniła się w trwałą relację, o której marzyła. Traktowała rozstania z partnerami jako odrzucenie przez nich, a siebie coraz częściej postrzegała jako mało atrakcyjną i nieciekawą. Z czasem zorientowała się, że wchodzi w związki, które z różnych przyczyn mają niewielkie szanse powodzenia, a zarazem unika i panicznie boi się kontaktów z mężczyznami, którzy okazują jej swoje zainteresowanie.
Podstawową przyczyną samotności jest nasz lęk przed bliskością. Bierze się on z osobistych doświadczeń w tej sferze. Jeśli pierwsze bliskie kontakty z ważnymi osobami w naszym życiu – rodzicami, opiekunami, rodzeństwem – nauczyły nas, że bliskość jest czymś zagrażającym, a zależność wiąże się z brakiem szacunku i naruszaniem naszych praw, to w konsekwencji boimy się każdej bliskości. W kolejne relacje wchodzimy z lękiem, skłonni do wycofania się lub agresji, prowokując odrzucenie przez innych. Tak powstaje błędne koło. Jedni wybierają samotność i dystans. Inni wciąż powtarzają przykre doświadczenia, jakby liczyli, że w końcu znajdą rozwiązanie. Tak jak pewna kobieta, która miała oschłego, zawsze zabieganego ojca. Z kontaktów z nim zapamiętała głównie bicie i obrażanie w chwilach, gdy rzekomo była niegrzeczna. Potem często nieświadomie prowokowała sytuacje, w których stawała się obiektem zaczepek i napastowania. Każdym gestem ujawniała strach przed atakiem, prezentując się jako osoba słaba i bezradna. Nie miała kontaktu z własną, wypartą agresją i dostrzegała (projektowała) ją w innych. Do dziś ma uraz do mężczyzn, boi się ich. Nie żyje...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy