MARANATHA, PRZYJDŹ PANIE

Wstęp

O medytacji w chrześcijaństwie, jej tradycji i współczesnych ośrodkach, w których uczy się takiej właśnie drogi do Boga, pisze JAN M. BEREZA OSB.

Podczas seminarium poświęconego naukom Johna Maina, zmarłego w 1982 roku benedyktyńskiego mnicha, wiele mówiono o tym, że współczesny człowiek chciałby medytować, ale nie ma czasu, bo jest zbyt zajęty. Wtedy Tenzin Giaco, Dalajlama XIV, opowiedział historię o nauczycielu i uczniu. Pewnego razu nauczyciel, by zachęcić ucznia, powiedział, że jeśli będzie ładna pogoda, wybiorą się na piknik. Kilka dni później uczeń spytał: „Jest ładny dzień, czy pójdziemy na piknik?”. Nauczyciel odpowiedział: „Może innym razem, teraz jestem zbyt zajęty”. Minęło wiele czasu. Któregoś dnia uczeń zobaczył ludzi niosących zwłoki na spalenie. Nauczyciel zapytał go: „Co się dzieje?”. Uczeń odpowiedział: „Jakiś biedny człowiek idzie na piknik”.

Jonh Main OSB pragnął ożywić ducha kontemplacji we współczesnym świecie. Zainspirowany medytacją w hinduizmie, postanowił poszukać podobnej formuły w chrześcijaństwie. I znalazł ją we wczesnej tradycji monastycznej, u Ojców Pustyni i u Jana Kasjana, który był mistrzem św. Benedykta, a także w późniejszej tradycji Kościoła. Main nauczał, że medytacja czy kontemplacja (słów tych często używa się zamiennie, choć nie do końca słusznie) nie jest czymś zarezerwowanym tylko dla grona wybranych, szczególnie poświęconych Bogu, ale jest dostępna dla każdego, kto zechce poświęcić na to codziennie, rano i wieczorem, około 30 minut. Twierdził, że jeśli będziemy systematycznie medytowali, to już po kilku tygodniach odczujemy pozytywne zmiany, takie jak wewnętrzny spokój, lepsza koncentracja i głębsze relacje z Bogiem, z ludźmi i ze światem. A po kilku miesiącach zmian tych doświadczą także osoby z naszego otoczenia.
Z inspiracji o. Maina powstała Światowa Wspólnota Medytacji Chrześcijańskiej (The World Community for Christian Meditation). Prowadzi ją dziś o. Laurence Freeman, który towarzyszył Mainowi w zakładaniu pierwszych ośrodków medytacyjnych. Wspólnota jest klasztorem ludzi podążających różnymi ścieżkami życia, ale zjednoczonych praktyką modlitwy kontemplacyjnej. Nic nie jednoczy bardziej niż modlitwa. Ludzie modlący się są zdumieni sposobami, w jakie Bóg objawia się nam przez inne religie, przez Słowo wcielone w Jezusie. Chrześcijanie praktykujący medytację spotykają się w domach prywatnych, klasztorach, domach parafialnych, szkołach, więzieniach i wielu innych miejscach. Różnorodne grupy medytacyjne inspirowane nauką Maina i wczesną tradycją monastyczną, szczególnie benedyktyńską, łączy wspólne wołanie: Maranatha! (Przyjdź Panie!, Przyjdź Panie Jezu!). Na świecie istnieje 27 centrów medytacji chrześcijańskiej i ponad 1000 grup medytacyjnych, które praktykują medytację według nauki
o. Maina.

Czas się wypełnił

W medytacji człowiek spotyka się z samym sobą. To doświadczenie może być trudne i bolesne, tym bardziej że jest także wezwaniem do wewnętrznej przemiany. „Nie jest łatwo dostrzec – mówił ojciec Freeman na sesji medytacyjnej w klasztorze Benedyktynów w Lubiniu w 1999 roku – w jaki sposób sami siebie oszukujemy. Być może przez całe lata działaliśmy pod wpływem jakiejś iluzji. Ten pierwszy etap podróży do prawdziwego siebie może okazać się kryzysem. Jezus o tym przypomina, gdy mówi: »Czas się wypełnił«. Znaczy to, że teraz już nie można dłużej czekać i unikać prawdy. Stoimy przed nią tutaj i teraz. Kryzys w pewnym sensie jest nieunikniony. W gruncie rzeczy wszelka nasza droga rozwoju jest związana z kryzysem. Moment bolesnej prawdy, której nie da się już dłużej omijać. Przechodzimy przez taki kryzys w wieku młodzieńczym. Trzeba pozwolić dzieciństwu odejść, nie można już dłużej powstrzymywać rozwoju. Przechodzimy przez taki kryzys również w połowie życia. Pytamy wtedy: »Co w życiu osiągnąłem?«. Patrzymy na to wszystko, czego chcieliśmy dokonać, i uświadamiamy sobie, że nigdy już nie będziemy w stanie tego zrobić. Te chwile kryzysu są momentem ważnym, kiedy przykładamy jakąś wartość do naszego życia. Prawdziwa wartość życia zależy od tego, jak bardzo zdajemy sobie sprawę z tego, kim jesteśmy. Kryzys pociąga za sobą bolesne uczucie niezadowolenia. Będziemy odczuwali, że wszystko powinniśmy zrobić lepiej, i patrząc tak krytycznie, możemy myśleć, że jak dotąd, nasze życie jest przegraną, być może zaniedbaliśmy okazję czy zmarnowaliśmy talenty, jakie otrzymaliśmy. Możemy nagle dostrzec negatywne postawy w naszym życiu. Być może uznamy, że jesteśmy uzależnieni, lub też odnieśliśmy porażkę w naszych osobistych związkach. Cokolwiek się dzieje, to w każdym razie widzimy, jak do tej pory ego panowało i ubarwiało nasze życie, i to jest ta bolesna strona skruchy: dostrzeżenie ego, dostrzeżenie go poprzez te wszystkie maski, w jakie się stroiliśmy”.

Pożegnanie z ego


W tradycyjnej modlitwie, zwłaszcza wśród tłumu, możemy się ukryć za słowami. Wypowiadanie pięknych słów może wzbudzać w nas zadowolenie z siebie i umacniać nasze ego, czyli prowadzi do tego, co zwykliśmy nazywać faryzeizmem. Na pustyni, w ciszy i samotności modlitwy kontemplacyjnej nie ma przed kim udawać i nie można się już dłużej oszukiwać. Modlitwa kontemplacyjna odkrywa prawdę o nas samych. Prowadzi nas do pytania, które dwa tysiące lat temu uczniowie zadawali Janowi Chrzcicielowi: „Co mamy czynić?”. Zdajemy sobie bowiem sprawę, że nie możemy nadal żyć w kłamstwie, że musimy w jakiś sposób zmienić swoje życie. Czasami próbujemy zrobić to po swojemu.

Freeman wspomina konferencję w Nowym Jorku: „Pamiętam, że gdy (...) mówiłem o znaczeniu wychodzenia poza ego, wtedy zobaczyłem w pierwszym rzędzie kobietę, która – było to od razu widać – zupełnie się z tym nie zgadzała. Była to kobieta typu bizneswoman, z wyglądu bardzo silna. Widziałem, że tylko czeka, żeby dać mi na...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Tylko w ten weekend kupisz prenumeratę 20% TANIEJ

Zobacz więcej

POLECAMY

Przypisy