ŁASKA ŻYCIA

Wstęp

Gdy ojciec Julki popełnił samobójstwo, nikt nie potrafił jej pomóc. Dzisiaj z trudem zaczyna żyć normalnie – pisze ANNA STASZEWSKA.

Julka nie umie powiedzieć, kiedy to się zaczęło. Wie tylko, że z czasem było coraz gorzej i było jej coraz mniej. Przez wiele lat żyła w przeświadczeniu, że po prostu takiej jest konstrukcji. A skoro taką Bóg ją stworzył, no to już trudno. Z dzieciństwa pamięta głównie te chwile, kiedy sama włóczyła się po lesie, spędzała mnóstwo czasu w piwnicy i na terenie ogródków działkowych, gdzie hodowała koty. Pamięta też, jak godzinami wystawała na ulicy, wypatrując w dali znajomej postaci taty lub mamy. Często zostawała sama albo pod czyjąś opieką i bardzo tęskniła za rodzicami. Ta tęsknota została jej zresztą na całe życie, a po śmierci ojca stała się nie do zniesienia.

Julka miała wtedy dziesięć lat. To była środa, początek lutego. Tata jak zwykle rano wyszedł do pracy, a ona do szkoły. Na trzeciej lekcji usłyszała sygnał karetki pogotowia i poczuła, że coś się zdarzyło. W pewnym momencie spojrzała na twarz koleżanki, której tata parę lat wcześniej popełnił samobójstwo. I wiedziała już, że ojciec nie żyje.

Właściwie nie wiadomo, co było gorsze – sama śmierć czy to, co działo się później...
Wszystko, co zdarzyło się po śmierci ojca, było dla Julki jak koszmarny film, puszczany w zwolnionym tempie. Najpierw bardzo dokładnie i z wielu relacji dowiedziała się, co tak naprawdę wydarzyło się tego dnia, kiedy ojciec wyszedł do pracy i już nigdy nie wrócił. Dowiedziała się więc, kiedy przyszedł do jednostki (bo był wojskowym), kiedy wziął broń z magazynu, w którym pokoju się zamknął, ile razy do siebie strzelił i gdzie... Żeby tego było mało, dowiedziała się również, jak upadł, co stało się z jego mózgiem i jak długo jeszcze żył...

Kilka dni po śmierci ojca (już wtedy, kiedy przywieźli go po sekcji zwłok i kiedy ludzie mówili, że ładnie go zszyli i wypchali twarz watą) poszła razem z rodziną i kapelanem pomodlić się przy jego trumnie. Otwarta trumna stała na wysokim podeście w pomieszczeniu, które zazwyczaj służyło wojsku za garaż. Było już ciemno i jakoś okropnie pusto. Julce nawet dziś, kiedy przypadkiem znajdzie się w ciemnym pomieszczeniu, przypomina się to paraliżujące uczucie przeraźliwego strachu. A przecież wtedy była dzieckiem. Nikt dorosły nie spytał, czy się boi, czy chce tam iść. Nikt nie pomyślał, że może nie trzeba tak dziecka katować.

Pogrzeb odbył się z wielką pompą – po wojskowemu! Uczestniczyło w nim mnóstwo osób. Trwał w nieskończoność. Było okropnie zimno. Choć przyszło wiele osób, Julka czuła się bardzo samotnie. Nie mogła płakać. Dziwiła się, że wszyscy płaczą, a ona nie może. I czuła, jakby płynęła nad głowami tłumów i tylko przy-patrywała się czemuś, w czym tak naprawdę wcale nie uczestniczy. Jak na smutnym filmie – za chwilę wyjdzie z kina i pobiegnie do lasu albo do swoich kotów, albo zejdzie do piwnicy i zrobi kolejny karmnik dla ptaków...

Ale potem przyszły kolejne dni i tygodnie, a ojca naprawdę nie było. Mamy też jakby nie było. Zapadła się, zaczęła chorować, całkiem posmutniała. Raczej sama wymagała pomoc...

Pozostałe 80% artykułu dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.



POLECAMY

Przypisy