Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie , Otwarty dostęp

7 kwietnia 2019

NR 4 (Kwiecień 2019)

Ktoś powinien coś zrobić!

363

Jakże często słyszymy historie, w których niewinna osoba doznała krzywdy, a nikt nie kiwnął palcem, by jej pomóc. Jak często sami jesteśmy bierni, gdy dzieje się zło... Może to być wynik tzw. efektu biernego świadka. 

Jak mogło do tego dojść? Dlaczego nikt nic nie zrobił? – takie pytania zadawali sobie 11 maja 2013 roku chyba wszyscy mieszkańcy Mediolanu. Tego dnia o poranku młody emigrant, w stanie ostrej psychozy, z kilofem w ręku napadł na kilkanaście przypadkowych osób. Trzy z nich zmarły w wyniku zadanych ciosów, wiele zostało rannych, wiele w panice uciekało, usiłując uniknąć ataku. Ale byli i tacy, którzy przechadzając się z psem lub zmierzając do pracy, jedynie przyglądali się, jak agresywny mężczyzna wymachuje śmiercionośnym narzędziem. Nikt nie zadzwonił na policję, nikt nie organizował pomocy.

Zjawisko zaniechania udzielenia pomocy innym osobom w sytuacji społecznej nazywane jest w psychologii efektem biernego świadka (ang. bystander effect). Analizowali je już w latach 60. ubiegłego wieku John Darley z Princeton University oraz Bibb Latané, związany z Columbia University w Nowym Jorku. Uwagę badaczy przykuły rzeczywiste wydarzenia, które miały miejsce 13 marca 1964 roku: 28-letnia Kitty Genovese, wracając do domu, została zaatakowana i ugodzona nożem przez seryjnego gwałciciela w nowojorskiej dzielnicy Queens. Jak donosiła prasa, świadków tego zdarzenia było 38 – ale żaden z nich ani nie pospieszył na ratunek, ani nie zadzwonił po policję. Według raportu z dochodzenia, opublikowanego wiele lat później w czasopiśmie „American Psychologist”, w rzeczywistości świadków było mniej. Ale nawet jeśli pierwsze informacje zostały wyolbrzymione, faktem pozostaje to, że wiele z tych osób mogło w jakiś sposób zareagować. A nie uczyniły tego. 

Eksperyment z białym dymem

Darley i Latané zaprojektowali badanie, które miało pokazać, w jakich okolicznościach osoby w sytuacjach kryzysowych interweniują, a kiedy z interwencji rezygnują. – Kilku studentów przebywało w pomieszczeniu, w którym wypełniało kwestionariusze. Niektórzy robili to w pojedynkę, inni w trzyosobowych grupach, a część badanych pracowała w towarzystwie osób wtajemniczonych w proces eksperymentalny – opowiadał o przygotowaniach do eksperymentu Darley.

POLECAMY

Podczas gdy uczestnicy w skupieniu rozwiązywali kwestionariusze, przez szparę w drzwiach do ich pomieszczenia został wpuszczony biały dym. – Na początku sprawdzaliśmy, czy i kiedy badani zaalarmują o nietypowej sytuacji. Okazało się, że zareagowało prawie 75 procent uczestników, którzy w pokoju byli sami. Z kolei jedynie 38 procent osób, które przebywały w pomieszczeniu w towarzystwie innych badanych, zgłosiło nietypowe zdarzenie. Gdy zaś grupa składała się z badanego oraz osób poinformowanych o celu eksperymentu i ci specjalnie pozostawali bierni, wówczas tylko co dziesiąty badany zgłaszał pojawienie się w pomieszczeniu dymu – relacjonował Darley. 

Uzyskane wyniki stały się punktem wyjścia do dalszych analiz, powtórzeń i tworzenia nowych wariantów eksperymentu. Ustalono w nich m.in., że już samo zwrócenie się do świadka zdarzenia po imieniu zwiększa prawdopodobieństwo, że podejmie on jakieś działania. Potwierdzono również, że wielkie znaczenie w sytuacji krytycznej ma liczba świadków. Jeśli dana osoba jest jedyną, która może zareagować, czuje się bardziej odpowiedzialna i prawdopodobnie podejmie jakieś działania. Jeśli jednak w pobliżu jest więcej osób, może stać się tak, że żadna z nich nawet nie kiwnie palcem. Powodem jest pewnego rodzaju rozproszenie odpow...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy