Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Kto decyduje za Ciebie?

0 456

Obserwując politykę i polityków, jesteśmy przekonani, że potrafimy być obiektywni. Że do konkretnych zdarzeń podchodzimy z dystansem i krytycyzmem. Niestety. Konstrukcja naszego umysłu sprawia, że nasze poglądy i polityczne wybory nie mają nic wspólnego z racjonalnością.

Profesor Janusz Reykowski, specjalista w dziedzinie psychologii politycznej i twórca regulacyjnej teorii osobowości, zawsze podkreśla, że rozwiązywanie problemów czy zajmowanie stanowiska wobec zjawisk politycznych wymaga wnikliwej i wielostronnej analizy wielkiej liczby danych. Cóż jednak mają zrobić szarzy obywatele, domorośli komentatorzy polityczni, skoro nie posiadają odpowiedniego aparatu poznawczego czy wystarczającej liczby danych? Jak sobie radzą?

W psychologii popularna jest metafora skąpca poznawczego. Jej sens sprowadza się do tego, że człowiek dysponuje swoimi zasobami poznawczymi w sposób oszczędny, korzystając z rozlicznych uproszczeń i dróg na skróty. Większość z nich jest nieszkodliwa i pomaga ekonomizować naszą „energię mentalną”. Niektóre jednak mogą prowadzić nas na manowce – do złudnych przekonań, a czasem błędów w ocenie polityki.

Kto popiera Fidela?

Czy zastanawiali się Państwo, dlaczego tak wielu internautów komentując styl polityki Lecha i Jarosława Kaczyńskich, tak często odwołuje się do kategorii psychologicznych, np. skłonności paranoicznych, czy kompleksów związanych ze wzrostem tych polityków? Z punktu widzenia psychologii społecznej można to wyjaśnić, odwołując się do pojęcia o nazwie podstawowy błąd atrybucji. Ogólnie biorąc, jest to skłonność do przypisywania cudzym zachowaniom raczej przyczyn wewnętrznych (osobowościowych i motywacyjnych) niż sytuacyjnych. W przypadku polityków – oceniania ich poczynań z perspektywy np. domniemanych kompleksów przy równoczesnym bagatelizowaniu sytuacji zewnętrznej.

Prawie 40 lat temu dwóch amerykańskich psychologów – Edward Jones i Victor Harris – w trakcie swoich badań przedstawiło uczestnikom eseje, rzekomo napisane przez studentów, popierające bądź potępiające Fidela Castro. Połowie badanych powiedziano, że autorowi eseju narzucono stanowisko, zaś reszcie, że autor mógł przyjąć dowolny punkt widzenia. Następnie zapytano ich, do jakiego stopnia autor eseju rzeczywiście wspierał lub potępiał działania Castro. Wyniki pokazały, że nawet wtedy, gdy badani zdawali sobie sprawę, że autor nie miał wyboru stanowiska, to i tak twierdzili, że esej przedstawia jego prawdziwe przekonania polityczne. A zatem badani dokonywali wewnętrznych atrybucji przyczyn zachowań, a ignorowali wpływ czynników sytuacyjnych, w tym przypadku nacisków ze strony nauczyciela.

Gdy podstawowy błąd atrybucji wkrada się do myślenia politycznego, wtedy następuje zjawisko personalizacji polityki. Profesor Reykowski opisuje je jako tendencję do wyjaśniania efektów polityki poprzez działania aktorów politycznych, najczęściej liderów. Dobrym przykładem tego błędu jest przypisywanie nadmiernej roli osobowości Aleksandra Kwaśniewskiego w kreowaniu polityki zagranicznej Polski w ostatnim 10-leciu, a niedocenianie innych uwarunkowań – na przykład pracy MSZ-etu, otwarcia polskiej gospodarki na inwestycje zagraniczne, czy wejścia Polski do NATO.

Twarze polityki

Wiele wskazuje na to, że do personalizacji polityki prowadzą często, świadomie lub nie, sami dziennikarze, lansując niektórych polityków na tzw. gwiazdy medialne. Ostatnimi czasy ulubieńcami mediów byli m.in. Tadeusz Cymański, Przemysław Gosiewski, czy Ryszard Kalisz. Rezultatem personalizacji jest przypisywanie nadmiernej roli sprawczej osobowościom polityków, bagatelizowanie zaś szerszych mechanizmów gospodarczych, społecznych, czy międzynarodowych. Niejednokrotnie pomija się fakt, że pewne zachowania czy wypowiedzi polityków mogą być podyktowane sytuacją, w jakiej się oni znajdują, a nie wynikają bezpośrednio z ich konstrukcji psychologicznej.

Pokrewne personalizacji jest zjawisko zwane redukcją przyczyn. Polega ono na wyjaśnianiu złożonych efektów polityki za pomocą jednego lub kilku czynników. Osoby ulegające tej iluzji zdają się nie zauważać, że dane zjawisko polityczne może być efektem działania całego łańcucha przyczyn i skupiają się na jednej, najbardziej wyrazistej. Jako przykład można tu przytoczyć opinie sugerujące, że główną przyczyną transformacji ustrojowej w Polsce, symbolem której jest Okrągły Stół, były pielgrzymki i przesłania Jana Pawła II skierowane do Polaków. Tymczasem analitycy polityczni zwracają uwagę na to, że ważną rolę odegrały tu i inne, bardziej globalne czynniki, takie jak pieriestrojka Michaiła Gorbaczowa, czy polityka Ronalda Reagana wobec państw bloku komunistycznego.

[nowa_strona] Dostępna korupcja

Walter Lippmann, znany amerykański publicysta i doradca polityczny, już w latach 20. ub. wieku zauważył, jak przemożny wpływ na kształtowanie opinii publicznej mają media. Lippmann dowodził, że osiągają go one m.in. budując hierarchię spraw społecznie ważnych oraz koncentrując uwagę widzów na określonych zagadnieniach. Współcześnie psychologowie wiążą ten wielki wpływ mediów z heurystyką dostępności. Zbadali i opisali to zjawisko Amos Tversky i Daniel Kahneman, badacze deformacji myślenia i podejmowania decyzji oraz twórcy teorii perspektywy (za którą ten ostatni otrzymał Nagrodę Nobla w dziedzinie ekonomii, w 2002 roku). Zgodnie z tą regułą zwykle przeceniamy prawdopodobieństwa zajścia zdarzeń, które są nam dobrze znane i które łatwo przywołujemy z pamięci. A to właśnie za sprawą mediów pewne idee, hasła i zdarzenia polityczne są – bardziej niż inne – dostępne nam zawsze i wszędzie. Heurystyką dostępności ludzie często kierują się w sytuacji wyborów. Jak to się dzieje? Otóż przeciętny wyborca nie jest zainteresowany dogłębnym poznawaniem i analizowaniem programów partii, czy też ocenianiem wszystkich kandydatów. Może też nie mieć fizycznych możliwości, by to zrobić. Zdaje się zatem na media i treści przez nie przekazywane. Tymczasem, jak dowodzą badania tandemu psychologów politycznych – Joanne Miller z Uniwersytetu Minnesoty i Johna Krosnicka z Uniwersytetu Stanforda – już samo zwrócenie uwagi przez media na jakąkolwiek kwestię jest powodem do tego, by odbiorcy uznali ją za ważną. Jeśli zatem dane zagadnienie polityczne zostanie odpowiednio nagłośnione przez dziennikarzy, staje się dla wyborcy kluczowe w ocenie kandydata czy partii.
Heurystyka dostępności przynosi nam korzyść – ekonomizuje funkcjonowanie naszego umysłu. Może jednak także prowadzić na manowce. Weźmy na przykład sprawę korupcji w Polsce. Od czasów afery Rywina media poświęcają temu zjawisku wiele miejsca. Co rusz podają przykłady afer. W rezultacie doniesienia na temat korupcji są dla wielu obywateli dostępne poznawczo, stając się podstawą wydawania sądów o jej rozpowszechnieniu. Co ciekawe, obiektywnie rzecz biorąc, korupcja wcale nie musiała wzrosnąć. Natomiast subiektywne przekonania o jej częstości – oparte na newsach z mediów – mogły.

Media, mój wróg

Kolejnym złudzeniem pojawiającym się przy okazji odbioru informacji jest zjawisko wrogich mediów. Po raz pierwszy wykazał je eksperymentalnie w 1985 roku zespół psychologów z Uniwersytetu Stanforda – Robert Vallone, Lee Ross i Mark Lepper. Otóż grupie studentów z Uniwersytetu Stanforda pokazali oni bezstronną relację z masakry w Bejrucie, w 1982 roku. Okazało się, że studenci o sympatiach proarabskich byli przekonani, że relacja faworyzowała stronę izraelską, natomiast studenci popierający Izrael twierdzili, że przekaz sprzyjał stronie...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy