Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia , Otwarty dostęp

4 sierpnia 2019

NR 8 (Sierpień 2019)

Koniec konfliktu pokoleń?

157

Młodzi szukają kontaktu z rodzicami i próbują stworzyć z nimi sojusz. Relacje dwóch pokoleń, młodych ludzi i ich rodziców, nigdy nie były tak dobre jak obecnie. 

Andrzej Lipiński: Obserwując młodych ludzi dziś, jak w zwierciadle widzimy nasze społeczeństwo za lat kilka. Jaki jego obraz z takiego lustra się wyłania? 

POLECAMY

Klaus Hurrelmann: Widać tam społeczeństwo o otwartych horyzontach. Jego przedstawiciele dostrzegają wiele możliwości i opcji kształtowania własnego życia, wiele alternatyw dla drogi zawodowej. Ale ten obraz ma także ciemną stronę – młodych dręczy totalna niepewność, które z tych niezliczonych ofert w sferze edukacyjnej, zawodowej czy w życiu prywatnym warto realizować. W szybko zmieniającym się świecie doskwiera im brak możliwości precyzyjnego zaplanowania kolejnych 5–7 lat, nie mówiąc już o tym, jak miałoby wyglądać ich życie w dalszej przyszłości. 

Ach ci młodzi, nie wiedzą, czego chcą... Dorośli od zarania dziejów oceniali młodych dość krytycznie. 

Rzeczywiście można tu rozpoznać pewien schemat: dorośli zawsze mają obawy, że poglądy młodych są zagrożeniem dla obowiązującego porządku zbudowanego przez starsze pokolenia. Częścią tego schematu jest przekonanie, że młodzi ludzie nie potrafią myśleć przyszłościowo, nie wiedzą, czego chcą, a w związku z tym nie są w stanie kontynuować naszej misji. Tego typu uogólnienia noszą znamiona mechanizmu wypierania. Starsze pokolenia doskonale zdają sobie sprawę, że świat na ich oczach zmienia się w zawrotnym tempie. Wiedzą, że aby nie odpaść z gry, powinni za przykładem młodych dostosować się do zmian.

To jednak nie przychodzi im łatwo, nie mają bowiem pewności, czy poradziliby sobie z niepewną przyszłością, czy byliby w stanie sprostać wyzwaniom nowych technologii i cyfrowej rzeczywistości. To poczucie niekompatybilności, pewnego odizolowania, jest prawdopodobnie jednym ze źródeł krytykowania młodszych.

Może w takim razie to dorośli są sednem problemu – skostniałą wizją świata ograniczają młode pokolenie w jego odwiecznym poszukiwaniu nowych dróg? 

Tak uważam. Dodatkowym utrudnieniem są tu skutki oddziaływania pewnej specyfiki pokoleniowej. Ludzie z grupy wiekowej między 50. a 65. rokiem życia, należący do pokolenia powojennego wyżu demograficznego i piastujący dziś niemal 50 procent kluczowych stanowisk we wszystkich obszarach życia społecznego, to generacja, która wyjątkowo aktywnie kształtowała dzisiejszy świat. Są to ludzie pewni siebie i świadomi swoich możliwości – wiedzą, jak korzystać z władzy i jak kierować procesami społecznymi. Sukces, jaki odnieśli, i ich silny wpływ na oblicze współczesnego świata sprawiają, że trudno im sobie wyobrazić, by można było postępować inaczej. Jest to grupa liczebnie dwa razy silniejsza od następnych pokoleń, stąd ten brak demograficznej równowagi. 

Ludzie z tej grupy zaczynają powoli rozumieć, że ich czas dobiega końca i że wkrótce zastąpią ich młodzi. Tymczasem głos tych młodych wydaje im się dziwny, a nieraz wręcz destrukcyjny. Starsi wytykają młodszym brak wytrwałości, niską zdolność koncentracji, podatność na „rozproszenie” przez bodźce zewnętrzne, silne ukierunkowanie na Internet i media cyfrowe. Starszych niepokoi także dystansowanie się młodych wobec partii politycznych i parlamentaryzmu, które oni – starsi – w dużym stopniu tworzyli i kształtowali. Nie mogą zrozumieć niechęci i braku zaangażowania młodych w struktury polityczne budowane przez poprzednie pokolenia. 

Chcą być jak rodzice

Jeszcze nigdy wzajemne stosunki dorosłych i dzieci nie były tak dobre jak dziś, a młodzi coraz bardziej optymistycznie patrzą na swoją przyszłość – wynika z badań przeprowadzonych w Niemczech na zlecenie koncernu Shell.

Raporty „Shell Jugendstudie” publikowane są od 1953 roku, średnio co 4–5 lat. Bazują na szczegółowych ankietach przeprowadzanych w grupie młodych Niemców, między 12. a 25. rokiem życia. 

Z porównań historycznych wynika, że jakość relacji między młodymi ludźmi i ich rodzicami stale rośnie i od około 20 lat utrzymuje się na tak wysokim poziomie jak nigdy wcześniej. Na jedno z ważnych pytań postawionych w ankiecie „Czy chciałbyś wychowywać w przyszłości własne dzieci podobnie, jak sam zostałeś wychowany?”, 75 proc. badanych odpowiada dziś twierdząco, podczas gdy przed 30 laty takiej odpowiedzi udzielało 50 proc. respondentów. 

Z ostatniego raportu Shella (z 2015 roku) dowiadujemy się także, że wśród młodych Niemców rośnie optymizm co do własnej przyszłości (61 proc. optymistycznie nastawionych w 2015 roku, 59 proc. w 2010 i tylko 50 proc. w 2006 roku). 

 

Czy tu rysuje się jakiś silny konflikt między pokoleniami? 

Problem jest bardziej złożony. Relacje dzisiejszej młodzieży z rodzicami są wyjątkowo dobre. Wiele badań dotyczących kondycji młodego pokolenia w Niemczech, w tym te prowadzone przez koncern Shell [patrz ramka „Chcą być jak rodzice”, s. 76], potwierdza, że młodzi widzą w rodzicach ważny wzorzec wychowawczy, że w przyszłości podobnie chcą wychowywać własne dzieci. Rodzice są dla młodzieży ostoją bezpieczeństwa, stabilności i dobrobytu, czyli wartości, które młodemu pokoleniu nie wydają się dziś tak oczywiste i łatwo osiągalne. Dlatego młodzi zabiegają o bliski kontakt z rodzicami, starają się – podobnie zresztą jak rodzice – szukać konstruktywnych rozwiązań ewentualnych konfliktów. Nie znaczy to oczywiście, że relacja międzypokoleniowa jest zupełnie wolna od napięć. W młodym pokoleniu rozwijają się inne wzorce zachowań, młodzi budują nowe systemy wartości i wybierają inne partie polityczne niż ich rodzice – na co rodzice podświadomie reagują zwykle sceptycznie. 

Dobrym przykładem tego stanu rzeczy jest konflikt, który zarysował się podczas wiosennych protestów Fridays for Future – piątkowych strajków szkolnych w całej Europie w obronie środowiska naturalnego.

Protesty te – masowe demonstracje w centrach miast pod hasłami zatrzymania dewastacji przyrody – organizowali ludzie urodzeni po 2000 roku, tzw. pokolenie Z lub iGen [iGeneration, od iPhone, patrz słowniczek]. Akcja wywołała irytację zarówno nauczycieli, jak i rodziców. Starsi podeszli do niej bardzo sceptycznie, uważali, że była to jedynie przykrywka dla wagarów, sposób na „fajne” spędzenie czasu poza szkołą. Nie potrafili sobie wyobrazić, że młodzi ludzie mogą mieć jasno wyrobione poglądy na temat środowiska naturalnego i jego ochrony, że za manifestacjami stoją prawdziwe interesy polityczne i jakieś tło merytoryczne. 

Sceptycyzm dorosłych jest o tyle zrozumiały, że w historii nie było podobnych ruchów inicjowanych przez tak młodych ludzi.

Czy rodzice – mimo sceptycyzmu co do niektórych postaw młodych – swoje relacje z nimi widzą w równie pozytywnym świetle? 

Zadowolenie rodziców z relacji z własnymi dziećmi jest tak duże, jak nigdy dotąd. Dorośli pragną, by ich dzieci czynnie uczestniczyły w życiu rodzinnym, nie protestują też jakoś stanowczo, gdy te zbyt długo nie wyfruwają z rodzinnego gniazda. Chcą w sposób świadomy przeżywać zmaganie się własnych dzieci z życiowymi wyzwaniami, m.in. ze skutkami cyfrowej rewolucji. Starsi chętnie uczą się też od dzieci nowych sposobów funkcjonowania w nowoczesnym społeczeństwie, korzystania z nowych technologii. 

Silna więź między młodocianymi i młodymi dorosłymi a ich rodzicami ma też ciemną stronę. Jest ona związana z lękiem młodych przed rozpoczęciem samodzielnego życia, przed wyjściem w świat, który jest w dużym stopniu nieobliczalny i wymaga stałego improwizowania. Dlatego tak często młodzi ludzie, zwłaszcza mężczyźni, trzymają się kurczowo rodziców i nie chcą opuszczać rodzinnego gniazda. Wielu z nich płaci za to wysoką cenę – albo usamodzielniają się bardzo późno, albo wcale nie stają się dorośli, nie potrafią radzić sobie z konfliktami i porażkami, wykazują się brakiem wytrwałości i są słabi psychicznie. Rodzice także ponoszą koszty takiego stanu rzeczy – np. przesuwają w czasie decyzję o zweryfikowaniu własnego związku, zmianach w trybie życia wynikających z wieku. 

W mojej ocenie około jednej trzeciej współczesnych rodziców to tzw. rodzice-helikoptery, którzy przez swoją nadopiekuńczość pozbawiają młodych szansy usamodzielnienia się, a siebie – wyjścia z roli rodziców i opiekunów. 

Kiedyś przejście ze świata dzieciństwa w dorosłość było epizodem. Dzisiaj okres tak zwanej młodości zaczyna się bardzo wcześnie i trwa do 25. roku życia albo dłużej. Co spowodowało, że ta faza tak się rozciągnęła?

To jest oczywiście uwarunkowane kulturowo. Z punktu widzenia biologii wraz z pojawieniem się okresu dojrzewania człowiek przechodzi z dzieciństwa w okres młodzieńczy. Ten moment przesunął się w czasie ostatnich 200 lat o około 5–6 lat – okres dzieciństwa znacznie się skrócił i kończy się dziś w krajach Europy przeciętnie w wieku 12,5 roku. Faza młodzieńcza zaczyna się więc stosunkowo wcześnie, ale trwa bardzo długo – m.in. dlatego, że wydłużył się również średni czas edukacji, a jednocześnie pogorszyły się warunki i okoliczności wejścia w życie zawodowe. W efekcie młodzi ludzie coraz później osiągają status dorosłego – a ten w naszej kulturze przyznaje się dopiero osobie, która potrafi zadbać o własny byt [czytaj tekst „iGen: dzieci, które nie chcą dorosnąć”, s. 80]. 

Poza tym ten moment przejściowy często trudno rozpoznać, jest on płynny i niekonkretny, dlatego nierzadko rozróżnienie między młodocianym a dorosłym nie jest proste. Pochodną tego jest często spotykana fascynacja dorosłych światem młodzieży i naśladowanie młodzieńczego stylu życia.

Moi dziadkowie musieli radzić sobie z całą gromadką dzieci, ale nigdy nie narzekali na problemy wychowawcze. Dzisiaj młodzi rodzice często nie radzą sobie z jednym dzieckiem, chociaż zaliczają jeden
po drugim warsztaty pedagogiczne, a psychologia to ich hobby. Czy to nie paradoks? 

Jedną z przyczyn takiego stanu jest właśnie długość okresu młodzieńczego, który trwa obecnie około 15 lat. Nie mamy tu żadnych historycznych wzorców postępowania, wypróbowanych metod wychowawczych w stosunku do młodych ludzi, którzy tak długo dojrzewają.

Poza tym we współczesnym społeczeństwie trudno jest odwoływać się do tradycyjnego podziału ról matki, ojca i dziecka, niełatwo jest kierować się w wychowaniu katalogiem sztywnych wzorców społecznych.

Dawniej rodzice nie potrzebowali poradników, bo w ich otoczeniu wszyscy postępowali podobnie. Nikt nie musiał nikomu objaśniać i uzasadniać tradycyjnych reguł i zaleceń. Dzisiaj to już tak nie funkcjonuje. 

Ludzie decydujący się na jedno dziecko lub dwójkę dzieci z reguły robią to z pełną świadomością, rozważywszy wcześniej wszystkie plusy i minusy. Dziecko nierzadko staje się przedłużeniem ich własnego ego, dlatego dbają o to, by zapewnić mu jak najlepszy rozwój. Starają się być empatyczni, wczuwają się w jego potrzeby, próbują je zawsze zrozumieć i ze wszystkich sił wspierają rozwój jego wyjątkowych zdolności.

Sprostanie wszystkim tym wymogom to zadanie bez porównania trudniejsze niż bycie „tradycyjnym” rodzicem. Wychowanie nabrało przez to zupełnie innej jakości niż jeszcze 30 lat temu – dzisiaj jednym z jego najważniejszych aspektów stała się dobra relacja rodziców z dzieckiem.

Dojrzewanie jako przedłużanie dzieciństwa

Wiek dojrzewania – wiek, w którym nastolatki zaczynają robić to, co dorośli – przychodzi coraz później. Dojrzewanie jest teraz raczej przedłużeniem dzieciństwa niż początkiem dorosłości.

Historia powolnego dorastania zaczęła się jeszcze przed nadejściem pokolenia Internetu. Pierwsze zmiany w tempie rozwoju pojawiły się nie wśród nastolatków, lecz wśród młodych dorosłych z pokolenia X 
w latach 90., którzy coraz później podejmowali działania tradycyjnie rozumiane jako kamienie milowe dorosłości: np. wybór kariery, małżeństwo czy dzieci. W 1975 roku przeciętna kobieta z pokolenia 
wyżu demograficznego wychodziła za mąż w wieku 21 lat, a w 1995 roku przeciętna kobieta z pokolenia X – w wieku 25 lat. Kariera i praca na pełny etat również zostały odsunięte w czasie, ponieważ więcej 
młodych ludzi szło na studia.

Nastolatki z pokolenia X wcale jednak nie zwolniły tempa – prowadziły samochód, piły alkohol i chodziły na randki równie często, jak ich rówieśnicy z pokolenia wyżu demograficznego, seks uprawiały nawet częściej, większy był też odsetek nastoletnich ciąż w tej grupie. Potem jednak dłużej zwlekały z wejściem w zupełną dorosłość, a więc ze zrobieniem kariery i posiadaniem dzieci. Tak więc generacja X zdołała wydłużyć wiek dojrzewania do nieznanych dotąd granic: wcześniej zaczynali i później kończyli wchodzenie w dorosłość.

Pokolenie X dłużej zostało nastolatkami, a obecnie później zaczyna się dorastanie. Trend ten zapoczątkowali milenialsi, a prędkości nabrał wraz z iGenem. Dzieciństwo się wydłużyło – nastolatki są traktowane 
i zachowują się bardziej jak dzieci, są mniej niezależne i znajdują się pod większą ochroną rodziców niż kiedyś. Cała trajektoria rozwoju, od dzieciństwa przez wiek dojrzewania aż do dorosłości, ulega wydłużeniu. 

Oprac. dar na podstawie książki Jean M. Twenge iGen. Obszerniejsze fragmenty książki i nota o niej na stronach 80–81.

 

Dziś młodzi wychowują własnych rodziców w takim samym stopniu, jak sami są przez nich wychowywani. Przedstawiciele najmłodszego pokolenia, ludzie urodzeni po 2000 roku, poprzez swoje zaangażowanie zmuszają rodziców do zmian w podejściu do kwestii środowiska czy stylu życia. Jeśli dodamy do tego wyższe kompetencje cyfrowe młodego pokolenia, okazuje się, że mamy do czynienia z dużym przesunięciem władzy między przedstawicielami tych pokoleń. Do tej pory ten proces przebiegał dość łagodnie, ale nie można wykluczyć, że w przyszłości może on zrodzić nowe formy międzypokoleniowych napięć. 

Czy Pana zdaniem starsi już dziś powinni zacząć oddawać władzę młodym? Co na tym zyskają? 

Horyzont naszych doświadczeń diametralnie różni się od doświadczeń i perspektywy pokolenia młodych. Zadaniem, ale również szansą starszego pokolenia jest wsłuchanie się w głos młodych i próba spojrzenia na świat ich oczami. Możemy na tym naprawdę skorzystać – dzisiejsza młodzież jest na bieżąco z nowymi wyzwaniami i zmieniającą się nieustannie rzeczywistością. 

Jeśli uda nam się zrozumieć świat młodych, jeżeli włączymy ich w pełni w życie rodzinne, pozwolimy współdecydować o życiu szkoły, będziemy wspierać ich integrację na rynku pracy i zadbamy o to, by ich głos był słyszalny także w sferze politycznej, skorzystamy na tym jako społeczeństwo, a i sami nie stracimy kontaktu ze zmieniającym się światem. Warto stale korygować i na nowo dostrajać własne wyobrażenia do wizji młodych i przynajmniej próbować znaleźć z nimi wspólną płaszczyznę. 

Uważam za prawdziwy dramat to, że głos młodego pokolenia nie ma dziś większej siły przebicia, zwłaszcza w debacie politycznej, gdzie ze względów demograficznych pozycja młodych jest stosunkowo słaba.

Przykładem obrazującym, jak bardzo liczebna przewaga starszych pokoleń determinuje wyniki ważnych decyzji politycznych, jest brexit. Także ostatnie wybory europejskie pokazały, że różnice w preferencjach politycznych pokoleń są znaczne.

Wydaje się, że młodych dość łatwo jest omamić ryzykownymi ideami i pozorami bezpieczeństwa...

Jak najbardziej. Stoi za tym tęsknota za starymi, bezpiecznymi strukturami, marzenie o państwie narodowym z jego granicami i jasnymi regułami życia. To także pragnienie stabilności i zrozumienia, kim się naprawdę jest. Siłą napędową tego mechanizmu jest wspomniany wcześniej brak konkretnej wizji przyszłości oraz wynikające z tego lęki i niepewność, obawa przed wykluczeniem. 

Winą za problemy wychowawcze często obarcza się społeczeństwo z jego instytucjami, w pierwszej linii z systemem edukacji. Czy nie ma w tym ignorowania – a przynajmniej umniejszania – roli rodziny? 

To rzeczywiście temat pomijany w debacie społecznej. Tymczasem wyniki badań pokazują jednoznacznie, że największy wpływ na rozwój osobowości i potencjału dziecka mają rodzice, a pierwsze lata życia, w których dziecko pozostaje głównie pod ich opieką, to faza decydująca o cechach osobowości i przebiegu późniejszej edukacji. 

Zaniedbania ze strony rodziców w tym okresie wyjątkowo niekorzystnie odbijają się na rozwoju dziec­ka i z reguły mają negatywny wpływ na całe jego życie. Tymczasem jakość wychowania często pozostawia wiele do życzenia i nie zawsze jest dla dziecka optymalnym podłożem dalszej edukacji i stabilnym fundamentem przyszłego życia. Stąd bierze się tak rażący brak równych szans w naszym społeczeństwie. Osobiście uważam, że potrzebujemy czegoś w rodzaju treningu rodziców. Oczywiście wielu z nich jest zmotywowanych i stara się poszerzać własne kompetencje, np. czytając poradniki, ale to za mało. Oprócz tego potrzebny jest profesjonalny program treningów, rozwijający ich wiedzę i kompetencje wychowawcze. Należałoby realizować go na zasadzie partnerstwa i ścisłej współpracy zarówno ze szkołami, jak i ze wszystkimi placówkami wychowawczymi dla dzieci najmłodszych i przedszkolnych.

Gwarancją dobrych relacji rodziców z dziećmi zawsze była pełna miłości i wsparcia postawa wobec dziecka, połączona ze zdrową dawką konsekwentnych i opartych na wzajemnym szacunku reguł i metod wychowawczych. Czy to się zmieniło?

Myślę, że to wciąż bardzo dobra recepta. Wzajemny stosunek rodziców i dzieci ma dziś charakter bardziej indywidualny, jest w nim więcej wymagań po obu stronach, ale także więcej wrażliwości. To obraz pozytywny. Uznanie, wzajemny szacunek, ciekawość i wsłuchiwanie się w głos dziecka to naprawdę najlepsze formy budowania dobrej relacji. 

Ważne jest również to, by dorosły jasno określił własną pozycję i potrafił wyjaśnić, dlaczego myśli i postępuje tak, a nie inaczej. W kontaktach z młodymi powinniśmy być autentyczni, nie możemy ukrywać przed nimi własnych uczuć i emocji, nie możemy też unikać konfrontacji. Taka otwartość jest niezwykle trudna i wymaga zbudowania nowej formy autorytetu, wolnej od klasycznej argumentacji w stylu: „Bo jestem twoim rodzicem!”. Dziś mamy obowiązek uzasadniać nasze postawy i zachowania wobec młodych ludzi. Jednocześnie nie możemy ignorować ich poglądów i musimy dokładać starań, by zrozumieć ich punkt widzenia. 

Przypisy