Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia , Otwarty dostęp

4 sierpnia 2019

NR 8 (Sierpień 2019)

Koniec konfliktu pokoleń?

0 1693

Młodzi szukają kontaktu z rodzicami i próbują stworzyć z nimi sojusz. Relacje dwóch pokoleń, młodych ludzi i ich rodziców, nigdy nie były tak dobre jak obecnie. 

Andrzej Lipiński: Obserwując młodych ludzi dziś, jak w zwierciadle widzimy nasze społeczeństwo za lat kilka. Jaki jego obraz z takiego lustra się wyłania? 

POLECAMY

Klaus Hurrelmann: Widać tam społeczeństwo o otwartych horyzontach. Jego przedstawiciele dostrzegają wiele możliwości i opcji kształtowania własnego życia, wiele alternatyw dla drogi zawodowej. Ale ten obraz ma także ciemną stronę – młodych dręczy totalna niepewność, które z tych niezliczonych ofert w sferze edukacyjnej, zawodowej czy w życiu prywatnym warto realizować. W szybko zmieniającym się świecie doskwiera im brak możliwości precyzyjnego zaplanowania kolejnych 5–7 lat, nie mówiąc już o tym, jak miałoby wyglądać ich życie w dalszej przyszłości. 

Ach ci młodzi, nie wiedzą, czego chcą... Dorośli od zarania dziejów oceniali młodych dość krytycznie. 

Rzeczywiście można tu rozpoznać pewien schemat: dorośli zawsze mają obawy, że poglądy młodych są zagrożeniem dla obowiązującego porządku zbudowanego przez starsze pokolenia. Częścią tego schematu jest przekonanie, że młodzi ludzie nie potrafią myśleć przyszłościowo, nie wiedzą, czego chcą, a w związku z tym nie są w stanie kontynuować naszej misji. Tego typu uogólnienia noszą znamiona mechanizmu wypierania. Starsze pokolenia doskonale zdają sobie sprawę, że świat na ich oczach zmienia się w zawrotnym tempie. Wiedzą, że aby nie odpaść z gry, powinni za przykładem młodych dostosować się do zmian.

To jednak nie przychodzi im łatwo, nie mają bowiem pewności, czy poradziliby sobie z niepewną przyszłością, czy byliby w stanie sprostać wyzwaniom nowych technologii i cyfrowej rzeczywistości. To poczucie niekompatybilności, pewnego odizolowania, jest prawdopodobnie jednym ze źródeł krytykowania młodszych.

Może w takim razie to dorośli są sednem problemu – skostniałą wizją świata ograniczają młode pokolenie w jego odwiecznym poszukiwaniu nowych dróg? 

Tak uważam. Dodatkowym utrudnieniem są tu skutki oddziaływania pewnej specyfiki pokoleniowej. Ludzie z grupy wiekowej między 50. a 65. rokiem życia, należący do pokolenia powojennego wyżu demograficznego i piastujący dziś niemal 50 procent kluczowych stanowisk we wszystkich obszarach życia społecznego, to generacja, która wyjątkowo aktywnie kształtowała dzisiejszy świat. Są to ludzie pewni siebie i świadomi swoich możliwości – wiedzą, jak korzystać z władzy i jak kierować procesami społecznymi. Sukces, jaki odnieśli, i ich silny wpływ na oblicze współczesnego świata sprawiają, że trudno im sobie wyobrazić, by można było postępować inaczej. Jest to grupa liczebnie dwa razy silniejsza od następnych pokoleń, stąd ten brak demograficznej równowagi. 

Ludzie z tej grupy zaczynają powoli rozumieć, że ich czas dobiega końca i że wkrótce zastąpią ich młodzi. Tymczasem głos tych młodych wydaje im się dziwny, a nieraz wręcz destrukcyjny. Starsi wytykają młodszym brak wytrwałości, niską zdolność koncentracji, podatność na „rozproszenie” przez bodźce zewnętrzne, silne ukierunkowanie na Internet i media cyfrowe. Starszych niepokoi także dystansowanie się młodych wobec partii politycznych i parlamentaryzmu, które oni – starsi – w dużym stopniu tworzyli i kształtowali. Nie mogą zrozumieć niechęci i braku zaangażowania młodych w struktury polityczne budowane przez poprzednie pokolenia. 

Chcą być jak rodzice

Jeszcze nigdy wzajemne stosunki dorosłych i dzieci nie były tak dobre jak dziś, a młodzi coraz bardziej optymistycznie patrzą na swoją przyszłość – wynika z badań przeprowadzonych w Niemczech na zlecenie koncernu Shell.

Raporty „Shell Jugendstudie” publikowane są od 1953 roku, średnio co 4–5 lat. Bazują na szczegółowych ankietach przeprowadzanych w grupie młodych Niemców, między 12. a 25. rokiem życia. 

Z porównań historycznych wynika, że jakość relacji między młodymi ludźmi i ich rodzicami stale rośnie i od około 20 lat utrzymuje się na tak wysokim poziomie jak nigdy wcześniej. Na jedno z ważnych pytań postawionych w ankiecie „Czy chciałbyś wychowywać w przyszłości własne dzieci podobnie, jak sam zostałeś wychowany?”, 75 proc. badanych odpowiada dziś twierdząco, podczas gdy przed 30 laty takiej odpowiedzi udzielało 50 proc. respondentów. 

Z ostatniego raportu Shella (z 2015 roku) dowiadujemy się także, że wśród młodych Niemców rośnie optymizm co do własnej przyszłości (61 proc. optymistycznie nastawionych w 2015 roku, 59 proc. w 2010 i tylko 50 proc. w 2006 roku). 

 

Czy tu rysuje się jakiś silny konflikt między pokoleniami? 

Problem jest bardziej złożony. Relacje dzisiejszej młodzieży z rodzicami są wyjątkowo dobre. Wiele badań dotyczących kondycji młodego pokolenia w Niemczech, w tym te prowadzone przez koncern Shell [patrz ramka „Chcą być jak rodzice”, s. 76], potwierdza, że młodzi widzą w rodzicach ważny wzorzec wychowawczy, że w przyszłości podobnie chcą wychowywać własne dzieci. Rodzice są dla młodzieży ostoją bezpieczeństwa, stabilności i dobrobytu, czyli wartości, które młodemu pokoleniu nie wydają się dziś tak oczywiste i łatwo osiągalne. Dlatego młodzi zabiegają o bliski kontakt z rodzicami, starają się – podobnie zresztą jak rodzice – szukać konstruktywnych rozwiązań ewentualnych konfliktów. Nie znaczy to oczywiście, że relacja międzypokoleniowa jest zupełnie wolna od napięć. W młodym pokoleniu rozwijają się inne wzorce zachowań, młodzi budują nowe systemy wartości i wybierają inne partie polityczne niż ich rodzice – na co rodzice podświadomie reagują zwykle sceptycznie. 

Dobrym przykładem tego stanu rzeczy jest konflikt, który zarysował się podczas wiosennych protestów Fridays for Future – piątkowych strajków szkolnych w całej Europie w obronie środowiska naturalnego.

Protesty te – masowe demonstracje w centrach miast pod hasłami zatrzymania dewastacji przyrody – organizowali ludzie urodzeni po 2000 roku, tzw. pokolenie Z lub iGen [iGeneration, od iPhone, patrz słowniczek]. Akcja wywołała irytację zarówno nauczycieli, jak i rodziców. Starsi podeszli do niej bardzo sceptycznie, uważali, że była to jedynie przykrywka dla wagarów, sposób na „fajne” spędzenie czasu poza szkołą. Nie potrafili sobie wyobrazić, że młodzi ludzie mogą mieć jasno wyrobione poglądy na temat środowiska naturalnego i jego ochrony, że za manifestacjami stoją prawdziwe interesy polityczne i jakieś tło merytoryczne. 

Sceptycyzm dorosłych jest o tyle zrozumiały, że w historii nie było podobnych ruchów inicjowanych przez tak młodych ludzi.

Czy rodzice – mimo sceptycyzmu co do niektórych postaw młodych – swoje relacje z nimi widzą w równie pozytywnym świetle? 

Zadowolenie rodziców z relacji z własnymi dziećmi jest tak duże, jak nigdy dotąd. Dorośli pragną, by ich dzieci czynnie uczestniczyły w życiu rodzinnym, nie protestują też jakoś stanowczo, gdy te zbyt długo nie wyfruwają z rodzinnego gniazda. Chcą w sposób świadomy przeżywać zmaganie się własnych dzieci z życiowymi wyzwaniami, m.in. ze skutkami cyfrowej rewolucji. Starsi chętnie uczą się też od dzieci nowych sposobów funkcjonowania w nowoczesnym społeczeństwie, korzystania z nowych technologii. 

Silna więź między młodocianymi i młodymi dorosłymi a ich rodzicami ma też ciemną stronę. Jest ona związana z lękiem młodych przed rozpoczęciem samodzielnego życia, przed wyjściem w świat, który jest w dużym stopniu nieobliczalny i wymaga stałego improwizowania. Dlatego tak często młodzi ludzie, zwłaszcza mężczyźni, trzymają się kurczowo rodziców i nie chcą opuszczać rodzinnego gniazda. Wielu z nich płaci za to wysoką cenę – albo usamodzielniają się bardzo późno, albo wcale nie stają się dorośli, nie potrafią radzić sobie z konfliktami i porażkami, wykazują się brakiem wytrwałości i są słabi psychicznie. Rodzice także ponoszą koszty takiego stanu rzeczy – np. przesuwają w czasie decyzję o zweryfikowaniu własnego związku, zmianach w trybie życia wynikających z wieku. 

W mojej ocenie około jednej trzeciej współczesnych rodziców to tzw. rodzice-helikoptery, którzy przez swoją nadopiekuńczość pozbawiają młodych szansy usamodzielnienia się, a siebie – wyjścia z roli rodziców i opiekunów. 

Kiedyś przejście ze świata dzieciństwa w dorosłość było epizodem. Dzisiaj okres tak zwanej młodości zaczyna się bardzo wcześnie i trwa do 25. roku życia albo dłużej. Co spowodowało, że ta faza tak się rozciągnęła?

To jest oczywiście uwarunkowane kulturowo. Z punktu widzenia biologii wraz z pojawieniem się okresu dojrzewania człowiek przechodzi z dzieciństwa w okres młodzieńczy. Ten moment przesunął się w czasie ostatnich 200 lat o około 5–6 lat – okres dzieciństwa znacznie się skrócił i kończy się dziś w krajach Europy przeciętnie w wieku 12,5 roku. Faza młodzieńcza zaczyna się więc stosunkowo wcześnie, ale trwa bardzo długo – m.in. dlatego, że wydłużył się również średni czas edukacji, a jednocześnie pogorszyły się warunki i okoliczności wejścia w życie zawodowe. W efekcie młodzi ludzie coraz później osiągają status dorosłego – a ten w naszej kulturze przyznaje się dopiero osobie, która potrafi zadbać o własny byt [czytaj tekst „iGen: dzieci, które nie chcą dorosnąć”, s. 80]. 

Poza tym ten moment przejściowy często trudno rozpoznać, jest on płynny i niekonkretny, dlatego nierzadko rozróżnienie między młodocianym a dorosłym nie jest proste. Pochodną tego jest często spotykana fascynacja dorosłych światem młodzieży i naśladowanie młodzieńczego stylu życia.

Moi dziadkowie musieli radzić sobie z całą gromadką dzieci, ale nigdy nie narzekali na problemy wychowawcze. Dzisiaj młodzi rodzice często nie radzą sobie z jednym dzieckiem, chociaż zaliczają jeden po dr...

Artykuł jest dostępny dla zalogowanych użytkowników w ramach Otwartego Dostępu.

Jak uzyskać dostęp? Wystarczy, że założysz bezpłatne konto lub zalogujesz się.
Czeka na Ciebie pakiet inspirujących materiałów pokazowych.
Załóż bezpłatne konto Zaloguj się

Przypisy