Dołącz do czytelników
Brak wyników

Style życia , Otwarty dostęp

5 lutego 2019

NR 2 (Luty 2019)

Jestem tą, która otwiera kryptę

169

Żyjemy nie tylko swoim życiem, ale też życiem tych, którzy byli przed nami. Zamiecione pod dywan samobójstwa i niewyjaśnione śmierci, przemoc i rozpacz, której doświadczyli inni, wychodzą w cielesnych dolegliwościach czy w uporczywym poczuciu, że trzeba wracać do tych samych motywów, symboli. Jako pisarka jestem tą, która otwiera kryptę – mówi Joanna Bator.

DAREK KUŹMA: Pod koniec marca do kin wchodzi ekranizacja Pani książki pt. Ciemno, prawie noc. Była Pani zaangażowana w pracę nad filmem?

POLECAMY

JOANNA BATOR: Nie chciałam uczestniczyć w pisaniu scenariusza. Po ukończeniu książki przestaje mnie ona interesować, nie czytam recenzji. Przychodzi moment, kiedy wiem, że to najlepsze, co mogłam zrobić w danym czasie, i koniec, jestem już gdzie indziej. Powracanie do Ciemno, prawie noc po tylu latach było dla mnie artystycznie niemożliwe. Stałam się kimś w rodzaju dobrego ducha scenariusza, który napisali Borys i Magda Lankoszowie. Miałam do nich zaufanie i nie myliłam się, w scenariuszu bohaterowie nie mówią nic, czego nie napisałam.

Kilkakrotnie byłam na planie filmu, w Wałbrzychu. Zagrałam nawet malutką rolę kociary Kocińskiej. Występuję w dwóch scenach, w jednej z nich wydobywam młodą Alicję z jamy, w której leży prawie zamarz­nięta.

Wyciągnięcie bezwładnej, ważącej 27 kilogramów dziewczynki wcale nie było łatwym zadaniem. Powtarzaliśmy scenę kilka razy. Było to dla mnie ciekawe doświadczenie także z tego względu, że swoje życie zawodowe zaczynałam w teatrze. Zanim poszłam na porządne studia, przez rok byłam w trupie teatralnej, myślałam o szkole aktorskiej.

Na planie filmowym mogła Pani zobaczyć i poczuć na własnej skórze świat, który Pani stworzyła…

Pamiętam pierwszą podróż do Wałbrzycha z ekipą. Ludzie od scenografii próbowali mnie nakłonić, bym w przestrzeni realnej miasta wskazała miejsca, które znalazły się w książce. A one wszystkie są produktem mojej wyobraźni: na przykład dom Alicji z widokiem na Zamek Książ. Stwarzam świat, który jest wynikiem jakichś dziecięcych fantazji, przemieszanych z doros­łą wyobraźnią i szczyptą pamięci. 

W pewnym momencie spodobała im się pewna kamienica, weszliśmy tam, a w środku okazało się, że jest dokładnie jak w książce: ten sam zapach, dźwięk ryczącego telewizora za drzwiami. Miejsca wymyślone mogą być bardzo prawdziwe! Pamiętam też niesamowitą zmysłowość świata filmu, to zimno, o którym pisałam w komfortowych warunkach, a które nagle stało się zimnem realnym, szczypiącym w skórę.

Scenariusz filmu skupia się na losach Alicji i transgeneracyjnej traumie, która w jej rodzinie jest przekazywana z pokolenia na pokolenie. A zwiastun filmu sugeruje, że to będzie psychologiczny horror…

Dla mnie „Ciemno, prawie noc” to przede wszystkim okrutna baśń dla doros-­łych we współczesnej scenografii. Opowieść o walce dobra ze złem, także o macierzyństwie jako arenie ścierania się tych dwóch sił, więc nie na różowo. Widziałam film już kilka razy i mnie jego atmosfera kojarzy się na przykład z „Labiryntem fauna”. Jest straszny, zostaje w głowie jak zadra.

W jednym z wywiadów wspomniała Pani, że słowo nie oddaje istoty rzeczy. A obraz? 

Żyjemy w świecie, w którym obraz ma coraz większe znaczenie i w naszej medialnej codzienności wypiera słowo. Już nawet do audycji radiowej trzeba sobie strzelić fotkę z prowadzącym, by stacja mogła to wrzucić na Facebook. Obraz jest bardziej ekspansywny niż słowo, ale może też wzbudzić większy opór odbiorcy, pozostawia mniejsze pole manewru. Słowo bardziej otwiera naszą wyobraźnię.

Nie obawia się Pani, że ta ekspansywność obrazu może sprawić, że o „Ciemno, prawie noc” będzie się niedługo mówiło najpierw w kontekście filmu, a dopiero potem książki?

Nie, dla mnie ta książka należy do przeszłości, zamyka pewien etap mojego życia, wałbrzyską trylogię. Współpraca z Borysem Lankoszem, człowiekiem mądrym i niezwykłym, była dla mnie odmianą, radością.

Dzięki niej mój świat poszerzył się o wspaniałych przyjaciół, jakimi są Borys i Magda Lankoszowie. Pisanie jest samotną profesją i mam czasem potrzebę, żeby zrobić coś z innym artystą, a tym razem chyba się udało. Jestem zadowolona z ekranizacji, aczkolwiek takiego rollercoastera percepcji nie przeżyłam nigdy w życiu.

Książka o powrotach stworzona przez osobę przygotowującą się do powrotu, piszącą o rodzinnym kraju z miejsca oddalonego od niego o tysiące kilometrów. Ciekawe połączenie.

Tak się układa w moim życiu twórczym, że potrafię pisać tylko o miejscach, w których aktualnie nie przebywam. Tworząc Ciemno, prawie noc, wiedziałam, że kończy się nomadyczny okres mojego życia, ale było w tym coś schizofrenicznego. Znad biurka widziałam górę Fudżi, a pisałam o Wałbrzychu. W Japonii czytałam i analizowałam polskie fora internetowe. Myślę, że w moim przypadku dystans jest twórczy, nawet jeśli bywa trudny emocjonalnie. Książkę najbardziej japońską w duchu, Purezento, napisałam w Brazylii. Książka najbardziej „światowa”, Chmurdalia, powstała w dużej części w Polsce. Piaskową Górę, do bólu polską, stworzyłam w Tokio. Może tak jest zdrowiej?

Co jest łatwiejsze, wyjazdy czy powroty? 

Wyjazdy! Nie miałam nigdy problemów z wyjeżdżaniem, opuszczaniem, zamykaniem drzwi. Jestem w tym mistrzynią. Do tej pory, mimo że prowadzę już życie stacjonarne, wraz z nadejściem jesieni odczuwam syndrom ptaka odlatującego do Afryki. 

A powroty? Każdy jest inny, trudny, fakt powrotu nie znaczy, że wszystko nagle stanie się jasne, że wszystko zrozumiemy, że pokonamy ostatecznie potwory przeszłości. To złudzenie, którego już od dawna nie podzielam.

„Poruszałam się po śladach zostawionych przed laty, zdziwiona, że moje stopy ciągle do nich pasują” – czytamy w pierwszym zdaniu Ciemno, prawie noc.

Na ile jest Pani protagonistką Alicji? 

Każda ze stworzonych przeze mnie postaci jest jakąś emanacją mnie. Z Alicją mamy różne biografie, nie zdarzyła mi się nawet maleńka część strasznych rzeczy, które spotkały ją, ale niewykluczone, że za jej pomocą nadałam kształt czemuś, co mi siedzi w głowie, zamieniając to w literacką fikcję. Kiedy tworzę swoje główne bohaterki, lubię dać im coś swojego. Alicji dałam bieganie. Na pewno ma też moją dociekliwość, upór, umiejętność słuchania, skłonność do włażenia tam, gdzie większość osób wolałaby nie wchodzić. 

Ma Pani niezwykły słuch do rytmu i osobl...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy