Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

19 lipca 2016

Jestem częścią wielkiego stada

67

Piszę w gorączce, zapamiętaniu, transie i samotności. Potem szukam ludzi, bo widok tłumu daje mi poczucie euforii. Cieszę się, że są, że jestem częścią tego wielkiego stada - mówi JAN A.P. KACZMAREK, kompozytor muzyki filmowej.


MAGDA BRZEZIŃSKA: – Ile mamy czasu na rozmowę?

JAN A.P. KACZMAREK: – Nie mamy w ogóle czasu, czyli... mamy go bardzo dużo.

Panu się czas rozciąga?

– Czas jest częścią mojej wolności i on rzeczywiście mi się rozciąga. Kiedy wydaje się, że wszystko musi się odbyć według starannie zaplanowanego scenariusza, przeczucie mówi mi: nie! Odwlekam to, co mam zrobić, i nagle pojawia się olśnienie: zadanie, które wykonywałbym przez dwa tygodnie, zabiera mi trzy dni. Dawniej, gdy byłem młodszy, takie odwlekanie wiązało się z pewnym napięciem, bo nie dowierzałem własnemu przeczuciu i bałem się, że odwlekając zajęcie marnuję czas i nic dobrego w tym czekaniu nie wydarzy się. Teraz jestem bardziej ufny, wierzę w mądrość czasu. Dostrzegam jego nielinearność – niekiedy wskazówki zegara nie tylko chodzą z lewej ku prawej, ale też zapadają się w środek. Czuję to, gdy wydarza się coś nieoczekiwanego. Odbywam wtedy podróż w głąb czasu, a nie tylko zgodnie z ruchem wskazówek zegara.

Jest Pan synestetykiem – jak Liszt, Rimski-Korsakow, Messiaen. Widzi Pan dźwięki, słyszy Pan obrazy? Muzyka jest dla Pana sensualna, ma zapach, teksturę, kolor?
– Zmysły są dla mnie bardzo ważne podczas komponowania. Oczywiście podlegam emocjom, moja twórczość to reakcja na bodźce zmysłowe. Wstaję rano: pięknie pachnie, śpiewają ptaki i... nagle coś się otwiera. Otwiera się muzyka w głowie. Taka chwila euforii trwa czasami godzinę, dwie, czasami piętnaście minut, a potem się zamyka. Te euforyczne momenty są bazą dla utworu. To wtedy powstaje esencja mojej muzyki – harmonia, melodia, rytm. A struktura, budowa utworu to już jest efekt późniejszych przemyśleń. Punktem wyjścia jest zawsze euforia i instynkt.

A efektem – ulga? Beethoven w filmie „Kopia mistrza” opowiada swojej kopistce, że jego głowa jest tak wypełniona dźwiękami, że wyrzucenie ich z siebie na papier nutowy daje mu ukojenie.
– Wszystko co najlepsze pisze się w gorączce, w zapamiętaniu, transie. Ja tak to przeżywam. Pisząc, nie uspokajam się, przeciwnie – przestaję pisać, gdy czuję spokój. W moim mózgu chyba wydziela się jakaś substancja odpowiedzialna za ten ruch idei. Gdy nie ma tej substancji, to ja przestaję być kompozytorem. Staję się kimś innym, na przykład dyskutantem,
jak teraz.

Filmowy Beethoven mówi też o swojej relacji z Bogiem w akcie komponowania: „Wszechmogący i ja jesteśmy niczym dwa niedźwiedzie w ślepej uliczce. Warczące, tarzające się. Nikt nie ma odwagi zbliżyć się do nas”. Zna Pan to uczucie?

– Ja nigdy nie mierzę się z absolutem. Z całą skromnością otwieram się na to, co przychodzi z tej tajemniczej siły. To ona decyduje, że dany moment jest momentem tworzenia. Mierzenie się z Bogiem to jest idea romantyczna. Ja mam do romantyzmu coraz bardziej sceptyczny stosunek. Nie do romantyzmu jako pewnego świata emocji, bo te są mi bardzo bliskie i sam jako artysta nie wyzwolę się z emocji, uważam je za źródło swojej siły... Odrzucam romantyzm jako sposób funkcjonowania społeczeństwa. O ile jednostka, a w szczególności artysta, może bezkarnie wpadać w uniesienia romantyczne, o tyle społeczeństwo zmierza tą drogą z reguły ku zgubie, ponieważ zamiast rozsądnych praktycznych rozwiązań, wybiera rozwiązania tragiczne.

W filmie „The Visitor” z Pana muzyką są genialne sceny odnajdywania rytmu własnego życia, potrzeb. Bohater odchodzi od konwenansu, przestaje stukać żmudnie i bez satysfakcji w klawisze fortepianu i odkrywa... bęben, który wprowadza w jego życie energię.

– Każdy z nas uczy się konwenansu. Społeczeństwo nas do tego zmusza już w szkole czy przedszkolu i albo to akceptujemy, albo odrzucamy. Ja zawsze miałem w sobie takie napięcie: z jednej strony chciałem być dobrym uczniem i grzecznym chłopcem, ale z drugiej strony odrzucałem szkolne konwenanse. Wydaje mi się, że teraz przechodzę dużą zmianę. Fascynują mnie rzeczy, które są daleko od muzyki – to, co się dzieje ze społeczeństwem, polityka jako teren obserwacji ewolucji społeczeństwa. Interesuje mnie świat jako naczynie, w którym dużo się dzieje, gdzie są ogromne napięcia, ale również jako miejsce, którego trzeba się ciągle uczyć.

Podobno ma Pan niesamowitą intuicję. Rzeczywiście ufa Pan swoim przeczuciom? Przecież to takie romantyczne...
– Przeczucia i romantyzm to dwie różne sprawy. Przeczucie, instynkt to jest moje podstawowe narzędzie.

Nie zawiódł się Pan na nich?
– Pewnie tak, ale nie chcę o tym pamiętać. Generalnie przeczucie mnie nie zawodzi. Czasami, gdy odczuwam silną emocję negatywną w związku z jakimś zadaniem i instynkt podpowiada mi, by tego nie robić, a ja mimo to brnę w to, wtedy się mylę. Niekiedy udaje mi się zmierzyć z tym, co instynktownie wydaje się negatywne, ale wymaga to niebywałych sił i środków. Czasami poznawałem ludzi, których instynktownie chciałem odrzucić, ale ta druga część umysłu mówiła mi: nie, to jest wyzwanie, ten kontakt będzie trudny, ale nie możesz wybierać tylko komfortowych związków, które przebiegają łatwo. Wygląda na to, że mam w sobie ciekawość wchodzenia w świat konfliktu wewnętrznego...

Dobrze się Pan czuje w takich ambiwalentnych sytuacjach, kiedy jedna strona mówi zrób tak, a druga – może niekoniecznie?
– Staram się szybko decydować, nie dopuszczać do długich stanów wahania. Trenuję na sobie, żeby ten moment był jak najkrótszy. Staram się iść za impulsem, przeczuciem. Przy czym ważne jest, by się nie napinać. Przeczucie przychodzi w sytuacji czystej, nie można chcieć przeczucia, wywołać go, ono musi samo przyjść. Kieruję się nim, podejmując większość moich decyzji, bo przecież gdy oglądam film po pierwszym montażu, to jeszcze bardzo wiele pozostaje tajemnicą. Często wydaje się, że nic z tego nie będzie, a przeczucie mówi mi: ten obraz ma wartość, trzeba się w to zaangażować. I potem okazuje się, że miałem rację – film czy projekt, w który wchodziłem, ewoluował w fantastycznym kierunku.

Podkreśla Pan rolę przeznaczenia w Pana drodze życiowej i zawodowej. A ta niesamowita walka o to, by producenci „Marzyciela” Panu powierzyli skomponowanie muzyki do tego filmu? Mógł Pan przecież odpuścić i zdać się na los...

– Moim przeznaczeniem było wtedy zawalczyć o „Marzyciela”. To był impuls. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie walczyłem tak bardzo o żaden film. Podjąłem bardzo niekonwencjonalny wysiłek: nagranie utworu z orkiestrą symfoniczną i chórem, sfinansowanie tego – to był wysoki poziom zaangażowania i ryzyka. Jeżeli tak mocno deklarujemy swoje zaangażowanie, to odrzucenie jest podwójnie bolesne.

Odsłonił się Pan na to ryzyko, na możliwe podwójnie bolesne „nie”...

– Tak, bo myślę, że budowanie w sobie odwagi jest ważne. Tego właśnie nauczyła mnie Ameryka: postawy „pokaż, że ci zależy”. Nie wiem, jak jest teraz w Polsce, ale przed moją emigracją obowiązywała zasada, że nie pokazuje się, jak bardzo nam na czymś zależy, tylko raczej kulturalnie: nie narzucaj się, poczekaj, może sami wybiorą.
Dziś podstawowym wyzwaniem dla artysty jest to, jak zachować tożsamość, czyli być sobą, a jednocześnie funkcjonować na rynku. Światem filmu zarządzają duże organizacje, które wymuszają pewien rodzaj stylu od muzyka, aby – w ich pojęciu – zwiększyć sprzedaż. W związku z tym młody człowiek ma do wyboru kopiować wzory, które są w tej chwili w dystrybucji i są uważane za egzemplifikację sukcesu, lub zachować własny język i być oryginalnym, ryzykując, że zostanie odrzucony. M...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy