Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

4 stycznia 2018

Ja chcę to teraz!

25

Rodzice czują się odpowiedzialni za dzieci, chcą je uchronić przed najmniejszymi trudnościami. W ten sposób jednak okradają swoje dzieci z możliwości rozwijania najważniejszych umiejętności.

DARIA GRABDA: Czy ma Pani na koncie jakąś rodzicielsko-wychowawczą wpadkę?
AMY MCCREADY: Oczywiście! Chyba nie ma rodziców, którym udało się wychować dziecko, nie popełniając żadnego błędu. Wszyscy rodzice doświadczyli sytuacji, o których woleliby zapomnieć. Ja wciąż pamiętam, jak toczyłam zażartą walkę o prace domowe z moim synem, który chodził wówczas do czwartej klasy. W pewnym momencie w tej próbie charakterów wzięła górę frustracja i powiedziałam: „Dobrze! Nie odrabiaj swojej pracy domowej!”. Mało tego, przedarłam na pół kartę, na której znajdowała się jego praca domowa. Musiałam później, zawstydzona, wziąć odpowiedzialność za swoje działania i wyjaśnić nauczycielce, dlaczego praca domowa mojego syna została przedarta na pół. Nigdy tego nie zapomnę, mój syn chyba też. Na szczęście dziś się z tego śmiejemy. Chwile słabości sprawiają, że zastanawiamy się, jakimi jesteśmy rodzicami, i chcemy być lepszymi. Uczenie rodziców umiejętności i strategii, dzięki którym mogą poradzić sobie w trudnych momentach wychowawczych bez zastraszania, gniewu i frustracji, jest pasjonujące.

Pisze Pani, że jednym z głównych problemów, z jakimi obecnie borykają się rodzice, jest epi[-]demia przywilejów. Skąd się ona bierze i dlaczego jest tak niebezpieczna?
Dziecięce przywileje nie są prawdziwą chorobą, ale wydaje mi się, że w ciągu ostatnich dziesięcioleci zjawisko to przybrało już rozmiary epidemii. Jest wiele czynników, które doprowadziły do tej sytuacji – technologie, media społecznościowe czy presja rówieśników. Najbardziej do epidemii przywilejów przyczynia się jednak nadopiekuńczość rodziców – nadmierne pobłażanie, nadmierne chronienie, nadmierne rozpieszczanie, nadmierne chwalenie. Rodzice wychodzą ze skóry, by sprostać wszelkim potrzebom swoich dzieci. Dodajmy do tego nadmierne inwestowanie w szczęście, wygodę i sukcesy dziecka – i mamy przepis na epidemię przywilejów.

Wielu rodziców staje na głowie, by przychylić swojemu dziecku nieba...
Rodzice czują się tak bardzo odpowiedzialni za dzieci, że chcą je uchronić przed najmniejszymi trudnościami. W ten sposób jednak okradają swoje dzieci z możliwości rozwijania najważniejszych umiejętności, takich jak: podejmowanie decyzji, uczenie się na błędach czy rozwijanie odporności, która pomaga radzić sobie z upadkami i błędami. Chociaż rodzicami kieruje miłość do dziecka, to rodzicielska nadopiekuńczość i postawa, jaką zaszczepiają w dzieciach – że mogą uzyskać to, czego chcą, kiedy chcą, i to bez wysiłku – sprawia, że mogą one mieć wiele trudności jako dorośli.

Czy to oznacza, że powinniśmy pozwolić dzieciom doświadczać konsekwencji ich działań i wyborów?
Dokładnie tak. „Mogę zrobić, cokolwiek zechcę” jest znakiem rozpoznawczym pokolenia nadmiaru. Dzieci dorastają chronione przez rodziców przed konsekwencjami swoich złych wyborów. Trzeba pamiętać, że konsekwencje – duże czy małe – są szansą nauki. Jeśli rano dziecko będzie się guzdrało, to spóźni się na autobus. Jeśli odmówi jedzenia, będzie głodne. Jeśli zostawi pracę domową na biurku, dostanie złą ocenę za jej brak. Dom jest bezpiecznym miejscem, gdzie można uczyć się konsekwencji podejmowanych przez siebie wyborów i działań. Kiedy dziecko podejmie złą decyzję i doświadczy jej negatywnych skutków, będzie to dla niego dobra lekcja. Następnym razem zastanowi się i dokona lepszego wyboru. Stosowanie naturalnych i logicznych konsekwencji pozwala dziecku na uczenie się podejmowania dobrych decyzji w dorosłym życiu, bez ingerencji rodzica.

Czego dziecko potrzebuje od rodzica?
Trzech rzeczy: wspólnie spędzanego czasu, bezwarunkowej miłości i akceptacji. Żeby rodzice mogli zaspokoić te potrzeby dziecka, proponuję im skorzystanie z narzędzia, które nazwałam „Czasem umysłu, ciała i duszy” [z ang. Mind, Body and Soul Time, MBST, przyp. red.]. Metoda ta polega na tym, że rodzic spędza 10–15 minut tylko z dzieckiem i robią wspólnie to, co dziecku sprawia przyjemność. W tym czasie nie musi ono walczyć o uwagę rodzica ani konkurować z rodzeństwem, z pracą czy z urządzeniami mobilnymi – telefonem, komputerem. Metoda wzmacnia poczucie przynależności dziecka do rodziny i pozwala „uzupełnić” koszyk z jego potrzebami. Jeśli codziennie poświęcisz trochę czasu, by nawiązać kontakt emocjonalny z dzieckiem i zainteresujesz się jego światem, wasze relacje na pewno się poprawią. Gdy dziecko nie musi walczyć o uwagę rodzica, zyskuje ją w pozytywny sposób, rzadziej zwraca się w stronę negatywnych metod, takich jak marudzenie czy negocjowanie. Po dwóch, trzech dniach stosowania tej metody rodzice zauważają zmianę i są zachwyceni tym, że negatywne zachowania znikają.

W książce „Epidemia egoizmu” opisuje Pani wiele narzędzi, które mogą pomóc w wychowaniu odpowiedzialnego, kompetentnego i odczuwającego wdzięczność dziecka. Które według Pani są najważniejsze?
Jedną z ważniejszych metod jest tworzenie środowiska sprzyjającego podejmowaniu decyzji przez dziecko. Uczę rodziców, by każdego dnia dawali dziecku możliwość wyboru, oczywiście uwzględniając przy tym jego wiek. Kiedy dzieci regularnie podejmują decyzje, zdobywają poczucie kontroli nad własnym życiem i uczą się, że mogą oddziaływać na świat. To sprawia, że czują się bardziej kompetentne i odpowiedzialne, a jednocześnie uczą się podejmowania decyzji – umiejęt...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy