Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

I SKRZYWDZENI, I NAZNACZENI

127

Nazwanie dzieci wykorzystywanych seksualnie „ofiarami” naznacza je, skłania też do przyjęcia takiej roli. To zaś wpływa na ich nastawienie do siebie i świata, na ich poczucie wartości i znacznie utrudnia radzenie sobie ze stresem.

W Poznaniu – moim rodzinnym mieście – przed rokiem wyszło na jaw długoletnie wykorzystywanie seksualne dzieci przez człowieka mającego wobec nich szczególne zobowiązania. Zdarzenie tej miary skupia uwagę, budzi żywe emocje i, co ważniejsze, staje się źródłem poważnych konfliktów, od których nie ma ucieczki.

Tuż po ujawnieniu całej sprawy wszystkim, którzy szybciej niż inni dysponowali pewną wiedzą o zdarzeniu, towarzyszyło pytanie: czy w imię obrony takich wartości, jak sprawiedliwość i zdrowie, można (a nawet trzeba) poświęcić intymność i autonomię człowieka? Jeśli tak, to publiczną własnością stają się informacje o ofiarach i ich życiu; jeśli nie, to krzywda wyrządzona ofierze nie zostaje przerwana, lub też próby jej przerwania nie są skuteczne. Dziennikarze wybrali skuteczność.

Podzielam ten wybór, choć nie tracę z pola widzenia jego kosztów. Każdy, kto choć trochę zajmuje się problematyką wykorzystania seksualnego, rozumie, że aktywność seksualna proponowana dziecku przez dorosłego niesie ze sobą ryzyko stygmatyzacji ofiary i zaburzeń jej rozwoju seksualnego. Broniąc pokrzywdzonych, trzeba liczyć się z faktem, że nazywanie ich „ofiarami” jest równocześnie naznaczeniem. Przyjęcie roli ofiary zmienić może nastawienie do siebie i świata, wpłynąć na poczucie wartości i obniżyć zasoby potrzebne do radzenia sobie ze stresem.

Kolejny konflikt wartości dał o sobie znać przy okazji ujawnienia następnej informacji istotnej dla dalszego biegu sprawy, tzn. dla losów ofiar, sprawcy i postępowania sądowego. Czytelnicy gazet dowiedzieli się o groźnej, nieuleczalnej chorobie człowieka oskarżonego o sprawstwo. Wiele osób publicznie wypowiedziało swoje zdanie na temat dóbr, które należy w takim wypadku chronić. Nie śledziłam rozkładu głosów, jednak wydaje mi się, że liczba zwolenników ochrony tajemnicy lekarskiej nie różniła się zbytnio od liczby zwolenników ochrony zdrowia ofiar. Argumenty podkreślające wyższość jednych dóbr nad drugimi odwoływały się do uzasadnień aksjologicznych, pragmatycznych i emocjonalnych. Jednak ich ocenianie nie posuwa ani o krok dyskusji nad wagą wyboru i jego treścią. To, nad czym warto się zastanowić, to pewnego rodzaju nieuchronność straty. Tak jak w stanie wyższej konieczności konflikt między istotnymi wartościami może być rozwiązany wyłącznie przez naruszenie jednej wartości dla ratowania drugiej, tak w przypadku wykorzystania seksualnego ochrona jednych dóbr wymaga poświęcenia innych. Jeśli wybierający zdecydowaliby się chronić dobro ofiar i odmówić chronienia dóbr sprawcy, to przekreśliliby jedno z fundamentalnych praw chorego – zaufanie do lekarza. Gdyby uczynili odwrotnie, sprzeniewierzyliby się innemu fundamentalnemu prawu – zaufaniu dziecka do dorosłego. Tu nie chodzi o znalezienie takiego rozwiązania, które ochroni wszystkie ważne i kolidujące ze sobą wartości, bo ono nie istnieje. Tu chodzi o świadomy wybór, wraz z akceptacją wszystkich jego negatywnych konsekwencji. Znajomość motywów wyboru nie eliminuje dylematu, ale uświadamia go i przez to czyni być może mniej kosztownym.

Opowiedzenie się po stronie ofiary (co, przyznaję, jest zgodne i z moją opcją) musi oznaczać jednak rzeczywiste, a nie spektakularne działanie dla jej dobra. Dobór treści przekazywanych do wiadomości ogółu, sposób narracji, a zwłaszcza manipulowanie emocjami czytelników najlepiej weryfikują prawdziwe intencje autorów tekstów i wystąpień. Ofiarom potrzebne są obrona i wsparcie, bo one najlepiej służą odbudowie zaufania, a nie e...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy