Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

GRY I MANEWRY

0 272

Nie pokażę wam mojego prawdziwego „ja” - to gra prowadzona przez kogoś niejako globalnie, z całym światem i z sobą samym.Grają zwierzęta i ludzie. Grą jest handel, proces sądowy, polityka czy wojna. W co grają pacjenci i terapeuci, zastanawia się JAROSŁAW JAGIEŁA.

Niektórzy twierdzą, że wszystko, co łączy ludzi, jest swoistą grą: kupowanie i sprzedawanie, reklama i marketing, relacje w pracy i w szkole, zawody sportowe i procesy sądowe, także wojny, no i oczywiście polityka. Psychopatologia i psychoterapia są tymi dziedzinami, w których dużą rolę odgrywają gry psychologiczne, jakie ludzie prowadzą między sobą. Można powiedzieć, że są to pewnego rodzaju manewry obronne służące przetrwaniu w nowych, zmienionych okolicznościach oraz w nowej dla pacjenta relacji. Gra może też być procesem przeniesieniowym (przeniesieniem nazywamy w psychoterapii proces najczęściej nieświadomego obdarzania terapeuty cechami, myślami, emocjami, postawami itp. – związanymi z ważnymi kiedyś dla pacjenta osobami, np. z ojcem). W prawidłowo prowadzonej psychoterapii liczba gier z czasem maleje.

Rodzaj gier zależy od typu zaburzeń. Na przykład pacjenci z nerwicami podejmują gry, które umownie można nazwać „żeby tak się nie bać”. Z kolei ci o zaburzeniach głębszych niż nerwicowe podejmują bardzo wyraźnie gry zwane „nie pokażę wam mojego prawdziwego »ja«”. Te gry są znacznie poważniejsze w sensie psychologicznym i prowadzone przez pacjenta niejako globalnie, z całym światem i z sobą samym. Posłużę się tu pewną własną obserwacją. Gdy odbywałem staż kliniczny w psychiatrycznym oddziale młodzieżowym jednego z dużych szpitali, część młodocianych pacjentów wyraźnie wykazywała zaburzenia psychotyczne. W pewnym momencie pojawili się na oddziale studenci odbywający praktyki. Niemal z dnia na dzień oddział – rzec by można – „znormalniał”. Na przykład jedna z dziewczyn, którą wcześniej trudno było zmusić do jakiejkolwiek samoobsługi (porządki, higiena itp.), tuż przed przyjściem studentów sama się myła i starannie czesała włosy. Zadawaliśmy sobie oczywiste pytanie: kiedy gra inną niż jest – teraz czy wcześniej? Z kim tę grę prowadzi: z sobą czy z otoczeniem?

Psychoterapeuta musi rozpoznawać gry psychologiczne pacjentów i głęboko rozumieć mechanizmy, jakie rządzą tego rodzaju relacjami. Terapeuta może nieświadomie sam takie gry uruchamiać. On również żyje w realnym świecie, przeżywa swoje niespełnienia, dźwiga bagaż życiowych urazów, deficytów, konfliktów, własnych dobrych i złych doświadczeń. Może więc być nie do końca świadomym inicjatorem psychologicznych gier z pacjentem, w których pragnie uzyskać na przykład podziw czy potwierdzenie własnych wyborów. Jedną z takich grup gier Anna Suchańska nazwała „ratowniczymi”. Pojawiają się wówczas, gdy terapeuta – zamiast czerpać przyjemność z samego niesienia pomocy drugiemu człowiekowi – zaczyna realizować własne ukryte cele emocjonalne. Trudno zaprzeczyć, że wejście w rolę udzielającego pomocy dostarcza czasem przekonania o własnej wyższości i dominacji. Pozwala też uniknąć przykrego stanu zależności, podporządkowania czy bezsilności. W wyniku takiej gry specjalista odmawia pacjentowi prawa do decydowania o sobie. W grze ratunkowej psychologiczne korzyści odnosi terapeuta, a nie pacjent, który często pozostaje w poczuciu niższości, niemocy i nierozwiązywalności jego problemu. Najlepszym sposobem uniknięcia gier przez psychoterapeutę są tzw. zajęcia superwizyjne, w czasie których prezentuje on prowadzone przypadki i omawia je z gronem innych terapeutów.

Warto sobie uświadomić, że – paradoksalnie – na całą psychoterapię można spojrzeć jako na pewien rodzaj „gry” między terapeutą a pacjentem. Posłużę się cytatem z książki Johnsona: „Terapeuta musi być jak tenisista, który – choć porwany i zaangażowany w grę – nigdy nie zapomina, że gra. Taki terapeuta zdaje sobie sprawę z tego, że życie pacjenta jest ostatecznie w rękach pacjenta. Wykonuje swą pracę, bierze udział w grze, lecz sprawę rezultatu pozostawia otwartą. Wystarczająco dobrze zna grę, by wiedzieć, kiedy zagrał dobrze, i jest wystarczająco swobodny, by odbierać informację zwrotną, pozytywną czy negatywną”. Wraz ze zdobywaniem coraz większego doświadczenia zawodowego psychoterapeuta zauważa również, że nie wszystkie „piłki” podawane przez pacjenta są warte odebrania – po prostu nie podbiega do nich.

Osobiście dostrzegam w grach psychologicznych między ludźmi jeszcze coś, co trudno jednoznacznie określić – jakiś dziwny i tajemniczy aspekt diaboliczny. Nie jestem w tym odosobniony. Zacytuję raz jeszcze Johnsona: „Kiedy spotykam się z problemem utrzymującym się uporczywie pomimo leczenia, mam względną pewność, że działają tu demoniczne moce i że mnie oraz mojemu klientowi nie pozostaje nic innego, jak zidentyfikowanie demonicznej radości związanej z realizowaniem powtarzającego się wzorca”. Dodam tylko, że jako terapeuta tylko w dwóch przypadkach doświadczam subtelnego, lecz wyraźnego „zapachu siarki”: gdy mam do czynienia z wykorzystaniem seksualnym dziecka i gdy charakterystyczny diaboliczny uśmieszek satysfakcji towarzyszy relacji o smutnym zdarzeniu.

Nie tylko człowiek prowadzi gry. Niektórzy twierdzą nawet, że zwierzęta „grały”, zanim na Ziemi pojawił się homo sapiens. Konflikty między zwierzętami to najczęściej rywalizacja o samice lub sporne terytorium. Zanim jednak dojdzie do bezpośredniej walki, rozpoczyna się bogata w znaczenia gra, polegająca na demonstrowaniu własnej siły i szacowaniu wartości przeciwnika. To najczęściej wystarczy, by zrejterować albo walczyć. Znamienne, że wśród zwierząt stosunkowo rzadko dochodzi do krwawych zakończeń konfliktów. Swoista „gra pozorów” poprzedzająca konflikt służy więc przetrwaniu i nie naraża n...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy