Dołącz do czytelników
Brak wyników

Mózg i umysł , Laboratorium

5 lutego 2016

Efekty afektu

23

Radość, strach, zawstydzenie, czasem poczucie winy – ludzie budzą w nas różne emocje. Niekiedy nawet nie podejrzewamy, że robią to celowo, by nas rozhuśtać, wyprowadzić z równowagi i w ten sposób uzyskać od nas to, co chcą.

To był pierwszy rok mojej pracy na uczelni. Nadeszły ostatnie zajęcia, na których tradycyjnie wpisuje się zaliczenia. Pojawiają się wtedy także osoby, które mają jakieś zaległości. Tak było i tym razem. Pod koniec zajęć podeszła do mnie studentka, która musiała zdać materiał z całego semestru. Towarzyszył jej młody mężczyzna, co wzbudziło we mnie pewien niepokój. Studentka spojrzała mi w oczy i powiedziała: „Proszę pana. Będę z panem szczera. Ja nic nie umiem, ale przyprowadziłam męża, który się tego wszystkiego nauczył. I może to za mnie zdać”. Nie należę do osób przesadnie nerwowych, ale poczułem, że za chwilę wybuchnę. Zapytałem jeszcze: „Czy pani mąż napisze też za panią pracę magisterską?”. I usłyszałem: „Oczywiście”. Co miałem robić? Nie pozostało mi nic innego, jak... wpisać bezczelnej studentce trójkę i zakończyć całą tę żenującą dla mnie sytuację. Dopiero po kilku minutach zastanowiłem się, co właściwie zrobiłem. Co zdecydowało o pomyślnym (dla studentki) zakończeniu całej sprawy. Odpowiedź nasuwała się sama: powodem były moje emocje.


Pobudzeni do uległości
W wielu badaniach sprawdzano, jaka jest rola emocji w procesie wywierania wpływu społecznego. Ciekawe eksperymenty prowadził pół wieku temu amerykański psycholog społeczny John Back. Podobnie jak w eksperymencie Solomona Ascha nad konformizmem, badani oceniali długość linii, słysząc zarazem, że pozostali członkowie grupy wyrażają opinie niezgodne z tym, co widzą badani. Back kontrolował przy tym poziom ich pobudzenia fizjologicznego. I wykazał, że osoby będące już na wstępie badania w stanie silnego pobudzenia (tak jak ja po butnym oświadczeniu studentki), były znacznie bardziej skłonne do konformizmu niż te, które nie doświadczały pobudzenia. Nasuwa się pytanie: co sprawia, że osoby pobudzone emocjonalnie częściej okazują się skłonne do uległości?
Interesującą odpowiedź daje Vera Corfield, emerytowana profesor psychologii z University of Calgary. Twierdzi ona, że sytuacja, w której ktoś nas o coś prosi lub w inny sposób stara się zmusić nas do spełnienia swych oczekiwań, podwyższa nasze pobudzenie emocjonalne. Powody tego mogą być różne – prośba może być dla nas trudna do spełnienia, osoba, która prosi, może się nam wydać podejrzana, a cała sytuacja krępująca itd. Jeśli takie okoliczności „nałożą się” na już występujące pobudzenie, to może się okazać, że jedynym pragnieniem osoby poddanej tym silnym (i nieprzyjemnym) emocjom jest chęć ich zredukowania, uspokojenie całej sytuacji. A jak można zrobić to najprościej? Oczywiście – zgadzając się na czyjąś prośbę. Niezgoda bowiem mogłaby spowodować kolejne nieprzyjemne emocje.


Zgoda przy drzwiach toalety
Potwierdzeniem tej teorii wydają się być badania prowadzone przez Arnie Canna, profesora psychologii w University of North Carolina w Charlotte i J.G. Blackweldera. Badacze ci prosili studentów, by zanieśli notatki koledze do innego budynku uniwersyteckiego. Prośbę uzasadnili tak: „bo bardzo się spieszę, a mój kolega czeka”. Argument wydaje się dość banalny – czy to nasza sprawa, że ktoś nie potrafi zorganizować sobie należycie czasu? Jednak w pewnych warunkach aż 80 proc. badanych zgodziło się zanieść czyjeś notatki. W jakich? Gdy prośbę składano im przy... drzwiach toalety. Paradoksalnie, właśnie wtedy, gdy – jak można przypuszczać – osoby raczej się spieszyły, najczęściej były uległe. Autorzy badania wyjaśniają to szczególnym charakterem tego przybytku. W toalecie potrzebujemy intymności. Kontakt z kimś w tym miejscu rodzi w nas negatywne pobudzenie. Najlepiej zatem szybko go zakończyć – zgadzając się na czyjąś prośbę.


Wygrani nie pamiętają
A co się stanie, gdy wpływ na nas wywiera nie realny człowiek, lecz reklama telewizyjna? Czy przeżywane przez nas emocje uczynią nas bardziej podatnymi? Mark Pavelchak, John Antil i James Munch, psychologowie z Department of Business Administration University of Delaware postanowili to sprawdzić. Badanie miało miejsce dzień po finałach Super Bowl XX. Podczas tego meczu spotkały się drużyny Chicago Bears oraz New England Patriots. Wygrały chicagowskie Niedźwiedzie 46 do 10. Wynik meczu nie jest bez znaczenia. Autorzy badania założyli, że wśród kibiców oglądających mecz można wyodrębnić trzy grupy. Pierwsza to kibice drużyny wygrywającej (czyli przede wszystkim mieszkańcy Chicago), druga to fani zespołu przegrywającego (a zatem głównie mieszkańcy Bostonu). Pavelchak, Antil i Munch wyróżnili także grupę neutralnych widzów – czyli tych, których miejsce zamieszkania nie skłaniało jednoznacznie do kibicowania jednej z drużyn (jako tę swoistą grupę kontrolną potraktowano mieszkańców Filadelfii). Dzień po finałach Super Bowl mieszkańców tych trzech miast poproszono o wypełnienie kwestionariuszy. Sprawdzano w nich między innymi to, czy badani rzeczywiście oglądali finały ligi futbolowej, czy kibicowali swoim drużynom oraz czy w trakcie transmisji występowały u nich objawy pobudzenia emocjonalnego. Okazało się, że grupa mieszkańców Filadelfii rzeczywiście pozostała neutralna, czyli oglądała mecz, nie będąc jednocześnie ani za, ani przeciw którejś z drużyn.
Tu dochodzimy do interesującej badaczy kwestii. Uczestników eksperymentu proszono, by przypomnieli sobie jak najwięcej reklam, jakie prezentowano w trakcie Super Bowl. Wyniki badania pokazały, że najlepiej zapamiętali reklamy widzowie neutralni, niekibicujący żadnej ze stron. Znacznie gorzej pod tym względem wypadli kibice drużyny przegranej. Najgorzej zapamiętywali reklamy ci, których sympatia była po stronie wygrywających. Badacze tłumaczą zaistniałe różnice silnymi emocjami, jakich doświadcza kibic, którego drużyna właśnie...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy