Dołącz do czytelników
Brak wyników

Zdrowie i choroby , Praktycznie

26 lutego 2018

Efekt dziurawca i siła botoksu

38

Nasz umysł to ogromne laboratorium. Korzystając z niego, dzięki starannej obserwacji odkryjemy w sobie wiele niezwykłych rzeczy; może się też nam udać znaleźć rozwiązanie wielu ważnych problemów. Jednym z nich jest kwestia regulacji naszego samopoczucia.

Pamiętam wyraźnie, kiedy po raz pierwszy uświadomiłem sobie, że to, co robię, może wpływać na mój nastrój. Było to wiele lat temu, pewnego poranka w centrum Johannesburga. Miałem wtedy kilkanaście lat i nagle, bez żadnej widocznej przyczyny, pomimo pięknego dnia ogarnął mnie ponury nastrój. Pod wpływem impulsu kupiłem jabłko, egzemplarz czasopisma „Mad” i wróciłem autobusem do domu. Gdy samochód powoli podążał krętą, dobrze znaną mi drogą, zagłębiłem się w lekturze czasopisma, gryząc jabłko – i wkrótce poczułem się dużo lepiej.

Do dziś nie wiem, dlaczego. Być może sprawił to kwaśno-słodki smak owocu, zawarty w nim cukier, bezczelne rysunki w czasopiśmie albo widok precyzyjnie przystrzyżonych ogrodów, które mogłem podziwiać z górnego piętra autobusu. Gdy dojechałem do domu, byłem już w znakomitym nastroju. Przy okazji dokonałem pewnego odkrycia: przekonałem się, że mogę wpływać na swój nastrój, zmieniając zachowanie.

***

Kilka lat później, wkrótce po ślubie, odkryłem, że mój nastrój równie łatwo może ulec pogorszeniu. Zacząłem wówczas uprawiać jogę i w każdą niedzielę rano wykonywałem ćwiczenia; przeszkadzał mi jednak refluks, który pojawiał się, gdy stawałem na głowie. Lekarz przepisał mi wówczas lek o nazwie metoklopramid (do dziś stosowany w terapii). Wziąłem jedną pigułkę i przez kolejne kilka godzin ogarniało mnie narastające przygnębienie. Świat wydawał mi się pusty, przyszłość bezbarwna i nijaka.

Uczucie to uznałem za całkowicie bezzasadne, gdyż kłóciło się ono z moją sytuacją życiową. Świeżo po ślubie, czułem się wówczas – ogólnie rzecz biorąc – szczęśliwszy niż kiedykolwiek. Podejrzewałem zatem, że ów gwałtowny przypływ smutku był skutkiem działania leku. Ale czy na pewno? Jeśli rzeczywiście to lek spowodował mój stan, jak długo będzie on trwał? Na myśl o tym, że nie uwolnię się od tego przerażającego stanu psychicznego, niemal zacząłem płakać. Na szczęście ponury nastrój ustąpił i po kilku godzinach znowu byłem sobą.

Częściowo powodowany naukową ciekawością, a częściowo dlatego, że nie chciałem zrezygnować z leku, który usuwał refluks, postanowiłem raz jeszcze spróbować go zażyć. Uczyniłem to w następną niedzielę, podobnie jak za pierwszym razem przed rozpoczęciem ćwiczeń. Tym razem oczekiwałem zmiany mojego stanu emocjonalnego, która rzeczywiście nastąpiła. Odczuwałem spowolnienie, zaćmienie i pustkę, jednak już nie dręczyło mnie przygnębienie. Powiedziałem sobie, że to tylko skutki działania leku, które wkrótce miną. Zrezygnowałem z jogi, przesypiając czas przeznaczony na ćwiczenia.
Doświadczenie to nauczyło mnie kilku rzeczy. Po pierwsze, dowiedziałem się, że preparaty chemiczne mogą wywoływać depresję, po drugie, że ludzie różnie reagują na te same leki, po trzecie, że depresja może minąć; wreszcie uświadomiłem też sobie, że świadomość, iż nasz nastrój czy złe samopoczucie wywołane są przemijającym działaniem środka chemicznego, łagodzi skutki tego działania. Wszystkie te informacje okazały się pomocne w mojej późniejszej praktyce lekarskiej.

***

Nieraz zachęcam moich znajomych i pacjentów, by starali się poznać, co i w jaki sposób powoduje u nich pogorszenie samopoczucia, gdyż dzięki temu mogą nauczyć się w prosty i skuteczny sposób zapobiegać podobnym stanom – wystarczy unikać wywołujących je czynników. Jedna z moich znajomych stwierdziła na przykład u siebie alergię na gluten zawarty w produktach zbożowych. Zaczęła przed naszymi wspólnymi lunchami informować o tym kelnerów, dzięki czemu mogliśmy miło, bez żadnych nieprzyjemnych wrażeń wspólnie spędzać czas. Ja i mój przyjaciel Tom cierpimy na alergię na pył drewniany. Pamiętam, jak kiedyś weszliśmy na lunch do restauracji, a ja zorientowałem się, że jeśli tam zostanę, zachoruję. Nasze żony przyjęły ze zrozumieniem decyzję o zmianie lokalu.

Bardzo wiele rzeczy może nam zaszkodzić na różne sposoby: toksyczne chemikalia, toksyczni ludzie, miejsca zbyt ciemne lub zbyt gorące, zbyt wiele kotów na niewielkiej przestrzeni. Bynajmniej nie twierdzę, że powinniśmy wszyscy unikać ludzi, miejsc czy sytuacji, które nie wydają nam się doskonałe. Podobne zalecenie jest niewykonalne; nie stanowi zresztą dobrej recepty na życie. Chcę raczej powiedzieć, że wszyscy jesteśmy na coś szczególnie wrażliwi i rzeczy te wpędzają nas w chorobę fizyczną lub psychiczną. Czynniki takie należy w miarę możności identyfikować i unikać kontaktu z nimi.

Oczywiście wielu ludziom kontakt ze wspomnianymi przeze mnie czynnikami nie szkodzi. Powinni uważać się za szczęśliwców. Należała do nich moja matka, która w młodości uważała, że osoby wrażliwsze od niej po prostu robią problemy z byle czego. Mama miała też i to szczęście, że nawet na jeden dzień nie wpadła w depresję. Z wiekiem jednak uświadomiła sobie, że ma wyjątkowe szczęście, gdyż los obdarzył ją szczególnie solidną konstytucją fizyczną oraz psychiczną, i zaczęła wykazywać większe zrozumienie dla tych, którzy tego szczęścia nie mieli.

Wielu krewnych mojego ojca cierpiało na wahania nastrojów, co doprowadziło mnie do konkluzji, że depresja jest przypadłością rodzinną. Później nauczyłem się dostrzegać powiązania genetyczne, wnioskując na podstawie osobistych kontaktów oraz zasłyszanych historii. Jak już mówiłem, mój ojciec cierpiał na tę właśnie przypadłość.

Nigdy nie poznałem jego matki, lecz z tego, co wiem, wnioskuję, że była wiecznie niezadowolona (powszechnie sądzono, iż takie usposobienie należy przypisać konieczności przebywania na wsi), zaś jej siostra (ciotka mojego ojca) stanowiła kliniczny przypadek melancholii. Gdy przyjeżdżaliśmy do niej w odwiedziny, zwykle zastawaliśmy ją w fotelu lub na łóżku z bezbrzeżnie smutnym wyrazem twarzy. Później znacznie wypogodniała. Jako student medycyny zastanawiałem się, czy któryś z lekarzy nie przepisał jej antydepresantów, stanowiących wówczas nowość. W każdym razie zyskałem wówczas pewne wyobrażenie o tym, jaką uroczą i żywą kobietą musiała być moja ciotka, nim popadła w depresję. W rodzinie mojego ojca ze strony matki było też kilka innych przypadków osób cierpiących na depresje i stany lękowe (co zazwyczaj jest dziedziczne).

Pamiętam też Philipa, mojego przyjaciela z dzieciństwa, który już w drugiej klasie przejawiał wahania nastroju. Pełen energii, zawsze psocił i popadał w tarapaty, zdawał się jednak czerpać z tego o wiele więcej radości niż ja, zawsze grzeczny. Jednocześnie niewielka przykrość – na przykład porażka w zawodach klasowych – potrafiła doprowadzić go do płaczu. Na nieszczęście w wieku dorosłym rozwinęła się u niego pełna postać zaburzenia dwubiegunowego i doprowadziła go do samobójstwa.

Zważywszy na te przypadki, trudno się dziwić, że znaczną część mojej praktyki zawodowej spędziłem na leczeniu ludzi z zaburzeniami nastroju, starając się zarazem zbadać ich naturę. Moje osobiste doświadczenia oraz widok cierpienia przyjaciół i członków rodziny wzbudziły we mnie wieloletnią fascynację tajemnicami nastr...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy