Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

DZIECI TO DAR NA CHWILĘ

0 246

Dzieci są podarunkiem od losu tylko na kilkanaście lat naszego życia i musimy się zgodzić z tym, że kiedyś od nas odejdą – pisze JAROSŁAW JAGIEŁA.

Każde rozstanie niesie w sobie uczucie straty. W dzieciństwie zdarza nam się tracić ukochanego chomika, po przyjściu do nowej szkoły doświadczamy rozłąki z koleżankami i kolegami ze starej klasy, później tracimy też i samo dzieciństwo oraz młodość, często tracimy również bliskie nam osoby. Zdarza nam się stracić pracę, a przy okazji dobre samopoczucie. Nie trzeba dodawać, że wielu z nas traci także bez umiaru pieniądze i zdrowy rozsądek. Niektóre z tych strat są do uniknięcia, inne natomiast nie. Są nieuchronne i wpisane w nasz ludzki los.

Jedną z takich nieuchronnych strat jest rozstanie z naszymi dziećmi. Jakkolwiek by patrzeć, dzieci stanowią podarunek od losu tylko na kilkanaście lat naszego życia. I czy tego chcemy, czy nie, czy to akceptujemy, czy też w głębi duszy buntujemy się przeciw temu – musimy się na to zgodzić. Zapewne jest jakimś złośliwym zrządzeniem losu fakt, że tuląc do siebie ukochaną córeczkę lub patrząc na wspaniałego syna, uświadamiamy sobie, że za kilka czy kilkanaście lat będziemy musieli się z nimi rozstać. Ktoś kiedyś napisał w formie zalecenia dla rodziców: „Trzymajcie wasze dziecko mocno za rękę, bo nastąpi moment, w którym przestanie wam na to pozwalać”. Jest więc czas w naszym życiu, gdy trzymamy nasze dzieci blisko, bardzo blisko siebie. Ten stan symbiotycznej wręcz bliskości dziecka ze swoimi rodzicami to zdarzenie nie do przecenienia. Dzięki niemu jesteśmy zdolni do tworzenia w dorosłym życiu pełnych intymności relacji z innymi. Natomiast brak tej bliskości skutkuje deficytami, które w skrajnych przypadkach mogą przybierać postać poważnych zaburzeń osobowości. Bert Hellinger, twórca jednego z najciekawszych nurtów psychoterapeutycznych w ostatnich latach, tak pisze w swojej książce „Praca nad rodziną”: „Najprostsze i najgłębsze procesy zachodzą w rodzinie. Od ojca i matki w kierunku dzieci i od dzieci w kierunku rodziców. To są największe i najgłębsze procesy. Stanowią one podstawę wszystkich innych”.

Ale wspomniana więź ma przecież także ogromne znaczenie dla samych rodziców. Dzięki niej tak naprawdę – w sensie psychologicznym – kobieta staje się matką, a mężczyzna ojcem. Dla matki bliskość z dzieckiem jest jeszcze wzmocniona wymiarem czysto biologicznym (ciąża, karmienie, opieka). Ojciec natomiast bardzo często musi się jej z mozołem nauczyć. Nieocenioną nauczycielką może stać się wtedy jego własna żona. Warto dodać, że umowne role nauczyciela i ucznia są w małżeństwie pozycjami komplementarnymi. Dobrze, jeśli na początku związku nauczycielem jest mężczyzna. Musi bowiem nauczyć swoją partnerkę czerpania dojrzałej satysfakcji z kontaktów seksualnych – tak jak w baśni o Śpiącej Królewnie rycerz musiał obudzić dziewczynę ze snu swoim pocałunkiem. Jest to zadanie, by tak rzec, dla prawdziwych mężczyzn. W momencie narodzin dziecka sytuacja się odwraca. To kobieta musi nauczyć męża roli troskliwego i opiekuńczego ojca. Mężczyzna staje się ojcem u boku swojej rozumnej żony, tak jak żona staje się czułą kochanką u boku swojego kochającego mężczyzny. Więź z dzieckiem jest tylko konsekwencją powyższego procesu.

Jednak, jak wcześniej wspomniałem, w pewnym momencie dziecko będzie musiało odejść. Uświadomienie sobie tego bywa dla wielu rodziców wręcz paraliżujące. Przeraża ich perspektywa osamotnienia. Dobrze, jeżeli rodzice oswoili się z taką myślą już wcześniej, jeżeli potrafili powiedzieć swojemu dziecku (a przy tym i sobie): „Jesteśmy teraz tak blisko ciebie, ale przyjdzie chwila, gdy pójdziesz swoją własną drogą, a my znów zostaniemy sami – tak jak wtedy, gdy nie było cię jeszcze na świecie”. Gorzej, jeśli taka chwila spada na nich z pozoru niespodziewanie.

W procesie odchodzenia dziecka oboje rodzice mogą być sobie nawzajem pomocni. Pięknie pisze o tym Robert Bly w książce „Żelazny Jan”. Gdy chłopiec osiągnie już wiek, w którym silne (bo biologiczne) więzi z matką powinny zostać rozluźnione, wówczas warto, aby wkroczył w tę zależność ojciec i niejako „ukradł” syna matce. Ta kradzież to swoiste uwiedzenie syna światem męskich wartości: zabranie go na mecz piłkarski czy kort tenisowy, pokazanie męskiej honorowej rywalizacji, zafascynowanie sprawami i rzeczami, którym warto się z pasją poświęcić, nauczenie, jak wykorzystać siłę tylko w godnych zamiarach.

Matka jednak nigdy nie odda syna bez walki. Ta więź jest silniejsza niż ona sama, dotyka bowiem istoty życia. Matka jednocześnie wie, że dla dobra syna musi się zgodzić z nieuchronnym obrotem rzeczy, gdyż w przeciwnym razie jej najukochańsze dziecko zostanie okaleczonym psychicznie maminsynkiem. Wie również, że w związku z tym musi się odbyć „rytuał lamentu”, który może na przykład przybrać postać pełnych złości (z pozoru!) uwag pod adresem męża: „W taką pogodę zabierasz go na ryby?! Gdzie takie małe dziecko będzie ci łowiło ryby! Przeziębi się tylko!”. W konsekwencji tego rytuału, który odbyć się musi, ojciec stanowczo zabiera syna w swój świat, a matka daje chłopcu cieplejszy sweter na drogę. Zapewne podobny proces, ale już o mniejszej sile, powinien odbyć się między ojcem, córką i matką. Zbyt silna więź z ojcem przytłoczy bowiem dziewczynkę nadmiarem męskiej siły, konkretności, a także męskiej seksualności. Hellinger stwierdził, że ukochany synek mamusi bywa czasem dobrym mężem, ale kiepskim kochankiem, natomiast ubóstwiana córeczka tatusia może być świetną kochanką, ale nieczęsto staje się dobrą żoną.

Jednak w sensie fizycznym i przestrzennym – czy tego chcemy, czy nie – dziecko oddala się od nas nieustannie. Najpierw stanowi jedno ciało z matką, później karmienie piersią stwarza niepowtarzalną bliskość. Raczkowanie, a potem chodzenie dają poczucie wszechmocy. Dalej jest pierwszy dzień w przedszkolu, spędzony bez mamy i taty. Rodzice z reguły przeżywają te chwile oddalenia równie dramatycznie jak dziecko. Jedna z matek opowiadała mi, że gdy jej synek poszedł pierwszy raz do przedszkola, całe przedpołudnie chodziła jak błędna po mieście. Potem jednak przychodzi pierwszy dzień w szkole, coraz dłuższe spotkania z przyjaciółmi, wreszcie wyjazd na studia do dalekiego miasta.

Można by pokusić się o próbę naszkicowania koncentrycznych kół pokazujących stopniowe oddalanie się d...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy