Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

3 grudnia 2015

Dzieci dorosłych dzieci

18

Skąd się biorą niedojrzali dorośli? W świat wysyłają ich niedojrzali rodzice. Niestawiający granic, mało wymagający i „fajni” - najlepsi przyjaciele własnego dziecka.

Nasi słowiańscy praprzodkowie żyli w uporządkowanym świecie. Każdy wiedział, gdzie jest jego miejsce, jakie są jego zadania i kiedy mniej więcej wkroczy w kolejny etap życia. Zazwyczaj takim przejściom towarzyszyły rytuały. Pierwszym i najważniejszym były postrzyżyny chłopca i kosopleciny – wiankowiny dziewcząt. W wieku 7–9 lat chłopiec spod opieki matki przechodził pod opiekę ojca, i oficjalnie stawał się młodzieńcem. Ścinano mu włosy, nadawano nowe imię i dziękowano, że szczęśliwie dożył tego wieku. W podobnym wieku, około 9 lat, lub po pierwszych „dniach księżycowych” dziewczynki opuszczały beztroskie dzieciństwo i stawały się pannami. Od tej pory miały być ułożone i harmonijne – symbolizowało to zaplecenie ich potarganych włosów w warkocze. Wejście w dorosłe życie było jednoznaczne z założeniem rodziny i obrzędem swadzby.

Dzisiejszy świat także ma swoje rytuały. Są „osiemnastki”, które można by uznać za moment wyjścia ze stanu dziecięcego w dorosłość, są śluby, które dają jasny przekaz, że dwoje ludzi zakłada rodzinę... Jednak te – i wszystkie inne – rytuały nie mają dziś już takiej mocy sprawczej, takiego znaczenia, jakie miewały niegdyś. Nie wyznaczają już magicznej granicy, za którą życie jest całkowicie inne niż dotychczasowe. Ślub wcale nie oznacza wejścia w sferę seksualności ani tego, że związek został zawarty na zawsze. Progiem dojrzałości nie jest również poczęcie czy urodzenie dziecka. Nie ma z nią nic wspólnego również ukończenie osiemnastu lat, które daje pełnię praw obywatelskich, czy też zdobycie prawa jazdy, pozwalające łatwiej przemierzać świat. Wejściem w dorosłość nie jest też ukończenie szkoły czy studiów...

W świecie, w którym rytuały przestały być jednoznaczne, wielu się pogubiło. Pewności, kim są, nie mają młodzi dorośli, zagubieni są też ich przewodnicy – rodzice. Zadania nie ułatwiają im psychologowie – oni również nie mają jasności, kto jest dorosły, a kto jeszcze nie.

Wyłaniająca się dorosłość

Magda ma 24 lata. Zaraz po studiach dostała się na obiecujący, ale nisko płatny staż w warszawskiej firmie. Rodzice obiecali, że pomogą jej się utrzymać w stolicy, ale nie sądzili, że oprócz podstawowych kwestii (mieszkanie, jedzenie) będą też płacić za resztę życiowych potrzeb córki, m.in. za jej rozrywki. Gdy wyrazili swoje zdziwienie, rozgoryczona Magda wypomniała im, że przecież mieli jej pomóc... Z jednej strony ustawiła się jako wymagające opieki dziecko, z drugiej chciałaby się widzieć jako w pełni samodzielny dorosły...

Profesor Jeffrey Arnett, psycholog z Clark University, przeprowadził badanie ankietowe wśród osób w wieku 18–29 lat. Pytał je, czy czują się dorosłymi, czy nastolatkami. Większość indagowanych odpowiadała, że jest „pomiędzy” dojrzewaniem a dorosłością. Arnett uznał, że ten „przejściowy” stan – nazwał go „wyłaniającą się dorosłością” (ang. emerging adulthood) – jest współcześnie czymś naturalnym.

„Można spotkać dwudziestosiedmiolatka mającego dziecko, żonę, stałą pracę i kredyt na mieszkanie oraz jego rówieśnika, który pomieszkuje w wynajętej kawalerce i wszystkie zarobione pieniądze wydaje na motocykl” – piszą Anna Brzezińska, Radosław Kaczan, Konrad Piotrowski i Małgorzata Rękosiewicz w artykule „Odroczona dorosłość: fakt czy artefakt?” („Nauka”, 4/2011). Polscy psychologowie uważają, że dochodzi do paradoksu – z jednej strony młodzi mają mnóstwo czasu na dorastanie i podejmowanie trudnych decyzji, z drugiej – wszystkie proponowane im oferty dla dorosłych mają „datę ważności” (jeśli teraz nie urodzisz dziecka, nie znajdziesz pracy, nie wyjdziesz za mąż, to potem będzie za późno).

Jak jednak podejmować tak brzemienne decyzje, skoro wszystko wokół jest nietrwałe, skoro mamy do czynienia – jak mawia prof. Zygmunt Bauman – z płynnością ponowoczesnego świata? Jak przyjmować zobowiązania, skoro sytuacja finansowa czy uczuciowa za chwilę może się całkowicie zmienić? Czy nie lepiej zaczekać, pozostać „pomiędzy”? Może te właśnie wątpliwości są powodem przedłużającego się okresu moratorium – swoistego zatrzymania przed przejściem w kolejny etap rozwoju tożsamości.

Przeciwnicy podejścia Arnetta twierdzą, że nie ma czegoś takiego jak „wyłaniająca się dorosłość”. Uważają, że mamy po prostu do czynienia z przedłużającym się (a może przedłużonym na siłę?) dojrzewaniem. Dodatkowej trudności w zdefiniowaniu problemu psychologowie upatrują w tym, że obecnie nieco zdezaktualizowały się kryteria oznaczające osiągnięcie kolejnych etapów rozwojowych. Mówi o tym na przykład dr Ewa Gurba, psycholog, wykładowca Uniwersytetu Jagiellońskiego, w rozmowie „Dorosłe dzieci niedojrzałych rodziców” („List”, 11/2013): „Pojawiły się nowe pytania. Czy na przykład młody człowiek, który skończył technikum i znalazł pracę, jest już dorosły? Czy jest bardziej dorosły od tego, który studiuje i nie zakłada rodziny, bo wie, że nie jest jeszcze w stanie jej utrzymać?”.

Przewodnicy pogubili się

Trudno obwiniać młodych ludzi za to, że pogubili się w drodze do dorosłości, skoro cel z oczu stracili również ich przewodnicy – rodzice i opiekunowie. Znana pisarka Manuela Gretkowska w artykule „Dzieci niedojrzałych rodziców” pisze wprost, że wychowując ideały, niespodziewanie zaczęto wychowywać potwory. Gretkowska opowiada, że jej własne wyobrażenie o idealnym dziecku wychowywanym bezstresowo prysło jak bańka mydlana, kiedy jej „idealna córka” wpadła w szał w galerii handlowej. Dziecko wściekło się, bo nie dostało trzeciej kolejki lodów... Pisarka upatruje źródeł tego stanu w braku wiedzy pedagogicznej, niewłaściwym wychowaniu, ale i w... narcyzmie rodziców. Czują oni potrzebę bycia idealnym opiekunem, bo to pozwala im ukryć własne niedoskonałości.

Kolejne grzechy rodziców, które wymienia Gretkowska, to brak uważności i niecierpliwość. „Chcemy potwornie, żeby [dzieci] kochały, wybaczając nasze braki perfekcyjnej miłości, i żeby wynagradzały nam brak miłości naszych rodziców. Przez to hodujemy następne pokolenie potworów. Znosimy do domu kolejne trofea naszego narcyzmu i winy: zabawki, gry, ciuchy. Zasypujemy nimi wyrwę we własnych sercach i sumieniach, przepaść wykopywaną przez czas spędzony w pracy” – dodaje.

Kiedy małe dzieci dorastają, rodzice dalej fundują – tym razem nie zabawki, a wejście w dorosłość. Rzeczywistość po studiach jest bowiem trudna: bezpłatne staże, niskie pensje, duże bezrobocie. Rodzice starają się więc finansowo wspierać dzieci, nie przeganiają ich z domów, nie usamodzielniają na siłę. Eksperci uważają jednak, że takie ratowanie dziecka z każdej opresji, chronienie przed trudnościami i przykrościami jest pułapką. – Dzieci nieustannie wspierane nigdy nie dorastają – mówi Cheryl Erwin, terapeutka rodzin, autorka książek o dyscyplinie domowej.

Za dużo miłości

Nieprawidłowo pojmowana bezwarunkowa m...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy