Dołącz do czytelników
Brak wyników

Otwarty dostęp

16 września 2021

„Dom w butelce” – przeczytaj fragment książki!

0 435

Tę bolesną i niełatwą lekturę polecam wszystkim rodzicom, Dorosłym Dzieciom Alkoholików oraz psychoterapeutom. Aby dowiedzieć się nie tylko, jakich cierpień przysparza „dom w butelce”, lecz również tego, że prawdziwie dobry dom to miejsce, w którym nie ma ustawicznych huśtawek nastroju, wszystkie emocje są dozwolone i można o wszystkim bezpiecznie rozmawiać. I gdzie dzieci nie muszą być ratownikami swoich rodziców. – pisze dr Ewa Woydyłło-Osiatyńska o książce „Dom w butelce” , która właśnie ukazała nakładem Wydawnictwa Agora. Poniżej prezentujemy jej fragment.

To nie jest zemsta

Justyna, czterdzieści cztery lata

Bardzo chciałaś mieć dzieci?

Na początku nie zdawałam sobie sprawy, że aż tak. Byłam typową korpoosobą. Przepracowałam w korporacji kilkanaście lat jako analityk. Wyszłam za mąż. Chcieliśmy mieć dzieci, ale myślałam: zajdę w ciążę, urodzę, potem szybko wrócę do pracy. W międzyczasie trafiłam do superszkoły rodzenia, poznałam świetne położne, fizjoterapeutów. I oni zaczęli mnie otwierać na trochę inny świat – świadomego porodu, świadomego macierzyństwa. Zaczęło mi się przestawiać w głowie. Zrobiłam warsztaty z chustowania, masażu dziecięcego, potem zostałam doulą – asystowałam kobietom przy porodzie. Na pierwszy kurs chustowania trafiłam w dziewiątym miesiącu ciąży. Zachustowałam lalę, przytuliłam ją i po prostu zakochałam się w tym.

POLECAMY

Co poczułaś?

Byłam poruszona. Poczułam niezwykłą bliskość. Zaufanie. Ale też sprawczość, że mogę temu dziecku stworzyć bezpieczną przestrzeń, że to ode mnie zależy. No a potem się zaczęło…
Urodził się Jakub. Wróciliśmy z nim do domu, postawiliśmy fotelik na środku pokoju i…

…możesz sobie popłakać, mnie to nie przeszkadza.

…Chyba poczułam, co straciłam… Zobaczyłam tego malutkiego człowieka, który jest całym światem, poczułam bezgraniczną miłość do niego, odpowiedzialność, taką totalną, bezwarunkową… Teściowa się ze mnie śmiała, że mam syndrom kwoki. Chciałam być z synkiem non stop. Niechętnie go komuś dawałam. Hołubiłam każdą chwilę z nim. Sprawiało mi to radość. I zaczęłam się wtedy zastanawiać: czy ja też tak miałam? Czy ktoś się mną tak opiekował? Przytulał? Robiło mi się coraz trudniej, bo nie przypominałam sobie takich chwil ze swojego dzieciństwa…

A co sobie przypominałaś?

Ojciec był albo nieobecny, albo pijany, albo wkurzony. Wkurzony, bo jeszcze nie był pijany, albo wkurzony, bo już wypił. Cały świat się kręcił wokół niego. Mamy świat też. Kiedy miałam siedem lat, urodził się mój brat. Był bardzo chory, miał wodogłowie, liczne dolegliwości. Pamiętam taką scenę – stoję sama nad jego pustym łóżeczkiem, w domu nikogo nie ma, mama jest jeszcze razem z bratem w szpitalu. Nie wiem, o co chodzi, bo nikt ze mną nie rozmawia, boję się… Kurczę, dziś mam dwóch synków. Jakub ma dziesięć lat, Franek osiem. Wiem, na jakim etapie jest siedmiolatek, czego potrzebuje. I jak patrzyłam na tych moich chłopców mniej więcej w tym wieku, to dotarło do mnie, jak bardzo samotna musiałam się wtedy czuć. Ja w ogóle często czułam się sama. Rodzice przenieśli mnie do mojego pokoju, gdy miałam sześć lat. Mieszkaliśmy w dużym domu – ja sama na piętrze, oni na dole. Ta samotność była ze mną do czasu, aż poszłam na studia do Warszawy. Na początku myślałam jeszcze, że tam wrócę – do domu rodzinnego. Dzisiaj zaglądam tylko, jak jedziemy na wakacje na Mazury, bo to po drodze.

Dlaczego przestałaś tam jeździć?

Za każdym razem wracałam chora, zryczana, z potworną migreną. Jak te kilkanaście lat temu zaczęłam spotykać się z moim mężem i zobaczył, co się ze mną dzieje, to w pewnym momencie tupnął nogą i powiedział: „Justyna, koniec z tym, nie jeździmy tam”. Widział, że nie wynoszę stamtąd nic oprócz toksyczności. Brat miał i nadal ma do mnie pretensje, że mi się udało, że ja mam.

Co masz?

No właśnie nie wiem, co, ale się do mnie nie odzywa. Ojciec praktycznie nie utrzymuje z nami kontaktu. Mama utrzymuje, choć miała takie pół roku, że też się nie odzywała.

Na święta jeździcie?

Nie. W zeszłe święta mama przyjechała do nas. Pierwszy raz od mojej przeprowadzki do Warszawy dwadzieścia cztery lata temu. Mimo że co roku ją zapraszaliśmy. Brata też zapraszałam przez jakiś czas – na święta, urodziny dzieci. Ale albo się w ogóle nie odzywał, albo mówił, że musi zostać z psami. Ojciec był tylko raz. Mimo że kiedyś bywał w Warszawie kilka razy w tygodniu w swoich sprawach.

Opowiesz o nim?

Jest złotą rączką – ślusarz, tokarz, mechanik. Fajny człowiek, cudowny, po prostu dusza towarzystwa. Dla innych. Zdałam sobie z tego sprawę, gdy pewnego dnia jechałam do domu z Warszawy z kolegą z dzieciństwa. Oboje byliśmy już na studiach i on mnie nagle spytał: „Justyna, a co ty tak rzadko jeździsz do domu?”.
Na co ja: „A do kogo mam tam jeździć? Po co?”. On: „No przecież masz rodzinę”. Wtedy mu powiedziałam: „Ale mój ojciec pije. W domu jest strasznie”. Pamiętam jego minę. „Naprawdę? Twój ojciec pije?”. Nie mógł uwierzyć! A mieszkaliśmy obok siebie.

Ludzie w mieście nie wiedzieli?

Chyba nie za bardzo ich to obchodziło. On całymi dniami gdzieś jeździł, coś robił. Jeździł po pijanemu oczywiście, ale z tego też nie robił problemu. Często po pracy wjeżdżał na podwórko i zasypiał w samochodzie. Potem się ocykał, wychodził. Jak gdyby nigdy nic.
Pił, od kiedy pamiętam. Nie potrzebował warunków zewnętrznych do tego picia.

Powodu?

Tak, powodu. Od podstawówki mam migreny. Jak byłam młodsza, to miałam takie bóle głowy, że wymiotowałam od światła, od wszystkiego. Były takie dni, że mama biegała od łazienki, gdzie podtrzymywała mi głowę nad sedesem, do salonu, gdzie rzygał mój, za przeproszeniem, napierdolony ojciec.
Pamiętam dokładnie moment, w którym przestałam tam jeździć z dziećmi. Bo gdy się one pojawiły, to pomyślałam: „No dobra, ja to ja, ale może ojciec się trochę zreflektuje ze względu na wnuki”. Tym bardziej że mój brat nie ma dzieci. To są jego jedyne wnuki. Jakub miał wtedy dwa i pół roku, Franek pół roczku. W domu mieliśmy remont. Pomyślałam, że pojadę do mamy na trochę. Zawsze mówię, że jadę do mamy, nie do rodziców. Siedziałam na górze z Frankiem, zeszłam na dół po coś do kuchni i patrzę, że ojciec jest w swojej najlepszej formie – kompletnie pijany rzuca się po kuchni, jakimiś garnkami rozwala jedzenie, a na środku stoi mój dwuipółlatek i patrzy na to przerażony. Pomyślałam: „O, nie! Nie chcę, żeby miał w głowie to, co ja”. Zakręciłam się, zabrałam dzieci i wyjechałam. Na moją mamę nie mogę liczyć. Ona zawsze trzyma się z boku. Jej nie przeszkadzało, że dwuipółletni wnuczek na to patrzy.

Ojciec po alkoholu zawsze się, jak to nazwałaś, rzucał?

Różnie. Czasem spał, czasem śpiewał. Przeważnie się czepiał.

Ciebie się czepiał?

Wszystkich, najbardziej matki. Czepiał się, że szklanka stoi nie tu, gdzie trzeba, że w piecu nierozpalone, takie pierdoły. Z tego powodu większość życia spędziłam w swoim pokoju. Jak się mu nie pokazywałam, miałam spokój. A on sobie szalał tam, na dole. Czytałam przez to też bardzo dużo książek, komiksów. Miałam tam swój własny świat. Towarzysko się nie udzielałam. Raz, że nie byłam za bardzo lubianą osobą, bo zawsze cicha, spokojna. A dwa, nie czułam, żebym była ciekawa, że mogę wnieść jakieś atrakcje. W liceum miałam jedną bliską przyjaciółkę z innej miejscowości, więc widywałyśmy się przeważnie w szkole. Fajne było też to, że co jakiś czas mogłam się do niej wyrwać…

W domu była przemoc?

Wobec mamy… Tata ją bił. Jedna z najgorszych scen, jaką pamiętam, miałam z siedem, osiem lat, mój brat był malutki, leżał w kołysce… O coś poszło. Nie wiem, o co. Ojciec ganiał mamę z butem dookoła domu. Dopadł ją i zbił po głowie. Do tego stopnia, że jak wróciła, to go nie poznawała… Siadła naprzeciwko mnie, tak jak ty siedzisz. Kompletnie w szoku. Oczy miała błędne. Mówiła, że to nie jest jej mąż, że jej mąż zaraz wróci, że wszystko będzie dobrze… Miałam do siebie potem długo żal, że nie zadzwoniłam po policję, że nic z tym nie zrobiłam. Ale ja miałam wtedy siedem lat! Co ja miałam zrobić?!

Nic nie mogłaś. Byłaś dzieckiem.

No nic… Nic… I to jest takie straszne.
Rodzice w którymś momencie przestali spać razem. Ojciec spał w pokoju na dole. Mama na górze. Do dzisiaj zresztą tak jest. Pamiętam, że przy łóżku trzymała kij. Na ojca.

Ciebie nigdy nie bił?

Czasem mnie tłukł. Jak coś przeskrobałam. Mama też, ale bardziej wychowawczo. Jak sobie nie radziła z nami. Przez kolano i kablem w dupę. Ojciec bił ręką. Kawał chłopa, to bolało. Mam w sobie teraz awersję do przemocy. Nie toleruję jej w ogóle. Raz uderzyłam własne dziecko. Ale to było w kompletnej panice. Byliśmy na basenie, w przebieralni. Odwróciłam się na chwilę, zajęta młodszym synem, a Jakub chciał włożyć rączkę w takie metalowe drzwi, którymi akurat ktoś przechodził. Mogły mu obciąć palce. Złapałam go i uderzyłam w pupę. Bardzo się rozpłakał, ja się od razu poryczałam. Przeraziłam się sobą. Dla mnie to była straszna porażka.

Kiedy myślisz o swoim dzieciństwie, to ono ci się układa jakoś chronologicznie, czy raczej wracają do ciebie pewne sceny?

Ogólnie sceny. Raczej traumatyczne. Chociaż mam też kilka miłych wspomnień. Ojciec zrobił sobie warsztat – najpierw w piwnicy, potem w garażu. Uwielbiałam tam być, patrzeć, jak pracuje. Bywały dni, że pił mniej. Potrafił być takim fajnym człowiekiem. Ale to były tylko dni.

Próbował przestać pić?

Nigdy. On pije wódkę tak, jak my herbatę. Piwo jak my wodę. Kilka piw dziennie to standard. Jego ojciec pił, jego brat się właśnie zapija. Nie mam ostatnio wieści stamtąd, ale ojca brat był już parę razy w szpitalu. Zaszywali go, wychodził, znów pił. Ojciec chyba w ogóle się nad tym swoim piciem nie zastanawiał. Ani mama. Kiedyś się mnie spytała, czemu nie dam jej chłopców na wakacje. Odpowiedziałam: „W tę patologię?!”. Oburzyła się. „Przecież to jest dom, będą mieć tu swoje miejsce”.
Ona też tego nie widzi.

Próbowałaś kiedyś powiedzieć ojcu, że chciałabyś, żeby przestał pić?

Jako dziecko traktowałam to jako normę. Oczywistą oczywistość. Taki zawsze był.

Namawiałaś kiedyś mamę, żeby odeszła?

Milion razy. Jak była u nas ostatnio na święta, to znów o tym rozmawiałyśmy. Idzie niedługo na emeryturę. Przepracowała całe życie jako pielęgniarka. Do tego od lat leczy się na depresję, choć moim zdaniem choruje na nią dużo, dużo dłużej. Coraz częściej mówi, że nie ma już siły, że dom jest stary, zaniedbany. Dom ma ponad czterdzieści lat i nigdy nie był remontowany. Obraz nędzy i rozpaczy – wszędzie grzyb, brud. Jakiś czas temu ojciec wymarzył sobie strych. Coś tam dobudował, ale nie skończył, i tak to stoi. Powiedziałam ostatnio mamie: „Wyprowadź się. Wynajmij sobie mieszkanie. Wesprzemy cię w tym. Tylko się zastanów, gdzie chcesz mieszkać, czy tam, czy w Warszawie”. Ale nie chce. Kilka lat temu, w podobnej rozmowie, powiedziała mi: „No ale jak to? To ja mam te płytki tak zostawić? Przecież sama je kładłam. To jest dorobek mojego życia”.

Myślisz, że chodzi o płytki czy może o ojca?

Oni są w takiej toksycznej zależności. Kiedyś mama się spięła i chciała złożyć papiery rozwodowe. Byłam już wtedy na studiach. Powiedziała o tym ojcu, a on na to: „Ale co ty zrobiłaś?!”. Nie dopuszczał i nie dopuszcza do siebie, że ona by mogła go zostawić.
Mama, ojciec i brat mają w trójkę strasznie dziwną relację.

Mieszkają cały czas razem?

Tak. Brat, który tak bardzo nie chciał być jak ojciec, stał się identyczny. Przychodzi z pracy i zamyka się w swoim pokoju. Gra albo ogląda telewizję, to wszystko. Jak mama u nas była, to potrafił zadzwonić o siódmej rano, żeby spytać ją, gdzie są jego majtki. Albo dzwoni do niej, żeby go umówiła do dentysty. Wiesz, on ma trzydzieści sześć lat. Dziś jest całkowicie sprawny. Wydaje mi się, że go to wszystko przerosło, że gdyby stamtąd wyszedł, inaczej by sobie ułożył życie.
Ja ogólniak jeszcze tam jakoś przeegzystowałam. Ale na studiach już uciekłam. A on poszedł na studia, ale potem wrócił do domu. Bo mu nie szło, nie chciało mu się, bo trzeba było się usamodzielnić. Tam jest łatwiej.

A może właśnie trudniej?

Łatwiej w tym sensie, że zawsze mama upierze, jest lodówka z żarciem.

Czy jak byłaś młodsza, mama rozmawiała z tobą o piciu ojca? Próbowała ci to jakoś tłumaczyć?

Nigdy wprost. Tam w ogóle nie było rozmów wprost. Były jakieś dziwne zachowania. Pod koniec ogólniaka na przykład zaczęłam się spotykać ze swoim pierwszym facetem. Pamiętam to jak dziś – siedzimy w domu, przy stole, nagle wbiega moja mama spłakana i mówi do niego: „Ty już idź, bo będziemy musieli uciekać”.
On się na mnie patrzy, że o co chodzi w ogóle. A chodziło o to, że ojciec wraca do domu pijany, w kiepskim nastroju. Ona w ogóle nie rozpatrywała innej wersji.

Jaka mogła być inna wersja?

W domu były trzy trzeźwe osoby. Dlaczego one miały gdzieś uciekać, a nie ta jedna, pijana, awanturująca się? No ale z czasem się okazało, że to nie jest mój dom. Tylko jego dom. Zawsze był i zawsze będzie.

Jak wyglądał wasz zwykły dzień?

Ojciec przez długi czas pracował w fabryce mebli, potem z matką przez jakiś czas prowadzili sklep ze wszystkim – kasety, sprzęt rtv, baterie i tak dalej. Jak wracał z pracy, to najczęściej już był pijany albo dopijał się w domu. Mama podawała mu obiadek, a potem było takie egzystowanie – telewizja, papierosy. Oboje strasznie palą.

Interesował się tobą? Pytał o coś?

Nie. Ja zawsze się bardzo dobrze uczyłam. Byłam dzieckiem, które wie, że ma nie sprawiać problemów. Nie chorowałam – tylko te migreny. Nie mogłam chorować, bo mój brat ciągle chorował. Jak był mały, rodzice bez przerwy jeździli z nim do Centrum Zdrowia Dziecka na kontrole.
Ojciec bardzo lubił żeglować. Mam to po nim. Ze dwa razy w życiu wziął mnie na kajaki. Teraz, jak mam swoich chłopaków, to widzę, że tak mogło być co weekend.

I robi ci się żal?

Tak, bo to są takie stracone chwile, których już się nie odzyska. Nawet jak jechaliśmy z rodzicami na Mazury, bo czasem na weekend tam jeździliśmy, to zawsze były karczemne awantury. Ojciec pijany wieczorem potrafił nagle zniknąć. Wszyscy go szukali. Każdy wyjazd, zamiast być fajny, był beznadziejny. Czepianie się o wszystko, niezadowolenie ze wszystkiego.
Ojciec się mną interesował tylko wtedy, gdy usłyszał, że dostałam trójkę. Od razu pytał: „Dlaczego trója?”.
Na zebrania chodziła mama. On tylko oglądał świadectwa. Nie mówił mi wprost, że jestem głupia, ale wiele razy dawał mi to do zrozumienia. Jak byliśmy w towarzystwie i ktoś mi próbował coś wytłumaczyć, mówił: „Nawet się nie wysilaj. Jej nie warto – i tak nie zrozumie”.
Na tym nie buduje się mocnej pewności siebie. W ogóle się nie buduje niczego. Co można na tym zbudować?
Nie wiem…
Jak zaczęłam dojrzewać, bardzo zależało mi na jego akceptacji. Aż zaczęłam go naśladować w stosunku do matki. Stałam się wobec niej tak samo wredna. Dogadywałam jej, żeby mu się przypodobać. Wtedy wydawało mi się, że mamy z ojcem więź. Ale dziś wiem, że wcale nie, że jemu po prostu pasowało, że ja się tak zachowuję. To był taki jego kaprys.
Zauważał mnie, gdy trzeba było w piecu rozpalić, obiad zrobić, guzik przyszyć, w sklepiku pomóc. Po szkole codziennie zachodziłam do sklepu i im pomagałam. Na szczęście szybko mi przeszła ta chęć przypodobania się mu. Potem zaczęłam mu pyskować. Z mamą czuję się jednak bardziej związana. Chociaż ona nigdy do mnie nie przychodziła, to ja zawsze przychodziłam do niej.

W jakim sensie?

Pomimo że miałam swój pokój, biurko, lekcje odrabiałam w kuchni, jak ona sprzątała albo robiła obiad. Chciałam być blisko, chociaż nie było między nami jakichś rozmów. Nigdy nie przyszła i nie zaproponowała, na przykład: „To może coś razem zrobimy? Pójdziemy gdzieś?”.
Raz byliśmy w kinie całą rodziną. Na wakacjach byliśmy dwa razy.

Miałaś obowiązek zajmowania się młodszym bratem?

W ogóle – domem. Przez długi czas musieliśmy palić w piecu i w kuchni, żeby mieć ciepłą wodę i w ogóle ciepło w domu. To był mój obowiązek od razu po powrocie ze szkoły – przydźwigać węgiel, napalić. Ale też musieliśmy trawę skosić, czasem drewna narąbać, opielić ogródek. W liceum zaczęłam trenować kung-fu. Ojciec oczywiście nie wiedział, gdzie idę i po co, ale jak tylko widział, że wychodzę, to akurat wtedy kazał mi coś zrobić. Natychmiast. Wkurzało go strasznie, że ktoś robi coś fajnego, że jest niezależny. Przestał ze mną rozmawiać w chwili, gdy się dowiedział, że idę na studia do Warszawy. Obraził się, bo nie uzgodniłam tego z nim.

Miał plany wobec ciebie?

On mi nawet dom pobudował. W rogu podwórka postawił budynek gospodarczy. Na dole był garaż z warsztatem, na górze – pokój z kuchnią i łazienką, wyżej strych. To miało być dla mnie. Oczywiście nigdy w życiu mnie nie spytał, czy tego chcę. Chciał, żebym po liceum została z nimi. Myślał, że jego brat załatwi mi pracę w banku i że będzie tak… fajnie.
Tak naprawdę zaczęłam żyć dopiero na studiach, jak się od nich odcięłam. Na początku jeździłam do domu co weekend. Potem coraz rzadziej. Znalazłam przyjaciół. Odkryłam, co to znaczy mieć spokój. Nie mieć stresu, że ktoś zaraz przyjdzie, zacznie się awanturować. Zobaczyłam, że można żyć tak po prostu, bez napinki. Planować coś sobie. Zaczęłam wyjeżdżać ze znajomymi.
Starałam się utrzymywać sama. Mama dawała mi jakieś pieniądze, ale dostawałam też stypendium naukowe i socjalne. I zatrudniałam się w barze w akademiku, w którym mieszkałam.
Opowiem ci o takim drobiazgu, który pokazuje, że tak naprawdę się dla nich nie liczyłam. W akademiku w każdym pokoju był telefon, na który można było dzwonić tylko z zewnątrz. Do dzwonienia na zewnątrz, na dwa dziesięciopiętrowe bloki, były dwa automaty. Kolejki do nich były ogromne. Jak się pojawiły pierwsze komórki, to oczywiście nie było mnie stać. Rodziców było, ale mi jej nie kupili. Kupili ją bratu, który mieszkał z nimi i miał telefon stacjonarny. „Bo on potrzebuje, a ty nie”. I to są takie rzeczy, które pokazują, jak myśli moja mama, że ja to zawsze dam sobie radę.

Bo zawsze dawałaś.

A miałam inne wyjście? Często tłumaczę mamie różne rzeczy, doradzam jej, wyjaśniam. Nigdy nie dzwonię do niej, żeby ją prosić o radę. Bo nigdy nie była dla mnie autorytetem. Dla mnie jest życiowo niezaradna. Wiem, że kocha mnie na swój sposób – tak jak potrafi. Ale ostatnio jej powiedziałam: „Mamo, to ty jesteś moją matką, a nie ja twoją”. To było przy okazji tego, jak ją namawiałam, żeby w końcu się wyprowadziła. Od tak dawna o tym rozmawiamy, a ona mówi: „Zaczynam do tego dorastać”… Powiedziałam jej, że nie mogę już tego słuchać. Ile można? Ja musiałam dorosnąć bardzo szybko. A to oznacza, że o wszystkich się martwię, wszystko ogarniam, organizuję, planuję.
Ani w liceum, ani na studiach nie rozmawiałam z nikim o tym, że ojciec pije. Ale jakiś czas temu odkryłam, że dużo moich znajomych pochodzi właśnie z takich rodzin. Jakoś się tak przyciągamy.

Rozmawiacie o tym?

Nie. To jest taki cichy układ. Na studiach udało mi się skutecznie od tego odciąć. Przynajmniej tak myślałam. Poznałam męża, układałam sobie życie, pojawiły się dzieci i nagle wszystko wróciło. Było ze mną źle, coraz gorzej, coraz trudniej. Miałam poczucie ogromnej niesprawiedliwości. Na przykład szłam z dziećmi na plac zabaw, widziałam inne dzieci z dziadkami i robiło mi się potwornie smutno, że tego dziadka nie ma w ich życiu, że on to tak olał.

Próbowałaś tę relację jakoś odbudować?

Próbowałam. Jak Franuś miał pięć lat, zapragnął zaprosić mojego ojca na przedstawienie do przedszkola z okazji Dnia Babci i Dziadka. Wykręciłam jego numer, włączyłam telefon na głośnomówiący, mówię: „Tato, dzwonimy, bo Franio chce cię zaprosić na przedstawienie”. Powiedział: „Ale ja nie przyjadę, bo na godzinę to mi się nie opłaca”. Franek zalał się łzami – było mu okropnie przykro.
To był jeden z ostatnich razów, gdy rozmawialiśmy przez telefon.

Chłopcy pytają o niego?

Pytali, potem przestali… Czasem jeszcze łapie mnie żal, jak patrzę na nich, jacy są fajni, że ojciec tego nie chce.

Bycie mamą otworzyło dużą ranę w tobie. Jak sobie z tym radziłaś?

Musiałam się nauczyć bardzo wielu rzeczy. Uważności na inną osobę, skupienia na kimś, reagowania. Takiego czytania drugiego człowieka. Bardzo dużo nauczył mnie mój mąż. Miał cudownego ojca. Ciepłego, opiekuńczego. To był ukochany dziadek moich dzieci, niestety zmarł. I mój mąż też taki jest. Taki misiek. W zasadzie cały czas się uczę bycia obecną tu i teraz. Bo jak jest problem, to uciekam. Chowam się w sobie. Tak jakbym wciąż zamykała się w tym pokoju na górze.

On to rozumie?

Różnie. Ale dzięki niemu nauczyłam się być z kimś naprawdę. To on mi powiedział: „Co z tego, że to rodzina, skoro tylko cię krzywdzą?”. Przy nim zrozumiałam, że rodzina z krzywdą nie ma nic wspólnego.
Niedawno zdecydowałam się na terapię. Trafiłam na psychoterapeutę, który pracuje ze schematami. Bardzo mi to pasuje. Bo największy problem, jaki miałam do tej pory ze sobą, to napady niekontrolowanej złości. Wpadałam w furię. Albo się wyłączałam. Zdarzało mi się wybiec z mieszkania na klatkę. Złościłam się na dzieci. Czułam często takie przytłoczenie tym wszystkim.

Czyli czym?

Taką samotnością. Nieradzeniem sobie z własnymi emocjami. Dopiero teraz mam wrażenie, że się siebie uczę. Na przykład rozpoznawania, kiedy jest mi źle, albo że powinnam odpocząć. Wcześniej miałam włączone tak jakby tylko podstawowe tryby. Nastawione na działanie, a nie na przeżywanie. W głowie miałam straszny chaos. Tak tego było dużo, że się od tego odcinałam. A moim głównym sposobem radzenia sobie było układanie wszystkiego.

Porządkowanie?

Tak. Ja zawsze miałam w domu jak w pudełeczku. Koszulki leżały kolorami. Ręczniki równo poukładane. Zamiecione, odkurzone. Dzięki temu czułam kontrolę. Ale z czasem odkryłam, że – halo, a może teraz poukładałabyś sobie w głowie? Dopiero od niedawna zaczęłam rozmawiać z ludźmi o sobie. Wcześniej się krępowałam, że nikogo nie obchodzi, co myślę.

Aż dziwne, że twój mąż się tobą zainteresował.

Śmiejesz się, ale ja czasami też się dziwiłam. Mógł mieć normalną kobietę.

A ma nienormalną?

No nie jestem standardowa, na pewno. Ale od jakiegoś czasu zaczynam już inaczej na to patrzeć – że może to jest właśnie mój atut? Niedawno odkryłam też swoją fizyczność, zaczęłam dużo ćwiczyć. To mi sprawia wielką radość. Taka radość z ciała. Zaczęłam się też chwalić, doceniać. Podoba mi się, jak wyglądam. Może to też wynika z tego, że urosłam jako mama?

Co to znaczy?

Nabrałam w tym macierzyństwie pewności siebie. Zaczęłam traktować moje dzieci tak, jak sama chciałabym być traktowana jako dziecko. I odkryłam wielką przyjemność w takim całkowitym oddaniu się komuś. Ale to chyba musiało być już wcześniej we mnie, bo dziewczyny, którym towarzyszyłam w porodach, mówiły mi: „Dziękuję, że byłaś. Bo czułam, że byłaś tam dla mnie. Skupiałaś się tylko na mnie”.

Myślisz, że skąd to masz? Bo wzorców za bardzo nie miałaś.

Nie wiem… Wydaje mi się, że to, co mnie ukształtowało, co mnie też pchnęło na tę ścieżkę doulowania, to moje doświadczenie z drugiego porodu. Nastawiałam się ponownie na poród naturalny. Nie chciałam cesarki. Ale musiałam ją w końcu mieć, bo sytuacja stała się krytyczna. Bardzo się bałam. Było mi zimno, strasznie zimno w tej sali, gdzie przygotowali mnie do szybkiego cięcia. I nagle weszła anestezjolog, taka starsza pani. Stanęła obok, głaskała mnie po ręku, patrzyła mi w oczy i mówiła, co się będzie działo, krok po kroku. Tak mi matkowała… Wydaje mi się, że ja to wzięłam od niej, że to coś we mnie otworzyło.
Pamiętam swoje pierwsze dni z Kubusiem. Leżałam obok i mogłam patrzeć na niego godzinami. Tu rączki, tam buźka, słodkie nóżki. Ja chyba nie miałam tego zachwytu wobec mnie, jak byłam mała, ale intuicyjnie czułam, że dziecku to się właśnie należy. Może to jest ten instynkt macierzyński? Ale też trafiłam na partnera, który jest superojcem, oddanym, ciepłym.


Mówi się, że kobiety wychowane w rodzinie, w której ojciec pije, często nieświadomie wiążą się z kimś, kto jest albo uzależniony, albo emocjonalnie niedostępny, niestabilny.

No mnie się udało. Choć miałam wcześniej faceta, który świetnie się dogadywał z moim ojcem. Mogłam skończyć w tym pokoju w przybudówce na podwórku rodziców właśnie z nim, ale nie skończyłam. Mimo wszystko mam chyba silny charakter. Nie lubię, jak ktoś mi mówi, co mam robić.

Dlaczego w końcu zdecydowałaś się na terapię?

Przestałam sobie zupełnie radzić z emocjami. Często płakałam. Wpadałam w stany depresyjne. Dwa razy dostałam ataku paniki. Raz na zajęciach aikido. Nagle poczułam, że muszę stamtąd wyjść, bo będzie źle. Zacznę zaraz krzyczeć.

Coś się wydarzyło?

No właśnie nie. Może tylko to, że ćwiczyłam z osobą, z którą nie chciałam ćwiczyć. Nie szło mi. Znów weszłam w tryb: „Nic nie umiem, nie nadaję się”. Może to był ten dwudziesty czy dwusetny raz za dużo? I mi się wylało?
Wcześniej podobnie przydarzyło mi się w pracy. Miałam kiepski dzień. Byłam w drodze do domu i nagle ścisnęło mnie za gardło, nie mogłam oddychać. Szłam przez centrum, wszystko dookoła mnie przerażało.
Mąż widział, co się ze mną dzieje, że reaguję nadmiernie, że jak jestem zmęczona, to się robię odpychająca, i namawiał mnie, żebym coś z tym zrobiła.
Wcześniej miałam kilka podejść do terapii, ale nie trafiłam na osobę, która by mnie przekonała. Teraz spotkałam terapeutę, który pokazuje mi ciąg przyczynowo-skutkowy. Zaczynam rozumieć, co się z czego bierze. Na pierwszym spotkaniu zapytał mnie: „Z czym pani przychodzi?”. Miałam problem, żeby odpowiedzieć.

Co w końcu odpowiedziałaś?

Niby jest OK – mam fajnego partnera, dzieciaki, rodzinę, dom – ale nie jest. Bo ta złość, bo te ataki paniki, bo ta niska samoocena. Przez półtora miesiąca nie byłam w stanie ustalić, czego od tej terapii oczekuję. Dopiero niedawno to odkryłam. Najbardziej przeszkadza mi we mnie to, że czuję się uzależniona od bycia ważną. Potrzebuję ciągle docenienia. Uwagi. Bez tego czuję się nic niewarta. Terapeuta powiedział mi: „Wie pani, dziewczynka, żeby móc się rozwijać, być pewna siebie, potrzebuje wspierającego, kochającego bezgranicznie ojca. Pani tego nie miała, więc musi to pani przepracować”.
Odkryłam to w pracy. Kilka miesięcy temu zaczęłam w nowej firmie. Przez jakiś czas nie miałam przydzielonych konkretnych zadań, więc nie mogłam się wykazać i totalnie zgasłam. Jak wreszcie dostałam nowe projekty, to odżyłam. To samo się dzieje w relacjach. Kiedy przyjaciel mówi, że zadzwoni, i nie dzwoni, to nie mogę się skupić, robię się smutna, czasem zła. Ostatnio wyjechaliśmy ze znajomymi na weekend, w dwa samochody. Mieliśmy wspólny apartament. Zostałam dłużej, żeby spakować rzeczy, jeszcze ogarnąć. Wyszłam i zobaczyłam, że znajomi już odjechali. Pomyślałam: „Kurde, ale buraki, nie poczekali na mnie”. Już byłam załamana. A oni się po prostu spieszyli.

Rozumiem, że odbierasz wszystko bardzo osobiście?

Strasznie! Do granic! Ktoś na mnie krzywo popatrzy, a ja już robię z tego gorącą historię, że pewnie mnie nie lubi. A jego może akurat zabolała stopa.
Z dziećmi to samo. Ta moja potrzeba ważności była zaspokajana, gdy byli malutcy. Teraz dorastają. Ostatnio wchodzę do domu, Kubuś robi jakiś projekt do szkoły, Franek czyta, i zamiast się cieszyć, że są już tacy samodzielni, zrobiło mi się przykro. Wkurza mnie, że moje dobre samopoczucie zależy od tego, czy ktoś mnie potrzebuje.
Terapeuta powiedział mi, skąd się może brać ten mój nadmierny smutek, który często przechodzi w nadmierną złość.

Skąd?

Przez tyle lat starałam się być taka grzeczna, nie sprawiać problemów. Czułam smutek, złość, żal, ale nie mogłam ich pokazać, więc one tak we mnie narastały, narastały, aż w końcu po latach zaczęły się wylewać.

Złość na ojca?

Na rodziców, na dom, na samotność, na bycie niesłuchaną. Na wielokrotne przekraczanie moich granic. Teraz jak ktoś tylko trochę je przekroczy, od razu wybucham.

Myślisz, że długo będziesz w terapii?

Nie wiem. Czasem jest bardzo ciężko. Zresztą tego się bałam, że się przez to rozpadnę. Terapeuta spytał mnie o moje pierwsze wspomnienie z dzieciństwa. Powiedziałam mu, jak stałam nad pustym łóżeczkiem brata. To była straszna wizualizacja. Spłakałam się okropnie, bo wreszcie dotknęłam tej samotności. Terapeuta powiedział mi, żebym zamknęła oczy i porozmawiała z tą dziewczynką, która tam stoi.

I co jej powiedziałaś?

Że nie jest sama.

Nadal boisz się, że się rozpadniesz?

Chwilami mam takie poczucie. Ale to są chwile. Bo widzę też, że staję się silniejsza. Staram się nie zawieszać na przeszłości. Teraz skupiam się na moim mężu, na moich chłopcach, na moich przyjaciołach, na moich ćwiczeniach, na sobie. Cudowne jest to słowo MOJE – tyle dobra dookoła mnie.
Czasem się jednak też wstydzę, że się tak skupiam na sobie.

Że dbasz o siebie?

Mam okropne poczucie winy. Myślę, że to nie wypada. To jest takie podprogowe wręcz. Pozbycie się tego jest trudne.

Kontakty z twoją mamą cię nie obciążają?

Obciążają. Jest trochę tak, jakby ten dom przyjeżdżał razem z nią, ale aktywnie to stopuję. Jak ona mówi: „A ojciec się rzuca”, albo coś tam, odpowiadam: „Mamo, ale ja nie chcę tego słuchać. Ojciec się mną nie interesuje, nie chcę w tym uczestniczyć”.
Rozmawiamy czasem z mężem, że moja mama ma szczęście, że moje chłopaki ją uwielbiają. Bo zdarzyło się, że wyrzuciłam ją z domu.

Jak to?

Przyjechała do nas kiedyś na kilka dni zająć się chłopcami. Wróciłam i Jakub powiedział, że babcia go uderzyła. Przyznała, że sobie z nimi nie radzi. Pozwoliłam jej zanocować, ale powiedziałam, że rano ma już jej nie być. Po tym nie widziałyśmy się jakiś czas, ale że chłopcy dopytywali, zadzwoniłam. Podobno od razu jak się z nimi zobaczyła, to ich przeprosiła.
Chciałabym mieć z nią kontakt, bo jest moją matką, babcią moich dzieci. Poza tym ma coraz większe problemy ze zdrowiem. Tyle lat w stresie. Ale staram się ją uspokajać: „Mamo nie przejmuj się, zaopiekuję się tobą. Jakoś to będzie”.

Tatą byś się zajęła, gdyby było trzeba?

Nie zostawiłabym go samego, znalazłabym mu kogoś do opieki, ale sama bym się nim nie zaopiekowała. Jak ja go potrzebowałam, to on nie miał skrupułów. To nie jest zemsta, po prostu nie czuję się w obowiązku. Poza tym ja mam się kim martwić i o kogo troszczyć.

Czy ojciec mógłby zrobić coś takiego, żebyś mu wybaczyła?

To nie jest kwestia wybaczenia. To nawet nie jest kwestia tego, że go nienawidzę. Nie nienawidzę go. Tylko że tego domu już nie ma. Nie da się go odbudować. Ojciec jest dla mnie obcym człowiekiem. Dziwię się mu tylko, że nie chce mieć kontaktów z chłopcami, że do tego nie dąży. Jego strata.

Może żałuje?

Może. Byliśmy tam w tym roku przejazdem. Mógł z nimi pogadać, cokolwiek. Ale jak nas zobaczył, rzucił tylko: „Muszę wyjść”. I wyszedł. Ty byś się nie zachwyciła, że przyjechały twoje wnuki?

Może się wstydzi siebie?

Może. Ale nie mam przestrzeni, żeby jeszcze go rozumieć i wspierać. Może mogłabym mieć, ale nie chcę, bo wiem, ile to kosztuje. Już tę cenę zapłaciłam. Teraz stawiam na wzmacniane siebie. Fajnie się składa, bo raz w tygodniu mam terapię, a potem od razu idę na trening. Ćwiczę aikido. Tam mam przyjaciół. Tam się czuję u siebie.

Na czym polega aikido?

To jest sztuka walki przypominająca taniec. Polega głównie na tym, że przejmuje się energię przeciwnika. Ale bez konfrontacji. Taki subtelny dotyk.

Przypisy