Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , I

5 maja 2016

Dom dobry

Każdy facet powinien mieć w domu piec, do którego codziennie rano, budząc się pierwszy, dorzucałby szuflę węgla, by znów zrobiło się cieplej. I codziennie rano powinien przypominać swojej kobiecie, że ją kocha. Mówić jej to na każdym kroku.

Jacek Rakowiecki: – Jesteś prawdziwym mężczyzną?
Arkadiusz Jakubik: – Tak!

Och!
– I mówię to, patrząc ci prosto w oczy.

Potwierdzam: patrzysz mi prosto w oczy. A zatem widocznie wiesz, co to znaczy „prawdziwy mężczyzna”, choć to dość wieloznaczne sformułowanie.
– Jestem mężczyzną spełnionym. A wiesz, z czym mi się kojarzy prawdziwy mężczyzna? Z wewnętrznym spokojem, równowagą, bezpieczeństwem. To są w byciu mężczyzną rzeczy najbardziej istotne. Mam 47 lat i już chyba jakieś 15 lat jestem w tym przekonaniu o sobie, choć trudno mi znaleźć taką wyraźną cezurę, kiedy to się zdarzyło. Upraszczając – bo jestem dość prostej konstrukcji facetem, przy całym wariactwie i chaosie, który panuje w mojej głowie – zawsze wiedziałem, że najważniejszy jest moment, kiedy osiągnę stan równowagi finansowej, wreszcie przestanę się martwić, czy wystarczy mi do pierwszego, czy będę miał za co nakarmić swoje dzieci, wysłać je do dobrej szkoły i tak dalej. Wiedziałem, że te rzeczy są dla mnie najważniejsze i dopóki nie osiągnąłem tego stanu równowagi finansowo-psychicznej, dopóty inne rzeczy nie miały specjalnego znaczenia.

Czy w przypadku aktora-reżysera-scenarzysty-muzyka ma znaczenie, jakimi środkami osiągasz ten stan równowagi: czy są to pieniądze za satysfakcjonujące Cię dzieła artystyczne, czy za chałtury? Choć akurat ostatnie lata przyniosły Ci prestiżowe sukcesy aktorskie i reżyserskie...
– Ostatni czas jest dla mnie rzeczywiście wyjątkowo dobry. Zaczęło się jakieś 10 lat temu, od „Wesela” Smarzowskiego. Ale moje wychodzenie na prostą pod względem bezpieczeństwa bytowego nie za bardzo wynika akurat z tych aktywności, które wymieniłeś – te obszary nie gwarantują stabilizacji. Dlatego przez lata imałem się przeróżnych zajęć. Na przykład bywałem często lektorem w reklamach, co sobie wysoko ceniłem, bo to trudna, a zarazem bardzo dobrze płatna praca. Faktem jednak jest, że wraz z pierwszymi sukcesami aktorskimi ruszyło też wszystko inne. Wydobyłem się wtedy z typowej aktorskiej sytuacji, gdy siedzisz i czekasz, czy telefon zadzwoni. A kiedy już dzwoni, nie możesz zastanawiać się, czy to ambitna propozycja, czy nie, bo wiesz, że masz już poważny debet na koncie i po prostu nie masz wyjścia. I dopóki moja sytuacja życiowo-materialna nie ułożyła się, trudno mi było uporządkować siebie samego. Kiedy zaś już się ruszyło, to z kopyta, i mogłem zacząć realizować wszystkie swoje wcześniejsze wariackie, porąbane pomysły i marzenia.

Czy to znaczy, że stabilizacja finansowa jest warunkiem koniecznym do zostania prawdziwym mężczyzną? Biedni nie mają szans?
– No cóż, jak mówi gospodarz z „Wesela” Smarzowskiego: „Pieniądze szczęścia nie dają, ale trzeba je mieć”… Dla mnie naprawdę zadaniem każdego mężczyzny jest zagwarantować godziwy byt swojej rodzinie. Reszta nie ma znaczenia – wszystkie artystyczne fantasmagorie w ogóle się nie liczą, jeśli nie masz poustawianej „bazy”.

Czyli odpowiedzialność za sprawy bytowe jako cecha konstytuująca mężczyznę?
– Zdecydowanie.

Wchodziłeś w dorosłość, kiedy Polska odzyskiwała niepodległość. Czy dzisiejszy mężczyzna jest taki sam jak ówczesny?
– Wszystko się wokół zmienia w nieprawdopodobnym tempie. A wartości, które ja wyznaję i próbuję tu opisać, są coraz rzadsze, choć akurat może nie w kręgu osób mi bliskich. Jestem ze swoją żoną już 21 lat, w dzisiejszym świecie jesteśmy zatem jakimiś dinozaurami. Kilku moich przyjaciół pozmieniało swoje życie prywatne i nie ukrywam, że za każdym razem miałem problem, jak znaleźć się w takiej sytuacji, szczególnie gdy chcę pozostać blisko z obiema stronami, a zawsze jest niestety tak, że ich racje są absolutnie nie do pogodzenia i muszę wybierać.

Zmiany dotyczą chyba nie tylko tempa, w jakim żyjemy?
– Oczywiście, że nie. Prawdziwy – w moim rozumieniu – mężczyzna to gatunek na wymarciu. Ale nie chcę wchodzić w rozważania dotyczące na przykład feminizmu czy gender, bo jestem od tych środowisk i światów daleko. Mogę tylko odwołać się do jednego z moich ulubionych filmów – niemieckich „Edukatorów”: trójka młodych anarchistów, z którymi się jako widz identyfikowałem, włamuje się do domów zamożnych ludzi, żeby narobić im artystycznego bałaganu i postraszyć, że „dni ich bogactwa są policzone”. Aż zdarza się, że przypadkiem muszą porwać jednego z bogaczy i ukryć go w domku w górach. Kiedy już dochodzi do rozmowy, ten bogaty Niemiec opowiada im, że kiedyś też był taki jak oni, a swoją żonę poznał w hippisowskiej komunie, potem przyszły dzieci, potrzeby materialne, większy samochód, większe mieszkanie i sam nie zauważył momentu, kiedy zaczął głosować na partię konserwatywną.

Teraz też już jesteś takim „bogatym Niemcem”. Ale przyznasz, że przynajmniej zaczynać trzeba od buntu? Bo jak ktoś zacznie od głosowania na partię konserwatywną, to na czym skończy?!
– Na pewno tak. Ale, o dziwo, dziś młode pokolenie Polaków wcale nie od buntu zaczyna. To jest jakiś syndrom współczesności. My zaczynaliśmy od Jarocina, od rewolucji, od anarchizującej ideologii, a nasze dzieci pokazują nam środkowy palec i zaczynają od wartości konserwatywnych.

Jak wiadomo Korwin-Mikkego wielbi głównie tzw. gimbaza.
– No, niestety. Polityka to świat, od którego uciekam, jak mogę. Ale brać w tym udział trzeba, prawdziwy mężczyzna powinien głosować. To jest absolutny obywatelski i patriotyczny obowiązek. W dodatku nie tracę nadziei, że niezależnie od tego, kto rządzi, żyjemy w normalnej Polsce.

Czy to znaczy, że kolejną cechą prawdziwego mężczyzny jest optymizm?
– Zawsze byłem niepoprawnym optymistą, choć nieraz dostawałem w życiu po głowie. Z optymizmem lepiej i łatwiej się żyje.

Życie jako samosprawdzająca się przepowiednia…
– Tak. Rzeczywistość daje się zaklinać.

Skoro ważną częścią Twojej męskiej biografii jest fakt, że tworzysz od lat trwały i szczęśliwy związek, co nie jest regułą…
– Wręcz jest ewenementem!

Czy w takim razie, aby prawdziwy mężczyzna się uformował, niezbędna jest prawdziwa kobieta?
– Oczywiście. W moim przypadku kobieta, którą spotkałem, jest całkowitym przeciwieństwem mnie – co potwierdzałoby zasadę przyciągania się odmienności. Zarazem jest najważniejszą dla mnie podporą i ostoją. Pierwszym recenzentem wszystkiego, co robię. Przy okazji dodam kolejną ważną cechę prawdziwego mężczyzny: musi umieć mówić „kocham cię” właśnie wbrew potocznemu przekonaniu, że ten zwrot jest synonimem miękkości i niemęskości. Mam taką swoją alegorię w tej kwestii: każdy facet powinien mieć...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy