Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Wstęp

14 września 2016

dOKŁADKA 29

33

Był grudzień 1984. Zbliżały się święta Bożego Narodzenia.Do izby przyjęć w jednym z amerykańskich szpitali wszedł 51-letni mężczyzna i spokojnie oznajmił: „Sądzę, że mam kolejny atak serca”. Nie mylił się. Umarł kilka godzin później.

Tym człowiekiem był Stanley Millgram – najsłynniejszy psycholog społeczny. Przeprowadził wiele fascynujących badań, ale sławę przyniosły mu te, które zrobił, w pewnym sensie, przypadkowo. Zamierzał przeprowadzić eksperyment dotyczący konformizmu. Chciał sprawdzić, czy jeśli człowiek zobaczy, że ktoś inny na polecenie profesora psychologii razi prądem inną osobę, to potem będzie skłonny do zrobienia tego samego. Próbował oszacować, jaki procent ludzi zechce na polecenie eksperymentatora uderzyć kogoś prądem. Co z tego wynikło, opisuje tekst „Posłuszny bez końca”. Badania Milgrama są dla psychologii społecznej tym, czym dla Krakowa Dama z łasiczką Leonarda da Vinci. Mówią o społecznym funkcjonowaniu człowieka dużo i dobitnie. Większość ludzi jest zaszokowana ich wynikami.

Milgramowi zarzucano, że skrzywdził badanych. Zastanawiano się, czy w ogóle dopuszczalne jest w psychologii prowadzenie takich badań, w których uczestnicy nie zdają sobie sprawy z tego, że są badani bądź czego dotyczy badanie. Jestem jak najdalszy od bagatelizowania tego problemu. Chcę natomiast powiedzieć, że bez badań Stanleya Milgrama, Philipa Zimbardo, Solomona Ascha czy Johna Darleya i Bibba Latané, wiedzielibyśmy o społecznym funkcjonowaniu człowieka znacznie mniej niż wiemy dziś. Bronię zatem prawa nauki do takich kontrowersyjnych badań. Nie chodzi mi wszakże o prawo bezwarunkowe, ale wyważone, w którym u progu decyzji o podjęciu konkretnych badań leży z j...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy