Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Człowiek się rodzi

0 418

Przez lata poród był wydarzeniem medycznym, wymagającym stałej kontroli lekarskiej. "Troską" o medyczne bezpieczeństwo matki i noworodka usprawiedliwiano karygodne szpitalne obyczaje. Udręczone i zalęknione kobiety oczekiwały, by jakimś sposobem urodzić za nie dziecko.

Akcja „Rodzić po ludzku” nie bez powodu podawana jest jako przykład najbardziej skutecznych działań społecznych i medialnych ostatnich lat. Dokonała rzeczy, wydawałoby się, niemożliwej. W ciągu kilku miesięcy doprowadziła do znacznej poprawy warunków rodzenia. Przywróciła minimum godności i podmiotowości rodzącej kobiecie. Nie było łatwo to osiągnąć. „Troską” o medyczne bezpieczeństwo matki i dziecka usprawiedliwiano bowiem karygodne szpitalne obyczaje: konieczność chodzenia w zbyt krótkiej koszuli, wykonywanie zabiegów i badań ginekologicznych w skrajnie nieintymnych warunkach. Trudno uwierzyć, że jeszcze dziesięć lat temu tak wyglądała codzienność na sali porodowej: „Kobieta przez wiele godzin przywiązana do łóżka w pozycji na wznak, wcześniej obowiązkowe golenie, lewatywa. Lekarz, który wbrew woli kobiety naciska na jej brzuch, by przyspieszyć urodzenie dziecka, albo podaje lek przyspieszający akcję porodową, bo kończy się jego dyżur. Rutynowe nacięcie krocza. Położna, która zabrania krzyczeć. Żadnego trzymania za rękę, żadnego ludzkiego słowa, całkowita obojętność osób przyjmujących poród: żadnej radości, gratulacji, podziękowania. Zaraz po przyjściu na świat dziecko odebrane matce. Miotający się mąż, który przez kilka dni nie może zobaczyć ani żony, ani dziecka” (relacja z „Gazety Wyborczej”, 1994). Skąd ta obojętność, odarta z jakichkolwiek ludzkich uczuć? Nie da się jej usprawiedliwić tylko obroną przed zawodowym wypaleniem. To skutek wieloletniego procesu, który oddał położnikom pełną władzę nad przebiegiem porodu.
Tajemnica narodzin człowieka zawsze fascynowała, ale też stwarzała pokusy. Zgłębianiu wiedzy o rozwoju prenatalnym i przebiegu porodu towarzyszyła często potrzeba kontrolowania tego naturalnego procesu. Wiedza lekarzy dawała im przewagę
nad rodzącą kobietą. Jej odczucia, intuicja, instynkt przestały się liczyć, zastąpiły je pomiary aparatury. Zastosowanie w położnictwie nowinek technologicznych nieuchronnie zmieniło nastawienie do porodu. W imię bezpieczeństwa rodzącej kobiety i dziecka przestano traktować go jako naturalny proces fizjologiczny, który jedynie w szczególnych przypadkach wymaga pomocy i interwencji. Narodziny stały się stanem podwyższonego ryzyka, wymagającym stałej kontroli lekarskiej, a od matki i noworodka oczekiwano podporządkowania się. Udręczone, zalęknione brakiem informacji kobiety oczekiwały, by „jakimś sposobem” urodzić za nie. W latach 70. ubiegłego wieku postawa ta nasiliła się.
Na całym świece realizowano scenariusz porodu opracowany przez położników w Dublinie. W pierwotnym zamyśle miał on zmniejszyć liczbę cesarskich cięć, jednak szybko został uznany za obowiązujący, niezależnie od stopnia ryzyka. Każdy poród rozpoczynano od przebicia błon płodowych, a gdy parcie trwało dłużej niż dwie godziny, przyspieszano skurcze. O ironio, ten zbiór procedur nazwano aktywnym prowadzeniem porodu. Aktywny był personel medyczny. Rolę kobiety zmarginalizowano, pozbawiając ją swobodnego kontaktu ze swoim ciałem i z nowo narodzonym dzieckiem.
Teorie psychologiczne początkowo wzmacniały surowość salowych, położnych i lekarzy. Behawioryści twierdzili, że człowiek rodzi się jako nieukształtowana istota, którą należy dostosować do reguł życia poza łonem matki. Dlatego oddzielano od niej noworodka (bo musi odpocząć i przyzwyczajać się do samotności). Pierwszy raz dawano dziecku jeść dopiero po 12 godzinach (bo wcześniej pozbawione jest odruchu ssania), a potem karmiono je w ściśle określonych porach (bo żołądek musi trawić i trzeba kontrolować, ile noworodek je). Z czasem psychologia dostarczała coraz więcej dowodów na to, że deprywacja kontaktu z matką ma negatywne skutki dla psychiki dziecka. Zauważono, że bliski kontakt decyduje nie tylko o emocjonalnym, ale również o umysłowym i społecznym rozwoju. Marshall H. Klaus i John H. Kenell przeprowadzili badania, które pokazywały, w jaki sposób rozwija się więź matki z dzieckiem, i podkreślały znaczenie pierwszej godziny po urodzeniu i pierwszego karmienia. Pod koniec lat 70. zaczęto mówić o roli wsparcia ze strony męża – gdy rodząca kobieta czuje się bezpieczna, większe jest prawdopodobieństwo, że poród będzie przebiegał prawidłowo.
Dopiero dziesięć lat później, gdy spadła liczba porodów, pojawiły się zwiastuny zmian w położnictwie. Kiedy pustoszeć zaczęły oddziały – molochy nastawione na obsługę „masową”, a więc w dużym stopniu anonimową i rutynową – ożyła nadzieja na bardziej ludzki sposób traktowania rodzącej kobiety i noworodka. Lekarzom i położnym trudno było jednak odejść od medycznego modelu rodzenia, tak mocno zakorzenionego w położnictwie. Oznaczało to bowiem obniżenie rangi technologii, na rzecz humanizmu. Wymagało też przyznania się do wcześniejszych błędów i zerwania ze złą tradycją. A co najważniejsze, pociągało za sobą konieczność porzucenia pozycji eksperta i podporządkowania się potrzebom kobiety i dziecka.
[nowa_strona] Pierwszym położnikiem reformatorem był Frederic Leboyer. Przekonywał on, że poród powinien przebiegać łagodnie, w ciszy, przy ściemnionych światłach, by chronić now...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy