Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

22 stycznia 2016

Czas, który pozostał

158

Mój film nie miał być zapisem odchodzenia. Chciałam raczej pokazać rzecz najprostszą: że można smakować życie, dotykać go, czerpać ze zwykłej codzienności i relacji z drugim człowiekiem. Nie ma nic cenniejszego – Aneta Kopacz opowiada o niezwykłym filmowym portrecie Joanny Sałygi.

Paulina Pająk: – „lubię dotykać życia. mam tak odkąd pamiętam. zatrzymuje mnie tu i teraz” – pisała na blogu „Chustka”, Joanna Sałyga. Dlatego zdecydowała się Pani zrobić o niej film?
Aneta Kopacz:
– Dokładnie tak. Te słowa to istota samej Joanny i jej pasji życia. A przecież pisząc je, przechodziła przez piekło – ta młoda kobieta wiedziała, że umiera i zostawia małe dziecko. To jest oczywisty dramat, nie trzeba o nim krzyczeć... Dlatego mój film nie miał być zapisem odchodzenia. Chciałam raczej pokazać rzecz najprostszą: że można smakować życie, dotykać go, czerpać ze zwykłej codzienności i relacji z drugim człowiekiem. Nie ma nic cenniejszego.

Kiedy zaczęła Pani czytać blog Joanny?

– Byłam świeżo upieczoną mamą, właściwie nie wychodziłam z domu. Zajmowałam się córką, a radio, prasa, internet były dla mnie jedynym oknem na świat. Natrafiłam na blog Joanny, pochłonął mnie. Byłam zachwycona jej stylem pisania i sposobem patrzenia na świat. Trafiała w sedno, choćby takim zdaniem: „dziś odwiedziliśmy ekskluzywną praktykę prywatną profesora”. Ktoś inny opisywałby skórzane fotele i drogi obraz na ścianie. A ona w niebanalnym, lekko ironicznym zdaniu umiała uchwycić wszystko.
To był dla mnie trudny czas: dziecko, radykalna zmiana, nieprzespane noce... Panuje powszechne przekonanie, że macierzyństwo wiąże się z wielkim szczęściem, a ja byłam przygnębiona, przerażona i przemęczona. Blog Joanny przywrócił mnie na nowo do życia.

Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?
– Spotkałyśmy się w Klubie Księgarza, gdzie prezentowano reportaż radiowy o Joannie. W trakcie emisji, kiedy pojawił się głos jej syna, Jasia, Joanna nie opanowała wzruszenia i wyszła. Po chwili poszłam za nią. Stała w ciemnym, pustym pomieszczeniu, odwrócona, ledwo widoczna. Pomyślałam, że jest bardzo drobna. Z głośników dobiegał dźwięk reportażu – czytano fragment bloga. Podeszłam do niej i przedstawiłam się. Dłuższą chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu, popłynęły nam łzy... Miałam wrażenie wzajemnej bliskości – dziwne uczucie przy pierwszym spotkaniu. Poprosiłam o minutę, by opowiedzieć, jak chciałabym utrwalić jej historię w obrazie. Powiedziała: „Poczekaj na mnie”. Dwa dni potem realizowałam już zdjęcia.

W tym filmie Pani wrażliwość przenika się z wrażliwością Joanny. Otrzymujemy portret codzienności zarazem zachwycającej i kruchej.
– Spotkałam w Joannie człowieka, który tak jak ja kocha życie i z podobną wrażliwością je smakuje. To nas zbliżyło i pozwoliło zbudować interesującą relację, która przełożyła się na film.
Prosta codzienność daje mi najwięcej, mam tak odkąd pamiętam. Wystarczy, że nic nie boli, że ci, których kocham, są zdrowi i mamy za co żyć – jestem szczęśliwa. Wszystko cenne: zapach kawy, powietrza na wiosnę, magia światła, gdy pada deszcz...
Nie mogę się nadziwić powszechnemu rozpychaniu się po więcej i lepiej. Nie rozumiem, po co i do czego ludzie tak gonią. Nie jesteśmy nieprzemakalni, codziennie możemy stracić wszystko. Tego boję się najbardziej, dlatego obsesyjnie staram się niczego nie przegapić, być, czuć, przeżywać, pielęgnować. Nieustannie utrwalam życie w kadrach, próbuję zatrzymać czas tak, by cieszyć się nim jak najdłużej. Nie lubię przemijania, jestem kolekcjonerem chwil.

Najważniejsza chwila przy kręceniu „Joanny”?
– Wydarzyła się poza kamerą. Pewnego wieczoru Joanna odwiedziła nas z Jasiem i swoim mężem, Piotrem. Od razu chciała zobaczyć naszą córeczkę. Olenka już spała. Po cichu poszłyśmy do pokoju dziecinnego, Joanna wzięła ją na ręce, miała łzy w oczach. Potem spacerowałyśmy po ogródku. Asia szła wolno, trzymając się za biodro. Powiedziała do mnie: „To już koniec, czuję to. Janek obudził się w nocy z krzykiem i przybiegł do nas do łóżka. On też już pewnie wie”. Po raz pierwszy pomyślałam, że ona umiera. To było nasze ostatnie spotkanie. Joanna odeszła miesiąc
później.

Andrzej Wajda powiedział: „Tak wyrazistej współczesnej postaci młodej kobiety świadomej tego, że są to ostatnie dni jej życia, a tam, po drugiej stronie nie ma już nic, polskie kino nie stworzyło od lat”.
– Joanna była niezwykle inteligentną kobietą, znała kilka języków obcych. Na temat swojej choroby i możliwych metod leczenia wiedziała niemal wszystko. Powiedziała mi kiedyś: „Znikłam w sześćdziesięciu procentach. Mam świadomość tego, co nie działa i jak bardzo nie działa. O ile świadome życie jest fantastyczne, o tyle świadome odchodzenie – nie”. Jej dramat leżał w tym, że smakując życie wielkimi łyżkami, wiedziała, że za chwilę wszystko straci. Angażowała się całą sobą w relacje z bliskimi, a jednocześnie musiała się z nimi żegnać... Robiła to bez lamentu, bez wynoszenia choroby na plan pierwszy. Odchodziła z wielką klasą, w sposób szlachetny i godny. Ja bym tak nie potrafiła.

Joanna próbowała zostawić dziecku wszystko, co będzie przywoływało jej miłość. Pozostał także film – „czas ocalony” dla najbliższych.
– Czułam ogromną odpowiedzialność. Ważne było to, w jaki sposób utrwalę w obrazie ostatni czas Joanny, Piotra i Jasia, a następnie dokonam wyboru materiału. Joanny już nie ma, a wraz z jej odejściem zniknęła także ta rodzina. Przetrwały chwile, które zarejestrowała kamera. Dlatego wiedziałam, że film nie może kłamać, wygładzać, mamić ckliwością... Musiał być wierny temu, co zaobserwowałam – przede wszystkim w warstwie emocjonalnej.

Udało się Pani stworzyć intymny portret. Czy nie bała się Pani, że przekroczy granice bohaterki?
– Musieliśmy być blisko, także w najtrudniejszych chwilach, a zarazem jak najdalej – tak, by nie burzyć intymności naszych bohaterów. Staraliśmy się być niewidoczni, chowaliśmy się, kręciliśmy przez okno. Kierowaliśmy obiektyw w lustro, a nie na twarze. Stopniowo Joanna, Piotr i Jaś oswajali się z kamerą oraz naszą obecnością w ich życiu.
Joanna widziała materiały zdjęciowe, zanim film powstał, choć złamałam w ten sposób jedną z zasad robienia dokumentu. Wiedziałam, że jest za mądra, by ingerować w moją pracę i kształt filmu. Chciałam, żeby miała pewność, że w żaden sposób jej nie skrzywdzimy. To były ostatnie chwile jej życia.

To zaufanie budowały także rozmowy.
– Spędziłyśmy mnóstwo czasu na rozmowach o wszystkim. Wiele z nich zostało zarejestrowanych. Mówiłyśmy o sprawach błahych, ważnych, o życiu, śmierci, chorobie. O „tu i teraz” oraz o „tam i potem”... Byłam ciekawa jej poglądów, ale pewnych pytań nie potrafiłam zadać. Joanna mnie ośmielała, mówiła: „Pytaj o to, o co boisz się zapytać”.
W końcu porozmawiałam z nią nawet o tym, co będzie z Jankiem, kiedy zabraknie mamy. Po chwili powiedziała, że czuje strach o syna, który mieści się w najprostszej, najbardziej prymitywnej warstwie troski samicy o swoje jajko. Doskonale wiedziałam, co ma na myśli; przecież od niespełna roku byłam mamą. Dopytałam jednak: „Chodzi o to, że nikt tak jak ty nie zawiąże mu szalika zimą?”. Skinęła głową. Płakałyśmy obie. Wiedziała, że nie może nauczyć Jasia niczego na zapas, że on idzie swoim rytmem. Mówiła, że będzie mu towarzyszyła, tak długo, jak będzie to możliwe.

Zostawiła mu też przesłanie – aby sam wyznaczał własną drogę i celebrował życ...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy