Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

22 stycznia 2016

Czas, który pozostał

22

Mój film nie miał być zapisem odchodzenia. Chciałam raczej pokazać rzecz najprostszą: że można smakować życie, dotykać go, czerpać ze zwykłej codzienności i relacji z drugim człowiekiem. Nie ma nic cenniejszego – Aneta Kopacz opowiada o niezwykłym filmowym portrecie Joanny Sałygi.

Paulina Pająk: – „lubię dotykać życia. mam tak odkąd pamiętam. zatrzymuje mnie tu i teraz” – pisała na blogu „Chustka”, Joanna Sałyga. Dlatego zdecydowała się Pani zrobić o niej film?
Aneta Kopacz:
– Dokładnie tak. Te słowa to istota samej Joanny i jej pasji życia. A przecież pisząc je, przechodziła przez piekło – ta młoda kobieta wiedziała, że umiera i zostawia małe dziecko. To jest oczywisty dramat, nie trzeba o nim krzyczeć... Dlatego mój film nie miał być zapisem odchodzenia. Chciałam raczej pokazać rzecz najprostszą: że można smakować życie, dotykać go, czerpać ze zwykłej codzienności i relacji z drugim człowiekiem. Nie ma nic cenniejszego.

Kiedy zaczęła Pani czytać blog Joanny?

– Byłam świeżo upieczoną mamą, właściwie nie wychodziłam z domu. Zajmowałam się córką, a radio, prasa, internet były dla mnie jedynym oknem na świat. Natrafiłam na blog Joanny, pochłonął mnie. Byłam zachwycona jej stylem pisania i sposobem patrzenia na świat. Trafiała w sedno, choćby takim zdaniem: „dziś odwiedziliśmy ekskluzywną praktykę prywatną profesora”. Ktoś inny opisywałby skórzane fotele i drogi obraz na ścianie. A ona w niebanalnym, lekko ironicznym zdaniu umiała uchwycić wszystko.
To był dla mnie trudny czas: dziecko, radykalna zmiana, nieprzespane noce... Panuje powszechne przekonanie, że macierzyństwo wiąże się z wielkim szczęściem, a ja byłam przygnębiona, przerażona i przemęczona. Blog Joanny przywrócił mnie na nowo do życia.

Jak wyglądało wasze pierwsze spotkanie?
– Spotkałyśmy się w Klubie Księgarza, gdzie prezentowano reportaż radiowy o Joannie. W trakcie emisji, kiedy pojawił się głos jej syna, Jasia, Joanna nie opanowała wzruszenia i wyszła. Po chwili poszłam za nią. Stała w ciemnym, pustym pomieszczeniu, odwrócona, ledwo widoczna. Pomyślałam, że jest bardzo drobna. Z głośników dobiegał dźwięk reportażu – czytano fragment bloga. Podeszłam do niej i przedstawiłam się. Dłuższą chwilę patrzyłyśmy na siebie w milczeniu, popłynęły nam łzy... Miałam wrażenie wzajemnej bliskości – dziwne uczucie przy pierwszym spotkaniu. Poprosiłam o minutę, by opowiedzieć, jak chciałabym utrwalić jej historię w obrazie. Powiedziała: „Poczekaj na mnie”. Dwa dni potem realizowałam już zdjęcia.

W tym filmie Pani wrażliwość przenika się z wrażliwością Joanny. Otrzymujemy portret codzienności zarazem zachwycającej i kruchej.
– Spotkałam w Joannie człowieka, który tak jak ja kocha życie i z podobną wrażliwością je smakuje. To nas zbliżyło i pozwoliło zbudować interesującą relację, która przełożyła się na film.
Prosta codzienność daje mi najwięcej, mam tak odkąd pamiętam. Wystarczy, że nic nie boli, że ci, których kocham, są zdrowi i mamy za co żyć – jestem szczęśliwa. Wszystko cenne: zapach kawy, powietrza na wiosnę, magia światła, gdy pada deszcz...
Nie mogę się nadziwić powszechnemu rozpychaniu się po więcej i lepiej. Nie rozumiem, po co i do czego ludzie tak gonią. Nie jesteśmy nieprzemakalni, codziennie możemy stracić wszystko. Tego boję się najbardziej, dlatego obsesyjnie staram się niczego nie przegapić, być, czuć, przeżywać, pielęgnować. Nieustannie utrwalam życie w kadrach, próbuję zatrzymać czas tak, by cieszyć się nim jak najdłużej. Nie lubię przemijania, jestem kolekcjonerem chwil.

Najważniejsza chwila przy kręceniu „Joanny”?
– Wydarzyła się poza kamerą. Pewnego wieczoru Joanna odwiedziła nas z Jasiem i swoim mężem, Piotrem. Od razu chciała zobaczyć naszą córeczkę. Olenka już spała. Po cichu poszłyśmy do pokoju dziecinnego, Joanna wzięła ją na ręce, miała łzy w oczach. Potem spacerowałyśmy po ogródku. Asia szła wolno, trzymając się za biodro. Powiedziała do mnie: „To już koniec, czuję to. Janek obudził się w nocy z krzykiem i przybiegł do nas do łóżka. On też już pewnie wie”. Po raz pierwszy pomyślałam, że ona umiera. To było nasze ostatnie spotkanie. Joanna odeszła miesiąc
później.

Andrzej Wajda powiedział: „Tak wyrazistej współczesnej postaci młodej kobiety świadomej tego, że są to ostatnie dni jej życia, a tam, po drugiej stronie nie ma już nic, polskie kino nie stworzyło od lat”.
– Joanna była niezwykle inteligentną kobietą, znała kilka języków obcych. Na temat swojej choroby i możliwych metod leczenia wiedziała niemal wszystko. Powiedziała mi kiedyś: „Znikłam w sześćdziesięciu procentach. Mam świadomość tego, co nie działa i jak bardzo nie działa. O ile świadome życie jest fantastyczne, o tyle świadome odchodzenie – nie”. Jej dramat leżał w tym, że smakując życie wielkimi łyżkami, wiedziała, że za chwilę wszystko straci. Angażowała się całą sobą w relacje z bliskimi, a jednocześnie musiała się z nimi żegnać... Robiła to bez lamentu, bez wynoszenia choroby na plan pierwszy. Odchodziła z wielką klasą, w sposób szlachetny i godny. Ja bym tak nie potrafiła.

Joanna próbowała zostawić dziecku wszystko, co będzie przywoływało jej miłość. Pozostał także film – „czas ocalony” dla najbliższych.
– Czułam ogromną odpowiedzialność. Ważne było to, w jaki sposób utrwalę w obrazie ostatni czas Joanny, Piotra i Jasia, a następnie dokonam wyboru materiału. Joanny już nie ma, a wraz z jej odejściem zniknęła także ta rodzina. Przetrwały chwile, które zarejestrowała kamera. Dlatego wiedziałam, że film nie może kłamać, wygładzać, mamić ckliwością... Musiał być wierny temu, co zaobserwowałam – przede wszystkim w warstwie emocjonalnej.

Udało się Pani stworzyć intymny portret. Czy nie bała się Pani, że przekroczy granice bohaterki?
– Musieliśmy być blisko, także w najtrudniejszych chwilach, a zara...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy