Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

Choroby czar

202

Jeszcze niedawno choroba psychiczna była powodem wykluczenia społecznego. Chorego ubierano w kaftan bezpieczeństwa i zamykano w szpitalu dla obłąkanych. Dziś zaburzenie psychiczne nie już jest czymś wstydliwym. Może być nawet atutem. O tym, czym tak naprawdę jest zaburzenie psychiczne i jakie konsekwencje niesie diagnoza psychiatryczna mówi prof. BOGDAN DE BARBARO. Prof. dr hab. Bogdan de Barbaro jest psychiatrą i psychoterapeutą, przewodniczącym Sekcji Terapii Rodzin oraz członkiem zarządu Sekcji Naukowej Psychoterapii Polskiego Towarzystwa Psychiatrycznego. Kieruje Zakładem Terapii Rodzin Katedry Psychiatrii Collegium Medicum UJ.

AGNIESZKA CHRZANOWSKA: – Choroba psychiczna to pojęcie stworzone po to, by w usankcjonowany sposób radzić sobie z osobami, które łamią obowiązujące normy społeczne – tak twierdzą przeciwnicy psychiatrii...
BOGDAN DE BARBARO: – Problem polega na tym, że nie ma jednej dobrej definicji zaburzenia psychicznego. Kategoria ta jest częścią dyskursu medycznego i zmienia się w zależności od kultury, czasów, miejsca. Zmieniają się też psychiatrzy, a to oni ustanawiają, co jest zaburzeniem, a co nie jest. Można powiedzieć, że zaburzeniem psychicznym jest to, co psychiatrzy uznają za zaburzenie psychiczne. Psychiatra tak naprawdę jedynie definiuje rzeczywistość, nominuje, nazywa jej elementy. On wcale jej nie odkrywa.

A to, jak ją zdefiniuje zależy od kontekstu kulturowego?
– Kultura jest tutaj decydującym czynnikiem. To, co się dzieje między pacjentem a lekarzem oraz cały kontekst są zanurzone w kulturze. Bycie pacjentem to tak naprawdę rola społeczna. Pacjent nie jest kimś chorym, tylko kimś przyjmującym rolę chorego, czyli osoby leczącej się. Nie każdy pacjent jest chory, może przecież symulować. Z kolei ktoś, kto rzeczywiście cierpi, może się nie leczyć i wtedy nie jest pacjentem. Wejście w rolę chorego może osłabić możliwości i poczucie sprawstwa: „moje życie nie zależy ode mnie, tylko od służby zdrowia”.
Rola lekarza, dawniej kapłana czy szamana, to również rola wyznaczana społecznie. To, co psychiatra robi, jak to robi i jakie ma obowiązki jest wyznaczane kulturowo, ale też ekonomicznie i politycznie. Kultura zaś również wpływa na to, jak jest definiowana choroba, jakie wynikają prawa z bycia chorym, a jakie ograniczenia.

Czy zatem można w ogóle powiedzieć, że choroba psychiczna istnieje realnie?
– To, co istnieje realnie, to ludzie, którzy cierpią. Cierpią z różnych powodów, np. z przyczyn emocjonalnych, z powodu takiej a nie innej drogi życia. Osoba i jej cierpienie to punkt wyjścia. Dopiero potem cierpienia i dolegliwości są organizowane mentalnie przez psychiatrów i psychologów klinicznych, a więc opisywane w kategoriach objawu, zespołu chorobowego czy choroby. Można zatem powiedzieć, że nie ma czegoś takiego jak choroba afektywna, są natomiast ludzie, których cierpienie psychiatrzy nazywają zaburzeniem afektywnym. Realnie istnieją zatem nie zaburzenia, tylko ludzie z zaburzeniami, które psychiatrzy nazywają zgodnie ze stosowaną kategoryzacją.

Jednak nazwanie, nadanie etykiety niesie poważne konsekwencje.
– Diagnoza jest niczym zaklęcie. Psychiatra jest tu zaklinaczem, który zaklina człowieka w diagnozę. Bardzo często ma to pozytywne skutki – osoba chora otrzymuje pomoc. Istnieje jednak ryzyko, że władza płynąca z medycyny może być nadużywana przez medyków.
A potęga medycyny w społecznym odbiorze jest wielka. Pewnym przykładem może tu być placebo, którego siła – jak wykazują badania – stale rośnie. Nasila się wiara w medycynę, neutralna biochemicznie pastylka może zdziałać coraz więcej. Bo ludzie coraz bardziej jej wierzą.

Statystyki pokazują, że lawinowo rośnie liczba rozpoznań psychiatrycznych. Czy rzeczywiście wzrasta liczba zachorowań, czy może po prostu ludzie, którzy do tej pory cierpieli skrycie, ujawniają się?
– Myślę, że do wzrostu liczby pacjentów oddziałów psychiatrycznych i poradni zdrowia psychicznego przyczyniło się i jedno, i drugie. Nie jest możliwe, by szybkie zmiany kulturowe, których jesteśmy świadkami, nie wywierały żadnego wpływu na osoby słabsze psychicznie. Z drugiej jednak strony, ścieżka prowadząca do psychiatry czy psychoterapeuty jest teraz mniej wyboista. Dziś być pacjentem psychiatrycznym to coś zupełnie innego niż 25–30 lat temu.

Czy wiąże się to z tym, że nasza tolerancja odmienności wzrasta?
– Tak. I ta zmiana kulturowa bardzo mnie cieszy. Dla psychiatry „inny” – to nie jest ktoś, kogo należy wykluczyć. Inny może zaciekawiać, wcale nie musi budzić lęku czy agresji. I taka postawa jest w społeczeństwie coraz częstsza. Zmiany obyczajowe przyniosły zatem pewne korzyści. Ludzie mniej się wstydzą siebie samych, swoich potrzeb, nie są narażeni na klątwę za to, że są inni. Dawniej wizyta u psychiatry była czymś bardzo wstydliwym i ten wstyd często powstrzymywał przed szukaniem pomocy. Obecnie ryzyko stygmatyzacji jest mniejsze.

Diagnoza psychiatryczna w mniejszym stopniu niż dawniej stygmatyzuje. A czy można powiedzieć, że istnieje moda na pewne zaburzenia? Wiele mówi się ostatnio o depresji czy ADHD. Czy to nie sprawia, że ludzie z większą łatwością dostrzegają u siebie objawy zaburzeń psychicznych?
– Słowo „moda” sugeruje, że jest to coś powierzchow­nego. Myślę jednak, że to znacznie głębszy proces dotyczący pewnego wzorca kulturowego. Dobrze się dzieje, że ludzie, którzy dawniej nie wiedzieli, że cierpią na depresję, teraz już wiedzą. Inni może wiedzieli, ale bali się pójść do psychiatry. Teraz już się nie boją lub boją w mniej. Mówienie o zaburzeniach psychicznych przynosi zatem korzyści społeczne. Gdy gwiazda Hollywood przyznaje się, że cierpi na pewne zaburzenie, dla innych cierpiących jest to informacja, że nie ma się czego wstydzić. Na przykład w USA w latach 90. pewien dziennikarz pracujący dla prestiżowego czasopisma ujawnił, że zdiagnozowano u niego ADHD. Obecnie w Stanach obserwuje się swoistą modę na rozpoznawanie ADHD u dorosłych. I okazuje się, że lepiej powiedzieć: „Mam ADHD” zamiast: „Jestem roztargniony”. Konsekwencje mogą być jednak przewrotne. Osoby z ADHD organizują się w grupy samopomocy i nie budziłoby to żadnych wątpliwości ani podejrzeń, gdyby nie fakt, że grupy te są sponsorowane przez producentów leków na ADHD. Koło się zamyka.

Choroba psychiczna nie jest już tak wstydliwa jak dawniej, ale czy to znaczy, że w ogóle się jej nie wstydzimy?
– Tak niestety nie jest, wciąż się wstydzimy. Jednocześnie trzeba powiedzieć, że samo utrzymywanie w tajemnicy swoich dolegliwości nie jest czymś złym. Tajemnica czy tabu nie jest wadą. Jest to kwestia prywatności. A prywatność wyznacza pewną granicę, która pozwala nam zdecydować, co i komu powiemy. Umiejętność kontrolowania tej granicy świadczy o zdrowiu psychicznym. To, że ktoś nie zamierza podczas przyjęcia opowiedzieć o swoich intymnych przeżyciach jest czymś naturalnym, a tendencja „wszystko na sprzedaż” czy „wszystko otwarte” wcale nie musi sprzyjać zdrowiu psychicznemu. Ale posiadanie prywatności nie powinno prowadzić do zaniechania, gdy można dostać pomoc od profesjonalisty, czy będzie to psychiatra, czy psychoterapeuta.

Jakie zmiany kulturowe są niepokojące? Jakie elementy naszej kultury i cywilizacji sprawiają, że stajemy się bardziej podatni na zaburzenia psychiczne?
– Jako zagrożenia wskazałbym tu zjawiska opisywane przez socjologów: hedoniz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy