Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne

23 sierpnia 2018

Być jak Romulus

27

Ojciec miał ogromny wpływ na moje myślenie – nie przez to, co mówił, ale przez to, jak żył. Gdy byłem chłopcem, przyjaźnił się z człowiekiem, który postradał zmysły. Nigdy nie traktował go protekcjonalnie. Patrzył na innych bez uprzedzeń - mówi prof. Raimond Gaita.

PAULINA CHOŁDA: „Miłość nie jest pociechą, lecz światłem” twierdziła filozofka Simone Weil. W książce „A Common Humanity: Think[-]ing about Love and Truth and Justice” poruszająco opowiada Pan o tym, jak spotkał owo światło, pracując w szpitalu psychiatrycznym. Wspomina Pan, że na początku podziw budzili niektórzy lekarze. Potem pojawiła się zakonnica i…
RAIMOND GAITA: I zobaczyłem miłość. Jakiego innego słowa można użyć, by opisać jej postawę wobec osób pozbawionych wszystkiego, co nadaje sens życia większości z nas? Wielu powiedziałoby, że ci pacjenci utracili godność, człowieczeństwo i że nie warto żyć takim życiem. W przypadku psychiatrów byłem pod wrażeniem ich współczucia i odwagi. Odwagi, bo byli obiektem kpin, wyśmiewano ich jako idealistycznych głupców. Podziwiałem ich. Gdy pojawiła się zakonnica, to nie jej szlachetność mnie uderzyła. Poruszyło mnie, że ludzi odartych ze wszystkiego traktowała jak równych sobie.

Jak bliźnich…
To doświadczenie odmieniło moje życie. Pracowała tam także terapeutka, życzliwa i dobra kobieta. Słyszałem, jak zachęcała jednego z pacjentów: „Fred, dobrze sobie radzisz. W zeszłym tygodniu zrobiłeś 5 haczyków, a dziś udało ci się zrobić 10!”. Jej podejście zdawało się mówić: „Jak inaczej mogłabym się wobec nich zachowywać?”. Potrafię to zrozumieć. Patrząc na ich życie – beznadziejne, zrujnowane – trzeba było zdobyć się na współczucie. Ale okazywanie go bez cienia politowania wydawało się abstrakcją. Dlatego tak poruszyła mnie postawa zakonnicy. Wiele lat później przeczytałem u Simone Weil: „Współczucie dla zdruzgotanych cierpieniem jest niemożliwością. Jest cudem większym niż chodzenie po wodzie”. Na doświadczenie w szpitalu przygotowały mnie przeżycia z dzieciństwa, choć zdałem sobie z tego sprawę wiele lat później. Gdy byłem chłopcem, mój ojciec Romulus przyjaźnił się z Vackiem, człowiekiem chorym psychicznie, który mieszkał między dwoma wielkimi głazami, mówił do siebie, jedzenie „marynował” w swoim moczu. Oczywiste było, że postradał zmysły. Gdy miała się ukazać moja książka o ojcu, miejsce, gdzie mieszkał tamten człowiek, pokazałem pewnej dziennikarce. Spytała, czy wydawał mi się dziwaczny. Bez namysłu odpowiedziałem: nie. Potem uświadomiłem sobie, że stało się tak za sprawą ojca, który nigdy nie traktował Vacka protekcjonalnie. Zauważyłbym to – dzieci są w takich sprawach niezwykle wrażliwe. Myślałbym wtedy: Vacek jest w porządku, ale nie jest jednym z nas. A nigdy tak nie czułem. Co ciekawe, większość z nas przyznałaby, że należy zachowywać się jak mój ojciec czy zakonnica, a jednak ile takich osób spotkałem? Choć mam ponad 70 lat, mógłbym je policzyć na palcach rąk.

Filozofia pomogła Panu znaleźć odpowiedź, dlaczego tak niewielu jest do tego zdolnych?
Próbowałem to zrozumieć. Przecież nie wymaga to odwagi czy ryzykowania życiem, a jednak w takiej postawie kryje się jakaś zasadnicza trudność. Co ciekawe, w przypadku psychiatrów podziwiałem ich samych. Natomiast zakonnica nie przykuwała mojej uwagi. Myślałem o tym, co swoim postępowaniem wyjawiła mi o życiu. Ona w jakimś sensie była przezroczysta. Przezroczysta dla dobra, które przenikało jej postawę.

Potrafiła dojrzeć u pacjentów „jedyną rzecz identyczną u wszystkich ludzi – obecność ogniwa łączącego nas z rzeczywistością poza tym światem”, o którym mówi Simone Weil?
Weil często powtarzała, że miłość nadprzyrodzona jest szalona. Sam nazwałem ją miłością „nie z tego świata”, ale wtedy mówiono, że muszę być wierzący, a nie jestem. Simone Weil uważała, że miłość bliźniego jest przejawem miłości Boga – to, jak Go kochamy, objawia się w tym, jak miłujemy bliźniego. Dla mnie ważna jest historia opisana przez Prima Leviego, chemika i ateistę, w książce Czy to jest człowiek. Wspomina, że w Auschwitz tuż przed wyzwoleniem obozu wśród więźniów panował tyfus. Jeden z nich, młody Holender, Ladmaker, miał czerwonkę. Zsunął się z łóżka i jęczał, leżąc w swoich wymiocinach i odchodach. A wtedy Karol, przyjaciel Leviego, zszedł z łóżka i ubrał się w ciszy. Wyciął nożem wszystkie ubrudzone części słomianego materaca i koca. Z matczyną czułością podniósł Ladmakera z ziemi, oczyścił i ułożył na łóżku. Potem zeskrobał brud z podłogi i rozlał środek dezynfekujący na wszystko, łącznie z sobą. To, co Karol zrobił, było niezwykłe. Jednak – jak podkreśla Levi – większym cudem niż gest pomocy, wykraczający poza obowiązek względem człowieka, który i tak umierał, była matczyna czułość, z jaką Karol to zrobił. Nie jest to kwestia moralnych mięśni czy trzymania się zasad, lecz właśnie przejaw tej miłości nie z tego świata i skierowanie uwagi na absolutne dobro.

Dlaczego tak rzadko dajemy drugiemu człowiekowi tę czułość?
Filozofka i pisarka Iris Murdoch powiedziałaby, że winne jest nasze „rozdęte, nieugięte ego” oraz naturalna skłonność do tego, co przeciętne.

Czy taka już jest nasza natura, czy też można to zmienić?
Nie wiem. Faktem jest, że coraz bardziej brakuje nam języka, który potrafi wyrazić tę delikatną materię i mówić o świętości życia. Zarazem, gdy ludzie posiadali jeszcze odpowiedni język i używali go, ni...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy