Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

BRAMY NIEBIOS SĄ WSZĘDZIE

0 198

W raju wszystko było dobre. Jak wrócić do tego pierwotnego szczęścia? Drogą jest miłość – twierdzi JAN M. BEREZA. Ojciec Jan M. Bereza jest filozofem i teologiem. Pełni funkcję doradcy Europejskiej Komisji „Monastic Interreligious Dialogue”. Jest również członkiem Komitetu Episkopatu Polski ds. Dialogu z Religiami Niechrześcijańskimi. W Klasztorze Benedyktynóww Lubiniu stworzył Ośrodek Medytacjii Dialogu Międzyreligijnego. Napisał książkę „Sztuka codziennego życia”.

Szczęśliwym zapewne jest ten, kto nie pyta o szczęście. Pytania tego bowiem nie stawia się czysto teoretycznie. Zakłada ono odczuwany dualizm szczęścia i jego zaprzeczenia – nieszczęścia. Gdy Bóg umieścił człowieka w ogrodzie Eden, widział, że wszystko było bardzo dobre. Ten okres nazywa się zwykle pierwotnym stanem szczęścia. Dualizm pojawił się po skosztowaniu owocu drzewa poznania dobra i zła. Od tego momentu człowiek doświadczał szczęścia i nieszczęścia. Teologia mówi tu o grzechu pierworodnym. W innym języku możemy mówić o wyalienowaniu się z własnej, prawdziwej istoty, prawdziwego „ja” – i w konsekwencji niemożności poznawania siebie samego takim, jakim się jest w rzeczywistości. Pogrążamy się zatem w iluzji.

Historia biblijna nie musi odnosić się do czasu w sensie historycznym. Możemy ją rozumieć w odniesieniu do przemiany ludzkiej świadomości, od doświadczania jedności do dualistycznego myślenia i prze-żywania ludzkiej egzystencji. Czasami trzeba przejść przez wielką burzę w życiu, doświadczyć wiele bólu i cierpienia, może nawet upaść, otrzeć się o zło pod różnymi postaciami i „być leczonym, zamiast leczyć innych” (jak pisał profesor Kazimierz Dąbrowski), aby powrócić do owej pierwotnej jedności i szczęścia, powrócić innym, przemienionym.

W moim osobistym doświadczeniu ten powrót dokonuje się w ciszy i bezruchu medytacji, które pozwalają dotrzeć do tego, co jest podstawą bycia, co jest przed..., także przed szczęściem i nieszczęściem. Często lękamy się tej przemiany, bywa ona niekiedy bardzo bolesna. Dlatego uciekamy przed nią i robimy tysiące rzeczy, czasami pożytecznych, uzasadniając i oddalając konieczność powrotu. Wyrazem tego doświadczenia był wiersz, który napisałem kilka lat temu: „Bardzo ważne jest,/ abyśmy doświadczali ciszy,/ ciszy, która wykracza poza/ nazwę i formę./ Bardzo ważne jest,/ abyśmy doświadczali ciszy,/ ciszy, która jest wewnątrz nas/ jak w skorupie orzecha,/ ciszy, która niczego/ nie wyklucza./ W ciszy/ umysł znajduje spoczynek,/ w ciszy/ wyczerpuje się gniew,/ w ciszy/ ustaje pożądliwość,/ w ciszy/ zanika niewiedza,/ w ciszy/ jesteśmy zdolni/ dostrzec promień światła,/ które jest w nas./ Ciszą można się przerazić,/ ciszą można się zachwycić,/ cisza może być niewinna,/ cisza może być intymna./ Gdy mnożą się trudności,/ powinniśmy powracać do ciszy”.

W Ewangelii Mateusza początek nauczania Jezusa Chrystusa to „Kazanie na górze”. Użyte w nim greckie słowo „makarioi” bywa często tłumaczone jako „błogosławieni”. Bardziej jednak odpowiada mu polskie „szczęśliwi”. „Szczęśliwi ubodzy w duchu (...), szczęśliwi, którzy się smucą (...), szczęśliwi cisi (...), czystego serca (...), którzy wprowadzają pokój (...), którzy cierpią prześladowanie (....)”. Co w tym wszystkim może być szczęśliwego?

Z punktu widzenia duchowej przemiany każde nieszczęście przeżyte, przyjęte, zaakceptowane, może stać się okazją do wewnętrznej przemiany. Nauka chrześcijańska podkreśla zbawczą rolę cierpienia przez jego odniesienie do cierpienia i śmierci, ale i tryumfu zmartwychwstania Jezusa. Widzimy to często w życiu świętych. Cierpienie spowodowane chorobą czy niezrozumieniem przez współczesnych było tym, co ich oczyszczało, przemieniało i prowadziło do pierwotnej, dziecięcej ufności w zwycięstwo dobra i miłości. Każde nieszczęście może być okazją do przemiany i powrotu do raju.

Bliskie jest mi szczególnie doświadczenie cystersa Thomasa Mertona. Na początku swej drogi duchowej usłyszał w swym wnętrzu słowa: „Dam ci wszystko, czego pragniesz. Poprowadzę cię w samotność, poprowadzę cię drogą, której nie potrafisz absolutnie zrozumieć, bo chcę, żeby to była droga najkrótsza. Wszystkie rzeczy wokoło ciebie uzbroją się przeciwko tobie, aby się wyrzec ciebie, aby cię ranić, aby ci sprawić ból, a przez to doprowadzić cię do osamotnienia. Ich wrogość sprawi, że pozostaniesz wkrótce zupełnie sam. Wyrzucą cię precz, opuszczą cię, odrzekną się ciebie i będziesz samotny. Wszystko, co cię dotknie, będzie cię palić, i z bólu będziesz cofał swą rękę, aż oddalisz się od wszystkich rzeczy stworzonych... abyś mógł się stać bratem Boga i nauczyć się poznawać Chrystusa ludzi wypalonych płomieniem”. Były to słowa prorocze. Po kilku latach spędzonych w pustelni niedaleko Opactwa Gethsemani w Kentucky, Merton wybrał się w podróż do Azji. Czas duchowej walki i cierpienia zaowocował nowym widzeniem świata, wszystko stało się proste i jasne. Sześć dni przed swoją śmiercią Merton napisał: „Nie pamiętam, abym kiedykolwiek w życiu miał tak silne poczucie piękna i mocy duchowej, połączonych ze sobą w ekstatycznej iluminacji. Wiem, że zobaczyłem to, czego w niejasny sposób szukałem, nie wiem, co jeszcze pozostaje, ale zobaczyłem i przebiłem się przez powierzchnię, i dotarłem w głąb, poza cień i przebranie”.

Jestem przekonany, że ci, którzy przeżyli coś podobnego, nie żałują niczego, również tych nieszczęśliwych momentów. W stanie najwyższej iluminacji, będącej zwykle owocem długich medytacji i kontemplacji, pojawia się spontanicznie całkowite zapomnienie o sobie i traci się tak charakterystyczną dla racjonalnego, dualistycznego myślenia strukturę podmiot-przedmiot. „W tym momencie świadomość naszego fałszywego »ja« odpada od nas jak brudne ubranie, ciężkie od wilgoci i błota. Głębokie »ja« leżące zbyt głęboko dla refleksji i analizy uwalnia się i zapada w przepaść Bożej wolności i Jego pokoju” – twierdz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy