Alka Adamowicz (@alka_positive): To, jak traktujemy siebie, staje się niepisaną instrukcją dla świata, jak może nas traktować. Dzięki niej w relacji z partnerem nie musimy się ratować ani wypełniać pustki

Materiały partnera

Trudności ze zbudowaniem bliskości w związkach zwykle mają początek w dzieciństwie, w domu rodzinnym i nienazywanych wtedy emocjach. W rozmowie z Charakterami Alka Adamowicz, psycholożka i autorka książki „Bliskość”, opowiada o niewidzialnych scenariuszach relacyjnych, które zapisują się w nas, zanim jeszcze nauczymy się je rozpoznawać. Mówi o stylach przywiązania, lęku przed porzuceniem i utratą siebie czy miłości mylonej z kontrolą.

To również wywiad o tym, jak ciało reaguje na emocjonalną samotność, dlaczego intensywność bywa fałszywą obietnicą bliskości i w jaki sposób relacja z samą sobą staje się warunkiem każdej dojrzałej więzi. Zapraszamy do lektury!

W swojej najnowszej książce, zatytułowanej Bliskość, pokazuje Pani, że brak bliskości emocjonalnej wcale nie zaczyna się w związkach, a w dzieciństwie. W jaki sposób nasze pierwsze relacje wpływają na to, jak potem budujemy więzi?

Dom rodzinny jest pierwszą, najważniejszą szkołą życia. To tam, często bez wielkich słów, w cichym teatrze codzienności, otrzymujemy własną „mapę normalności”. Obserwując rodziców, to, jak na siebie patrzą, jak rozwiązują konflikty, jak – i czy w ogóle – ze sobą rozmawiają, zapisujemy głęboko pod skórą niewidzialne scenariusze miłości. Być może nauczyliśmy się wtedy, że na uwagę trzeba zasłużyć, że bezpieczniej jest ukrywać emocje niż je pokazywać albo że miłość wiąże się z koniecznością ciągłego poświęcania się. Rodzice wyposażyli nas w konkretną „skrzynkę z narzędziami”, włożyli do niej to, co sami mieli: czasem była to troska, a czasem lęk, chłód, krytyka. I tu najważniejsza wiadomość: to, co wynosimy z domu, jest dziedzictwem, a nie wyrokiem. Dziś, jako dorosła osoba, masz prawo otworzyć tę skrzynkę. Możesz z czułością obejrzeć każde narzędzie i zdecydować: „To mi już nie służy. To chcę oddać. A to najchętniej wymienię na nowe – na bliskość, szacunek i łagodność”. Masz moc, by napisać ten scenariusz od nowa.

POLECAMY

W jakim stopniu style przywiązania wpływają na to, czy potrafimy być w bliskości, czy raczej ją sabotujemy – chociaż wewnętrznie bardzo jej pragniemy?

Style przywiązania działają jak wewnętrzne oprogramowanie. To taki niewidzialny scenariusz napisany w dzieciństwie, oparty na prostej zasadzie „jeśli…, to…”, który uruchamia się automatycznie, zwłaszcza gdy w grę wchodzą silne emocje lub stres. Często pragniemy bliskości, a nieświadomie robimy wszystko, by ją zepsuć. Jak to wygląda? Jeśli ktoś ma styl lękowy, jego serce krzyczy o miłość, ale lęk przed porzuceniem każe mu ją ciągle sprawdzać. Taka osoba może więc sabotować spokój w relacji poprzez nadmierną kontrolę, „przyklejanie się” czy wywoływanie dramatów, byle tylko dostać dowód, że jest ważna i nie zostanie sama. Z kolei ktoś, kto ma styl unikający, może kojarzyć bliskość z utratą wolności. Choć w głębi duszy tęskni za ciepłem, to gdy inni podchodzą zbyt blisko, instynktownie zakłada „zbroję”. Wycofuje się, milknie lub ucieka w pracę, ponieważ się boi, że w relacji straci siebie i niezależność, która kiedyś pozwoliła jej przetrwać. Badania pokazują, że sposób, w jaki byliśmy traktowani przez ważne dla nas osoby – szczególnie w momentach stresu i potrzeby – ukształtował nasze oczekiwania i przekonania dotyczące wszystkich przyszłych związków. Zrozumienie, jaki scenariusz nami kieruje, to moment zwrotny. To chwila, w której przestajemy reagować nawykowo na cienie z przeszłości, a zaczynamy świadomie budować relację opartą na tym, co jest tu i teraz. Uświadomienie sobie tych wzorców to pierwszy, odważny krok ku wolności.

Fot. Krystian Zieliński

Czym się różni prawdziwa bliskość od relacji opartych na pragnieniu bycia potrzebnym, nawyku kontroli lub lęku przed odrzuceniem?

Prawdziwa bliskość to przede wszystkim oddech. To przestrzeń, w której można wreszcie zdjąć maskę, przestać wciągać brzuch i udawać, że ze wszystkim dajemy sobie radę. To poczucie, że nie musimy być jacyś – idealni, zabawni czy zawsze silni – by zostać przyjętym. W takiej relacji mamy pełne prawo do błędów i słabości, a nasze „nie wiem” lub „nie mam siły” spotyka się z czułością, a nie z oceną. To bezpieczna przystań, która koi układ nerwowy, zamiast go nakręcać. Relacje oparte na lęku, kontroli czy potrzebie bycia „niezastąpioną” natomiast przypominają ciągłą szarpaninę. To życie w napięciu, z tykającym w głowie pytaniem: „Czy zrobiłam wystarczająco dużo, by na mnie spojrzał?”. W takim układzie miłość staje się nagrodą za dobre sprawowanie, walutą, na którą trzeba codziennie zapracować spełnianiem cudzych oczekiwań. Różnica jest ogromna: prawdziwa bliskość daje wolność i spokój, podczas gdy relacja budowana na lęku zabiera swobodę, zamykając w klatce ciągłego udowadniania swojej wartości.

W Bliskości dużo miejsca poświęca Pani relacji z samą sobą. Czy bez jej zbudowania nie będziemy potrafiły doświadczyć bezpiecznej bliskości w relacjach partnerskich?

Bez relacji z samą sobą bardzo trudno jest stworzyć bezpieczną bliskość z kimś innym. Bo to właśnie od niej wszystko się zaczyna. Jeśli nie słuchamy swoich emocji, nie uznajemy własnych potrzeb i nie traktujemy siebie z życzliwością, w relacji partnerskiej łatwo wchodzimy w lęk, zależność albo ciągłe szukanie potwierdzenia poczucia własnej wartości. Relacja z samą sobą to jedyna więź, która trwa całe życie. Kiedy uczymy się być dla siebie czułe, uważne i wspierające, naturalnie zaczynamy budować takie same relacje z innymi. To, jak traktujemy siebie, staje się niepisaną instrukcją dla świata, jak może nas traktować. Dzięki niej w relacji z partnerem nie musimy się ratować ani wypełniać pustki. Możemy po prostu być razem.

Dotyka Pani również tematu psychosomatyki. W jaki sposób brak bliskości objawia się somatycznie i psychicznie? Czy tak samo to działa u kobiet i mężczyzn?

Samotność to nie tylko cichy smutek, który nosimy w sercu, ale przede wszystkim stan alarmowy dla organizmu, który interpretuje brak bliskości jako realne zagrożenie dla życia. Kiedy więzi słabną, ciało zaczyna chorować z tęsknoty, zalewając krwiobieg kortyzolem i wywołując stany zapalne, które niszczą nas od środka. To biologiczne wołanie o pomoc objawia się somatycznie poprzez uporczywe bóle głowy, napięcie mięśniowe, trudności ze snem czy drastyczny spadek odporności. Brak głębokich relacji osłabia nas psychicznie i często prowadzi do lęku, depresji i bolesnego poczucia pustki, którego nie da się zagłuszyć powierzchownymi bodźcami. Te mechanizmy są uniwersalne i dotyczą wszystkich ludzi. Jest to wpisane w ludzkie DNA – niezależnie od płci każdy z nas nosi w sobie tę samą pierwotną potrzebę więzi, której nie da się oszukać. Gdy człowiekowi brakuje bliskości, jego ciało staje się jedynym głosem, który ma odwagę mu przypomnieć, że został stworzony do życia w relacji, a nie w izolacji.

Jest Pani znana w sieci jako @alka_positive i prowadzi tam bardzo aktywną działalność. Jak dziś media społecznościowe wpływają na nasze rozumienie bliskości, relacji i intymności? To, że mają na nas niebagatelny wpływ, wiemy wszyscy.

Media społecznościowe są dziś trochę jak wielki bal maskowy. Wchodzimy tam często z nadzieją na kontakt i ukojenie, a wychodzimy z poczuciem, że czegoś w nas jeszcze bardziej brakuje i coś jest z nami nie tak. Bo choć jesteśmy w sieci, to coraz rzadziej naprawdę jesteśmy ze sobą i dla siebie nawzajem. Scrollując, oddajemy to, co w relacjach najcenniejsze: czas i uważność. A bez nich bliskość nie ma jak się wydarzyć. Zostają obrazy, skróty, reakcje. Za dużo bodźców, a za mało obecności. Do tego dochodzi porównywanie się z innymi – nasza zwyczajna codzienność zestawiana z cudzym starannie wybranym wyretuszowanym kadrem. To bardzo obciąża psychikę i sprawia, że coraz częściej czujemy się niewystarczający, nawet jeśli obiektywnie mamy wszystko, czego potrzebujemy. Mózg nie karmi się pikselami. To dla niego puste kalorie. My, ludzie, jesteśmy stworzeni do czegoś innego – potrzebujemy zapachu drugiej osoby, ciepła jej głosu, tej bezpiecznej ciszy między zdaniami i uważnego spojrzenia, które mówi: „Widzę cię”. Tego nie da się zastąpić żadnym lajkiem ani serduszkiem na ekranie. I mamy pełne prawo czuć się zmęczeni tym cyfrowym hałasem. Mamy prawo tęsknić za czymś głębszym, co naprawdę karmi serce. Bo nasza wartość nigdy nie mierzyła się zasięgami ani liczbą reakcji, ale zdolnością do zatrzymania się i bycia tu i teraz – dla siebie i dla drugiego człowieka.

Jedno z najczęściej wyszukiwanych w sieci zapytań brzmi: „jak znaleźć miłość?”. Dlaczego – z perspektywy psychologii relacji – to poszukiwanie tak często kończy się rezygnacją lub frustracją?

Poszukiwanie miłości bywa jak próba złapania motyla. Im szybciej biegniemy, im mocniej zaciskamy dłonie, tym pewniejsze, że nam ucieknie. W psychologii relacji często widzimy, że największa frustracja nie wynika z tego, że „nikogo nie ma”, ale z tego, z jakiego miejsca szukamy. Kiedy wchodzimy w randkowanie z poczuciem braku, nasza psychika nie szuka drugiego człowieka, szuka ratunku. Kogoś, kto ukoi stare rany, potwierdzi naszą wartość, wypełni pustkę. Wtedy w relacji zamiast ciekawości i otwartości pojawiają się napięcie, lęk i czujność. Zamiast spotkania rodzi się presja. Zamiast bliskości – potrzeba, by ktoś „coś nam dał”. Często też nieświadomie wracamy do znajomych schematów. Wybieramy osoby emocjonalnie niedostępne, bo to uczucie jest nam znane. Paradoksalnie umysł uznaje je za bezpieczniejsze niż coś nowego i zdrowego, nawet jeśli wiemy, że nas to boli. Prawdziwa zmiana zaczyna się wtedy, gdy odwracamy pytanie. Zamiast „Dlaczego nie mogę nikogo znaleźć?” stawiamy inne, dużo ważniejsze: „Jaką relację mam dziś ze sobą?”. Miłość nie jest trofeum do zdobycia ani lekarstwem na samotność. Najczęściej pojawia się wtedy, gdy przestajemy traktować bycie singlem jak poczekalnię do prawdziwego życia, a zaczynamy w nim naprawdę być. Gdy odzyskujemy poczucie kompletności bez drugiej osoby. Właśnie wtedy przyciągamy ludzi, którzy nie chcą nas ratować ani być ratowani. Frustracja znika, gdy miłość przestaje być warunkiem szczęścia, a staje się jego spokojnym, dojrzałym dopełnieniem.

Inną często wyszukiwaną frazą jest: „dlaczego nie mogę znaleźć miłości?”. Jak Pani myśli, jaką rolę odgrywają w tym nieuświadomione schematy relacyjne opisane w Bliskości, a jaką social media czy różnorakie aplikacje randkowe?

To pytanie bardzo rzadko dotyczy samej miłości. Częściej dotyczy doświadczeń, które nosimy w sobie. Gdy jej nie znajdujemy, naturalnie zaczynamy szukać winy na zewnątrz, w świecie, w innych ludziach, w aplikacjach. A tymczasem wiele odpowiedzi zapisanych jest w naszych wewnętrznych historiach o bliskości. Każdy z nas nosi w sobie pewien „scenariusz relacji”, ukształtowany bardzo wcześnie. Warto poznać swój styl przywiązania. Jeśli bliskość kojarzyła się kiedyś z odrzuceniem, chłodem albo nadmierną kontrolą, dorosła psychika, często zupełnie nieświadomie, podąża w podobne miejsca. Nie dlatego, że tego chcemy, ale dlatego, że to znamy. Umysł lubi to, co przewidywalne, nawet jeśli to boli. Media społecznościowe i aplikacje randkowe tylko to wzmacniają. Dają poczucie, że wybór jest nieskończony, a relacje powinny być szybkie, łatwe i bez wysiłku. Gdy pojawia się trudność, zamiast ją zobaczyć i zrozumieć, łatwiej jest „przesunąć dalej”. Technologia nie zabiera nam zdolności do miłości, ona jedynie obnaża nasz lęk przed prawdziwą bliskością, która wymaga czasu, odwagi i pokazania siebie bez filtra. To moment, w którym warto zapytać nie „Dlaczego nikogo nie ma?”, ale „Jakiej bliskości się nauczyłam i czy ona mi dziś służy?”.

Fot. Krystian Zieliński

Jak odróżnić zdrowe sygnały zainteresowania partnera czy przyszłego partnera od dynamiki opartej na lęku przed samotnością lub potrzebie potwierdzenia własnej wartości?

Kluczem jest obserwacja tempa i stabilności relacji. Zdrowe zainteresowanie ma w sobie spokój, opiera się na ciekawości, szacunku i spójności między słowami a czynami. Daje poczucie bezpieczeństwa, nie pędzi, nie naciska, nie używa fajerwerków po to, by nas zatrzymać. Daje przestrzeń na bycie sobą. Relacja oparta na lęku wygląda zupełnie inaczej. Jest intensywna, szybka, często bardzo romantyczna na starcie. Ogrom pięknych słów, szybkich deklaracji, nieustającego zachwytu. Ale pod spodem jest napięcie. Brakuje miejsca na oddech, na granice, na powolne poznawanie się. Jeśli czujemy, że ta relacja pędzi, a nasza wartość zależy od aprobaty partnera, prawdopodobnie to nie jest ciekawość drugiego człowieka, tylko desperacka próba uciszenia własnych lęków i samotności. Dobra wskazówka jest bardzo prosta: zdrowa miłość nie chce nikogo posiąść ani naprawić. Dobra miłość widzi człowieka i chce go poznać. Jeśli czyjeś zainteresowanie sprawia, że druga osoba czuje się spokojniejsza, to dobry znak. Jeśli sprawia, że czuje się odpowiedzialna za czyjeś emocje albo boi się, że „coś zepsuje”, warto się zatrzymać. Miłość lękowa traktuje drugą osobą jak „plaster na niezagojone rany”. Warto o tym pomyśleć.

Czyli intensywność – ciągłe spotkania, telefony, rozmowy na komunikatorach – na początku relacji mogą być nie tyle znakiem rodzącej się bliskości, ile raczej sygnałem nierozpoznanych potrzeb emocjonalnych? Większość osób uznaje, że jest to love bombing i red flag. A jakie jest Pani zdanie?

Często mylimy tę początkową gorączkę – setki wiadomości, telefony w środku nocy, chęć bycia ze sobą non stop – z wielką, filmową miłością. Wydaje nam się, że im szybciej i mocniej bije serce, tym uczucie jest prawdziwsze. Jednak z perspektywy psychologii bliskości taki pośpiech i „duszna” intensywność to nierzadko maska dla lęku. To może być sygnał, że w środku krzyczą niezaspokojone potrzeby emocjonalne: „Zauważ mnie! Nie zostawiaj! Bądź tylko mój!”. Czasem jest to love bombing, a czasem po prostu lękowy styl przywiązania, przez który ten ktoś panicznie boi się ciszy i przestrzeni. Prawdziwa, bezpieczna bliskość nie lubi pośpiechu. Ona buduje się powoli, cicho, „cegiełka po cegiełce”. Wymaga czasu, by naprawdę kogoś poznać, a nie tylko zakochać się w swoim wyobrażeniu o nim. Jeśli czujemy, że relacja pędzi tak szybko, że brakuje nam tchu, to zazwyczaj sygnał, że napędza ją głód emocjonalny, a nie dojrzały wybór. Pamiętajmy: zdrowa miłość przynosi spokój i ukojenie, a nie ciągłe napięcie i emocjonalny rollercoaster.

Jak więc nauczyć się rozpoznawać sygnały bezpieczeństwa w relacji, a nie tylko ekscytacji czy napięcia?

To pytanie dotyka samego serca relacji. W świecie, który uczy nas szukać fajerwerków, łatwo bowiem pomylić poruszenie z bliskością, a napięcie z miłością. Tymczasem to, co naprawdę leczy i buduje, bywa ciche. Wiele osób wierzy, że miłość musi uderzyć jak piorun. To, co intensywne, bywa kuszące i często bierzemy to za znak przeznaczenia. Tymczasem ten dreszcz może być po prostu głosem przeciążonego układu nerwowego, który zna napięcie lepiej niż spokój. Jeśli naprawdę chcemy rozpoznać bezpieczeństwo w relacji, spróbujmy na chwilę przestać pytać serce o „motyle”, a zacząć pytać ciało o to, czy może się rozluźnić. Bezpieczna bliskość rzadko krzyczy. Jest jak stabilny grunt, daje oparcie, a nie zawrót głowy. Bezpieczeństwo objawia się w przewidywalności: w tym, że nie musimy zgadywać nastroju drugiej osoby ani chodzić na palcach. Pojawia się wtedy, gdy słowa i czyny idą w parze, a obietnice nie wiszą w powietrzu, tylko mają swoje potwierdzenie w codzienności. Jednym z najważniejszych sygnałów bezpieczeństwa jest też prawo do słabości. Możliwość bycia zmęczoną, cichą, nieidealną – bez lęku, że zostanie się za to odrzuconą lub skrytykowaną. To moment, w którym nie trzeba nic udowadniać, by zasługiwać na bliskość. Z perspektywy neurobiologii najprostszy znak jest bardzo czytelny: zamiast osoby, która „odbiera nam oddech”, szukajmy kogoś, przy kim możemy głęboko odetchnąć. Ekscytacja i napięcie często chodzą ze sobą w parze. Bezpieczeństwo to relacja, przy której ciało czuje, że może odpuścić kontrolę.

A co by Pani poradziła singielkom i singlom, których, jeśli wierzyć badaniom, w Polsce jest już prawie czterdzieści procent? Warto aktywnie szukać miłości, relacji czy jednak odpuścić i zdać się na przypadek?

Często słyszę pytanie: szukać czy czekać? Odpowiem przewrotnie: ani jedno, ani drugie. Zamiast nerwowego rozglądania się za kimś i szukania miłości z pozycji braku lub zamykania serca na kłódkę, bo „miłość nie jest dla mnie”, czyli odpuszczania i rezygnacji, proponuję trzecią drogę. Nie traktujmy bycia singielką czy singlem jak poczekalni, w której życie jest spauzowane, dopóki nie pojawi się „ktoś”. Zajmijmy się w tym czasie – to cenny moment – budowaniem tej jedynej relacji, od której nie ma ucieczki: relacji ze sobą. Jeśli teraz czujemy pustkę i liczymy na to, że partner ją wypełni, to niestety – miłość tak nie działa. Drugi człowiek nie jest plastrem na nasze stare rany ani brakującym elementem układanki.

Moja rada płynąca z Bliskości brzmi: stań się dla siebie osobą, której szukasz. Zbuduj w sobie ten dom, za którym tak bardzo tęsknisz. Zaopiekuj się swoimi potrzebami, polub swoje towarzystwo i ulecz to, co boli. Kiedy stajesz się pełna i dobra dla siebie, dzieje się magia – przestajesz żebrać o uwagę, a zaczynasz naturalnie przyciągać miłość. I wtedy ta miłość przychodzi nie po to, by cię uratować, ale po to, by spotkać się z twoją pełnią. Bo serce, które kocha siebie, jest najpiękniejszym zaproszeniem dla kogoś, kto potrafi kochać naprawdę.

Więcej w książce „Bliskość”, wyd. Sensus, Gliwice 2026: https://sensus.pl/ksiazki/bliskosc-alina-adamowicz,blisks.htm?#format/d

Przypisy

    POZNAJ PUBLIKACJE Z NASZEJ KSIĘGARNI