„Paradoks dopaminy” – przeczytaj fragment książki!

Materiały partnera

Dopamina wciąga nas w pułapkę niezaspokojonych pragnień. Obiecuje szczęście, ale tak naprawdę nigdy go nie daje. Michael E. Long, współautor bestsellera Mózg chce więcej, w swoim nowym, praktycznym przewodniku pokazuje, jak ci przejąć kontrolę nad swoim mózgiem i prowadzić życie pełne prawdziwej satysfakcji, a nie ulotnych przyjemności. Poniżej prezentujemy fragment książki.

Rozdział 12

POLECAMY

INDOKTRYNOWANI INFORMACJAMI

Nauka płynąca z roku bez wiadomości

Dopamina nieustannie ciągnie nas do tego, co nowe i nieznane. Możesz dowiedzieć się wszystkiego o współmałżonku, stać się ekspertem w swoim fachu, przeczytać wszystkie książki ulubionego autora i nauczyć się każdej piosenki ukochanego zespołu, ale w końcu zabraknie ci nowych treści do poznawania. Jedno na pewno będzie się pojawiać w twojej świadomości każdego dnia, wnosząc to, co niespodziewane: dopływ wiadomości. To w dużej mierze dlatego osoby o wysokim poziomie dopaminy przyciąga wszelka polityka – nie tylko zapewnia ona ciągłą stymulację dopaminową związaną z rozwiązywaniem problemów, ale także dostarcza niekończącego się strumienia nowych czynników i twarzy, które należy uwzględnić w tych rozwiązaniach, oraz kolejnych permutacji do przetworzenia przez dopaminę kontroli. Fakt, że te nowe wiadomości są dostępne w każdej chwili, po przejechaniu palcem po ekranie iPhone’a, sprawia, że są one o wiele atrakcyjniejsze dla obwodów pożądania i kontroli.

Być może widzieliście tę scenę z serialu Parki i rekreacja, kiedy to śmiertelnie poważny Ron Swanson, grany przez Nicka Offermana, składa najbardziej pamiętne zamówienie kulinarne w dziejach sitcomów. Ron, namiętny amator steków, właśnie się dowiedział o zamknięciu jego ulubionej restauracji. Zrozpaczony, trafia do baru, gdzie podają mu cienki kawałek czegoś, co ledwo przypomina mięso. „To nie jest stek” – mówi do kelnera. – Dlaczego tak nazywacie to w menu?” Następnie składa swoje słynne zamówienie.

„Daj mi po prostu cały bekon i jajka, jakie macie” – mówi. Pół sekundy później woła kelnera. „Obawiam się, że usłyszałeś: «Daj mi dużo bekonu i jajek». Powiedziałem: «Daj mi cały bekon i jajka, jakie macie». Rozumiesz?”

W 2017 roku odciąłem się od wiadomości. Obawiam się, że to, co właśnie przeczytałeś, to: „W 2017 roku Mike oglądał znacznie mniej wiadomości”. Napisałem i miałem na myśli: „Odciąłem się od wiadomości”. Od wszystkich. Zablokowałem strony informacyjne w przeglądarce i telefonie. Kiedy w radiu nadawali wiadomości, natychmiast przełączałem stację – nie po nagłówkach, tylko od razu. Nie chciałem brać do ręki gazet. Przestałem czytać artykuły publicystyczne i analizy, co było dla mnie sporym wyzwaniem. (Mieszkam w Waszyngtonie i przyjechałem tu, żeby się zatrudnić w polityce. Nie pracuję już w tej branży). Prowadzę zajęcia z public relations, perswazji, profesjonalnego pisania, retoryki i tworzenia artykułów publicystycznych. Pisałem przemówienia i artykuły redakcyjne dla polityków, w tym dla kandydatów na urząd prezydenta Stanów Zjednoczonych. Śledzenie wiadomości nie tylko było dla mnie czymś naturalnym, ale też sprawiało mi ogromną przyjemność. Mogłem wymienić wiele powodów: lubiłem być na bieżąco z aktualnymi wydarzeniami, mieć przemyślaną opinię, kompetentnie uczestniczyć w poważnych dyskusjach i potrafić przedstawić drugą stronę sporu w sposób zrozumiały dla przeciwnika (jak można zauważyć, były to przyjemności takie bardziej dopaminergiczne).

Mimo to czułem, że polityka i sprawy publiczne zajmują zbyt dużo miejsca w moim życiu wewnętrznym, więc uznałem, że najlepszym i najszybszym sposobem na przekonanie się o tym i być może naprawę tego staniu rzeczy będzie odwyk. Było to również najtrudniejsze, o czym doskonale wiedziałem. Wyobrażałem sobie, że wyrzeczenie się wiadomości będzie jak odcięcie się od jedzenia lub rodziny.

Myliłem się.

Pod koniec roku zdałem sobie sprawę, że bez mojego uważnego śledzenia świat jakoś nadal się kręci. Wciąż było na tyle dużo zainteresowanych nim ludzi o różnych poglądach, że moje wyłączenie się nie spowodowało żadnego spowolnienia postępu społecznego ani spadku poziomu dyskusji publicznej. Zauważyłem, że całe to czytanie, zamartwianie się i intensywne formułowanie opinii, którym się oddawałem, miało znikomy wpływ na rzeczywistość. I w przeciwieństwie do niemal całej reszty maniaków wiadomości ja przez lata robiłem coś więcej, niż tylko czytałem i komentowałem. Pracowałem na Kapitolu i w ogóle w K Street*, w samym centrum walki o różne ustawy, regulacje, orzeczenia i nominacje. A teraz zastanawiałem się: Dlaczego?

To nie był nieszczęśliwy rozwód, jakiego się spodziewałem. Myślałem, że będę tęsknił za śledzeniem wiadomości. Nie tęskniłem. To, co uważałem za zysk, wiedzę i przyjemność analizowania, uznałem za przypadkowy produkt uboczny, a nie cel czytania wiadomości. Moje dążenie do tych rzeczy było po prostu kolejną dopaminową pogonią. Śledzenie wiadomości pozwalało mi cieszyć się szeregiem miłych doznań wywołanych dopaminą: tajemnicą tego, co przyniesie następny nagłówek, fascynacją tym, czego jeszcze mogę się dowiedzieć, walką intelektów, którą to może wywołać, oraz antycypacją mojej nowej analizy, w rzeczywistości nijak niewzbogacającej dyskursu publicznego ani rozmów z moimi znajomymi (którzy, z czego zdałem sobie sprawę, i tak nie byli tym zbytnio zainteresowani). Tyle że energia emocjonalna i intelektualna, którą na to wszystko poświęcałem – a także czas – była pokaźną inwestycją, bezzwrotną zarówno dla świata, jak i dla mnie.

Na długo przed moim rokiem bez wiadomości, a sporo po tym, jak moja praca zaczęła odchodzić od koncentrowania się na bieżących wydarzeniach, śledzenie serwisów informacyjnych stało się dla mnie co najwyżej hobby – ale nie zdawałem sobie z tego sprawy. Nikt na nim nie korzystał, nawet ja. To, co uważałem za obywatelski obowiązek i samodoskonalenie, było dobrze zamaskowaną wersją szarady. Tylko bawiłem się, oszukując siebie, że to coś więcej.

Wisienką na torcie było to, że dążenie to nadwyrężyło moje przyjaźnie, a kilka z nich doprowadziło do zerwania. Nie zmieniłem niczyjego zdania. Wzmocniłem jedynie pozycję osób, które podzielały moje poglądy, a ci, którzy się z tym nie zgadzali, czuli się bardziej wyobcowani. Nie dążyłem do jakiegoś szlachetnego celu. Po prostu wciągnęła mnie czarna dziura pogoni za aprobatą w mediach społecznościowych. Jedyne, co robiłem, to sprawdzanie liczby polubień, a to nie poprawiało życia nikomu, a już na pewno nie mnie. Patrząc wstecz, zastanawiam się, jak spędziłbym czas bez mediów społecznościowych, które mnie napędzały. Byłem kolejnym bezmyślnym biegaczem na zaawansowanej technologicznie bieżni, mylącym swoje krótkotrwałe zainteresowanie z osiągnięciem na całe życie.

W tym miejscu robi się naprawdę ciekawie. Gdybym śledził wiadomości dotyczące jednej kwestii lub sprawy, moja pogoń za dopaminą byłaby skutecznym i satysfakcjonującym motorem utrzymującym mnie w grze. Ale tak nie było. Była to tylko rozrywka – i choć w zabawie w okazjonalne pogonie za dopaminą nie ma nic złego, to jednak nie było to nic więcej. Arystoteles nauczał, że działania, które nie są ukierunkowane na jakiś wyższy, wartościowy cel, pozostawiają nas pustymi. Psychiatra Viktor Frankl stworzył całą szkołę terapii opartą na tej idei, jak pamiętacie z rozdziału 5. Obaj mieli rację*. Cieszę się, że zdałem sobie z tego sprawę, zanim minęło więcej czasu.

Chcesz spróbować?

Rozważ spędzenie roku bez wiadomości. Trudno zacząć, ale wytrwać łatwo, znacznie łatwiej, niż się spodziewasz. Po prostu zrób to, co ja: odetnij sobie dostęp do wiadomości na swoich urządzeniach, a następnie postanów, że gdy natkniesz się na nie „w realu”, oddalisz się. Zanim zaczniesz, wybierz dwie lub trzy inne czynności, po które sięgniesz, gdy poczujesz pokusę sprawdzenia wiadomości – na przykład ulubioną grę słowną, telefon do przyjaciela lub czytanie książki. Jeszcze jedno: nikomu nie mów o swojej kampanii. W przeciwnym razie twoi znajomi będą czuli się skrępowani, wspominając przy tobie o wiadomościach, a to sprawi tylko, że twoje pragnienie powróci na pierwszy plan. Prawdopodobnie będą wspominać o sprawach zasłyszanych w serwisach informacyjnych. To nic. Przyjmij to do wiadomości i zmień temat. Jeśli będą go ciągnąć, wymów się i odejdź.

Możesz się obawiać, że przeoczysz coś śmiertelnie poważnego, ale bez obaw. Nie da się całkowicie odciąć od wiadomości. Jeśli coś jest naprawdę ważne, ktoś ci o tym powie. Poza tym twoje pojęcie „wagi sprawy” ulegnie zmianie. Dużo dyskutujemy o tym, kto jest prezydentem, która partia kontroluje Izbę Reprezentantów i Senat oraz co różne ustawy oznaczają dla miejsc pracy i cen. Te rzeczy oczywiście mają wpływ na nasze życie, ale ich skutki są zazwyczaj subtelne, powolne, długoterminowe i stanowią tylko jeden z wielu czynników. W większości przypadków ten wpływ jest tak nieznaczny, że jedynym powodem, dla którego w ogóle o nim wiemy, jest to, że… przeczytaliśmy nagłówek w telefonie.

Jeśli potrzebujesz dowodu, zaznacz w kalendarzu termin za 3 miesiące od rozpoczęcia tego wyzwania. Będzie to dzień, w którym pozwolisz sobie przeczytać wiadomości – zakładając, że nadal będziesz mieć na to ochotę. Ale już teraz mogę ci powiedzieć, co znajdziesz tego dnia: nagłówki będą kontynuacją tego, co było wcześniej. Przedstawienie wciąż trwa, zmiany były znikome, a ich wpływ na twoje życie bliski 0. Kilkumiesięczny odwyk od wiadomości da ci jednak nowe spojrzenie na to, co jest istotne i jak bardzo możesz kontrolować swoją potrzebę „bycia na bieżąco”, a także na to, co naprawdę stanowi sprawy najwyższej wagi. Okazuje się, że wielu z nas, sądząc, że ma na uwadze lepszy świat, w rzeczywistości goni za czymś innym.

* Termin „K Street”, nawiązujący do lokalizacji wielu biur lobbystów, to waszyngtońskie umowne określenie branży wpływów.

** Zajmiemy się tym na końcu książki.

Fragment pochodzi z książki „Paradoks Dopaminy. Dlaczego dostajemy coraz mniej, chociaż chcemy coraz więcej” autorstwa Michaela E. Longa, która właśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Feeria.

Książkę można kupić tutaj: https://wydawnictwofeeria.pl/paradoks-dopaminy-dlaczego-dostajemy-coraz-mniej-chociaz-chcemy-coraz-wiecej-michael-e-long,ksiazka-2923800

Przypisy

    POZNAJ PUBLIKACJE Z NASZEJ KSIĘGARNI