Dołącz do czytelników
Brak wyników

Wstęp

4 listopada 2015

AKADEMICKI SAVOIR-VIVRE

0 301

Nadszedł nowy rok akademicki. Świeżo upieczeni studenci zastanawiają się, jak znaleźć się w nowej roli, w nowym, specyficznym środowisku. Studiowanie to nie tylko uczęszczanie na zajęcia, zgłębianie lektur w bibliotekach i pisanie prac seminaryjnych. Być studentem oznacza obracać się w społeczności akademickiej złożonej z profesorów, adiunktów, asystentów, pracowników biblioteki, administracji i oczywiście koleżanek i kolegów. Co każdy student wiedzieć powinien.

W jaki sposób zwracać się do wykładowców i nawiązywać z nimi kontaktye-mailowe, telefoniczne i osobiste? Jak się (nie)zachowywać na zajęciach? Jak się (nie)ubierać? Na czym polega dobrze pojęta koleżeńskość? O tym nie napisano w podręcznikach akademickich, a ta sfera życia studenckiego stanowi często źródło stresów, nieporozumień lub przedmiot żartów. Dawniej etos akademicki był wpisany w tradycję uczelni i student chłonął obyczaje przez sam fakt przebywania w swojej Alma Mater. Dziś, gdy nowe wyższe uczelnie mnożą się jak grzyby po deszczu, trudno mówić o nawiązywaniu do jakichkolwiek tradycji. Nie zawsze wiadomo, w jakim stroju „wystąpić”. Czasy noszenia ubioru, który służył identyfikacji ze swoją uczelnią, minęły w Polsce chyba bezpowrotnie, choć na niektórych europejskich uniwersytetach  tradycja taka zachowała się. Demokracja zachęca do nadmiaru swobody.

Niby dlaczego nie można prezentować kolczyka w pępku na wykładzie z biologicznych podstaw zachowania? Czy psychologia różnic indywidualnych to przedmiot, na który studentom płci męskiej nie przystoi przychodzić w krótkich spodenkach? Nie szkodzi, że to nie plaża. Czy gdzieś jest napisane, że na konsultacje z profesorem nie przychodzi się w czapce bejsbolówce, a na egzamin, który jest przecież ważnym wydarzeniem, nie można założyć sukienki z odkrytymi plecami? Nie każdemu dane jest mieć wyczucie okoliczności, sytuacji. A przecież do filharmonii nie chodzi się w dresie... Dlatego też niekompletnie ubrane damy przychodzące na egzamin z kolczykiem w pępku i tatuażem na nodze, na plecach i biuście są po prostu żenujące. Zresztą, drogie Panie, moda na tatuaże i kolczyki w różnych częściach ciała mija. Teraz jest modna złocista opalenizna uzyskana za pomocą samoopalacza. Najprawdopodobniej już wkrótce będziemy oglądać całe audytoria twarzy o barwie marchewki.

Trudności pojawiają się na uczelnianych korytarzach, w zetknięciu z pracownikami uczelni. Każdy dobrze wie, że młodszy kłania się starszemu, podwładny przełożonemu, a często funkcjonuje zasada, że „lepiej wychowany kłania się pierwszy”. Niewątpliwie niektóre panie profesor wyglądają jak studentki, ale nie będzie chyba ryzykiem powiedzieć „dzień dobry” nawet temu wykładowcy, z którym nie mamy aktualnie zajęć.

Świeżo upieczeni studenci nie wiedzą czasami, jak się zwracać do prowadzących zajęcia, i zdarza się, że magister jest tytułowany „panie profesorze”, a do profesora ktoś zwraca się „panie Stanisławie”. A bywa i tak: na korytarzu student długo przygląda się pewnej pani adiunkt i wreszcie wykrzykuje uradowany: „Ach, to przecież nasza pani doktor Dorotka!”. Bywa też podobnie, jak w przypadku Mistrza Bezczelności. Otóż obecność na większości zajęć jest obowiązkowa, a zwracanie się tytułami naukowymi do prowadzących przyjęte na wszystkich uczelniach. Ale jeżeli student uważa inaczej, zawsze z tego wybrnie. Miałam okazję usłyszeć od swojego magistranta, który nie chodził na seminarium i w rezultacie źle przeprowadził badania, takie oto słowa: „Oj, pani Alicjo, mam wrażenie, że poświęciła mi pani za mało czasu!”.

Kontakt z wykładowcami odbywa się niejednokrotnie drogą e-mailową lub telefoniczną. Niektórzy określają, w jakich godzinach dzwonić, ale nikt chyba nie mówi, jakiej treści e-maile wysyłać. Na przykład do dr Małgorzaty Fajkowskiej-Stanik (SWPS) przyszedł taki: „Pani Doktor! Byłam Pani studentką i nie mogę wytrzymać, by zadać Pani to pytanie: Czy Pani jest siostrą Jolanty Fajkowskiej z telewizji?”.

Do czego służy e-mail czy telefon komórkowy? Pewien profesor politechniki podszedł do problemu fachowo: na pierwszych zajęciach wyjaśnił studentom elektroniki zasady działania telefonu komórkowego, pisząc dużymi literami na tablicy: „To urządzenie ma przycisk, za pomocą którego można je wyłączyć”. Inny profesor powiedział: „Przeciętnie raz na wykładzie odzywa się telefon komórkowy. Ustawienie w pozycji »milczy« zdarza się rzadko, a niektórzy właściciele komórek nie potrafią używać przycisku »off« i wyłączyć telefonu na półtorej godziny. Tego zupełnie nie rozumiem, gdyż w życiu zapewne tylko raz zdarza się sytuacja, że musimy natychmiast reagować z użyciem telefonu. Rozumiem jednak, że nacisk grupowy i obyczaj społeczny jest niezwykle silny, i to niezależnie od tego, jak na poziomie deklaratywnym mówi się o potrzebie autonomii”.

Dla niektórych studentów problemem staje się przychodzenie na zajęcia, na które się zapisali, gdyż w tym czasie... pracują. Ale i z takiej sytuacji można wybrnąć, byle nie tak jak pewna studentka, której „nie pasowały” godziny seminarium magisterskiego. Zakłopotany profesor (i dziekan jednocześnie) zapytał ją, jak sobie w takim razie wyobraża pisanie pracy magisterskiej pod jego kierunkiem. Studentka natychmiast zaproponowała: „Może pan przychodzić półtorej godziny przed dyżurem dziekańskim i wtedy będziemy mogli porozmawiać, ta...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy