W „Uwięzionych w grach relacyjnych” piszą Państwo, że tytułowe gry czasami są nieświadome. Czy to nie jest wygodne usprawiedliwienie dla toksycznych zachowań, które ranią innych?
POLECAMY
Piszemy w książce, że nie chodzi o usprawiedliwienie, a o zrozumienie źródeł zachowań. Zbyt łatwo oceniamy zachowania innych osób, choć nie mamy świadomości historii, która za nimi stoi. Ważne jest porzucenie kategorii obwiniania siebie i innych. Wina dosyć szybko pozwala przerzucić odpowiedzialność, osądzić i wydaćwyrok – łatwo nam przychodzi w dzisiejszych czasach przypinanie etykiety „toksyczny” zamiast empatii i uznania, że aktualny wzorzec zachowań był tym, co kiedyś ratowało nam życie. Na takim podejściu trudno cokolwiek zbudować w relacjach. Zanim uzna się zachowanie za toksyczne, warto dostrzec, że w grach odtwarza się schemat jako mechanizm z przeszłości. Taka świadomość pomaga zatrzymywać zaklęty krąg przekazywania zachowań, które zamiast służyć bliskości, tylko nas od niej oddalają. Chodzi o to, by znać swój wpływ i wchodzić na nowo w relację, wybierać i decydowaćo swoich zachowaniach, rozumiejąc ich źródło.
Dlaczego tak wiele osób, które pracują nad sobą, czytają książki psychologiczne, słuchają podcastów, chodzą na terapię i znają swoje schematy, nadal mówi: „Moje relacje się nie udają”? Wiedzą naprawdę dużo, rozpoznają, co robią źle, ale nie potrafią wprowadzić tej wiedzy w życie.
Nie mówilibyśmy o tym w kategorii „robią źle”, raczej moglibyśmy powtórzyć za Brené Brown: „Kochamy tak, jak nas kochano”. Kochamy tak, jak umiemy, czasami nie zdając sobie sprawy, jak bardzo to rani nas i otoczenie. Warto więc spojrzeć na konkretne osoby, bo jesteśmy dalecy od tego, żeby znaleźć odpowiedź dla wszystkich. Gry są podstępne i odbywają się na różnych poziomach. Może być tak, że ktoś się bardzo stara zachowywaćw sposób, który rozumie jako dobry dla niego i innych, ale coś z przeszłości mocno go trzyma w schemacie. Na przykład przekonanie: jeszcze ten jeden kurs i wtedy wszystko się zmieni, odmieni się moje życie. To jednak odwlekanie sprawczości do momentu zależnego od tego, co się wydarzy, co przyjdzie z zewnątrz; od kolejnego terapeuty, programu rozwoju, autora książki. Niejako oddaje się wpływ magicznemu oddziaływaniu obcej osoby, jej autorytetowi, a w tym czasie niewiele samemu robi się we własnym życiu. Pomimo aktywnego poszukiwania w sferze realnego działania mamy do czynienia z zachowaniem pasywnym. U jego podstaw może być wiele lęku i przekonań o sobie. By wprowadzić w życie wiedzę, którą sięposiada, czyli zmienić zachowania, potrzebne jest bezpieczne i akceptujące otoczenie. Zwykle ludzie boją się, że gdy coś zmienią, to zostaną sami. Dlatego tak ważne jest miejsce, w którym mogą sprawdzić, czy z nowymi zachowaniami zostanąprzyjęci, jak są one odbierane, co wnoszą i co przynoszą. Lubię takie powiedzenie, że od patrzenia, jak ktoś prowadzi samochód, jeszcze nikt nie nauczył się prowadzić, dlatego trening jest ważny. Kluczowe jest doświadczenie bycia przyjętym z tym nowym zachowaniem i rozpoznanie, jaki potwór we własnej głowie nie pozwala na zmianę.
Czy samotność w związku to rzeczywiście efekt gier relacyjnych, czy raczej tego, że ludzie po prostu wybierają nieodpowiednich partnerów i nie chcą tego przyznać?
Patrząc na to z perspektywy gier relacyjnych, możemy powiedzieć, że dobieramy partnerów, aby można było z nimi grać. Więc to nie przypadek, że tak się ludzie dobierają. Możliwość gry pozwala poczuć tę relację. To staje się atrakcyjne. Samotność przychodzi jako rezultat, ponieważ w grach nie można nasycić się autentyczną bliskością. Człowiek wciąż podejmuje schematyczne próby i z czasem czuje coraz większe zmęczenie, a w końcu się wycofuje.
![]()
Psychologowie, terapeuci czy różnej maści specjaliści, na których natykamy się w internecie, przekonują, że „trzeba rozmawiać”. A jednak komunikacja w większości związków wciąż zawodzi. Czy problemem jest brak umiejętności, czy może brak odwagi, by powiedzieć coś niewygodnego?
Uczenie się komunikacji może być niewystarczające, ponieważ skupiamy się na technikach, niewiele troszcząc się o postawy. Możemy używać najlepszych modeli i teorii komunikacji, jeśli jednak wewnątrz przeżywamy napięcie, trwamy w przekonaniu o niewystarczalności, mamy nieświadomy lęk przed byciem blisko albo komunikację traktujemy tylko jako narzędzie wpływu, to sama rozmowa okazuje się nie przynosić efektu w postaci bliskości. Czasem to odsłona kolejnej bitwy. A bitwy to projekcje lękowe i chęć ich ukrycia. Dlatego prawdziwe spotkania to odwaga w odsłanianiu swoich czułych punktów, odkrywanie siebie przed sobą i przed drugim człowiekiem, nazywanie uczuć i potrzeb. Wtedy jest szansa, że druga strona to zobaczy i przyjmie. Odpowie tym samym. Jest szansa, ale nie ma pewności. Dlatego bliskość jest ryzykiem spotkania na głębi – pięknej, ale dotąd nieznanej obu stronom. Nasze doświadczenie w pracy z ludźmi pokazuje, że ta głębia, raz dotknięta, pozostawia niezwykły ślad – bycie przyjętym jest bardzo pociągające i uwalniające. W relacji zwykle paradoksalnie nie chodzi o powiedzenie „czegoś niewygodnego”, chodzi o odsłonięcie serca i powiedzenie o sobie – i to jest wyzwanie. Spotkanie ze sobą prawdziwym, wybaczenie sobie, czułośćdla siebie to elementy niezbędne do wyjścia z gry. Dlatego w książce pokazujemy tak dużo przykładów empatii wobec siebie, bliskość dla drugiej osoby bowiem zaczyna się od bliskości ze sobą. Aby dać siebie, warto siebie mieć.
Zwracają Państwo również uwagę na to, by nazywać potrzeby. Czy w realnym życiu nie jest to jednak ryzykowne? Co, jeśli powiem wprost, czego potrzebuję, i usłyszę: „Nie dam ci tego”, „Nie będę się zmieniał, taki już jestem”?
Właśnie, warto pamiętać i rozpychać w sobie myśl, że to nie jest odrzucenie, że ktoś wybiera siebie, swoje przekonania, ochronę swojej tożsamości, życie po swojemu. Wybiera, a nie odrzuca. To nie wpływa na moją wartość, ja wiem, czego chcę i potrzebuję, ale ludzie nie są przecież sklepami, w których zawsze kupię to, co jest mi niezbędne. Możliwe, że jestem w związku z kimś, kto nie ma z czego dać. Na przykład potrzebuję uznania w formie słownej, a ten ktoś kompletnie tego nie potrafi, za to umie zrobićkanapkę i zakupy – dla tej osoby to jedyny dostępny sposób okazania miłości. Nie zmienimy innych, to nie jest nasza misja. Ludzie mają prawo pozostać w swoich przekonaniach i w miejscu, w którym są. My możemy mieć wybór, co zrobimy w tej sytuacji. Co możemy zaakceptować, a czego nie chcemy. Możemy teżprzejrzećna oczy i dostrzec, w czym byliśmy od lat i jak bardzo pozwoliliśmy na to, by byćgłodni przez ten czas. Gra to wspólna odpowiedzialność. To mogą być trudne decyzje, ale należą do nas. Dojrzałość to również uznanie, że trzeba akceptować stratę tego, czego inni nie chcą lub nie potrafią dać.
Gdzie kończy się gra relacyjna, a zaczyna toksyczna relacja? Czy można to przejście wychwycić?
Gra relacyjna kończy się tam, gdzie wciąż pozostaje potrzeba odegrania się, czyli nieustającego dążenia do wypłaty negatywnych uczuć, które są jakby zadośćuczynieniem. Jeśli decydujemy się na zaproszenie do bliskości, ujawniamy potrzeby, a ktoś to jawnie wykorzystuje jako słabość, czekając, aż się rozpadniemy lub zrobimy to, czego oczekuje, wbrew sobie. I wie, że to będzie ze szkodą dla nas, a z pożytkiem dla niego.
Czy gry relacyjne mogą prowadzić do emocjonalnego uzależnienia od drugiej osoby? Jak odróżnić bliskość od zależności, która nas niszczy?
Bliskość nie tworzy przymusu, tylko wybór. W bliskości jest bezpieczna obecność zamiast lęku przed stratą. Jest akceptacja autonomii, miejsce na spontaniczność. To tworzy intymność rozumianą jako przyzwolenie na bycie sobą. W uwikłaniu trzeba udawać, by utrzymać więź. Racjonalizuje się krzywdę, żeby nie mierzyć się z pustką. Bycie w relacji za cenę samego bycia jest jużuzależnieniem. Lubimy takie zdanie: zależy mi na byciu z tobą, ale jestem niezależna od tego, czy tobie zależy na byciu ze mną. W tak pojętej niezależności przyjmuję, że ktoś po prostu może nie chciećlub nie umiećbyć ze mną.
Piszą Państwo, że zmiana jednej osoby może wpłynąć na relację. Trochę się to wydaje dyskusyjne, bo co, jeśli po drugiej stronie nie ma żadnej gotowości? Czy to nie jest iluzja, która zatrzymuje ludzi w związkach, choć wcale nie są dla nich dobre?
Tak czy inaczej, relacja ulegnie zmianie. Jeśli zmienimy coś po swojej stronie, to po tej stronie dojdzie do zmiany w relacji. Nie chodzi o to, żeby wchodzić w zmianę z ukrytą agendą naprawy innych. Taka ukryta intencja jest również grą i rzeczywiście może prowadzić do rozczarowania. Jeśli wychodzimy z gry, to znaczy, że stwarzamy nową przestrzeń w relacji drugiej osobie. Dlatego często ona też z czasem zmienia odpowiedź na wolną od gier. To jest ta kolejność. Jeśli nie zmienia i z uporem pozostaje w dawnym schemacie, my już nie dajemy się wciągać w to, co nam nie służy. Odzyskujemy dorosły wgląd, możemy dojrzale wybierać, podejmować decyzje. Zmienia się dynamika emocji, myśli i uczuć związanych z uczestnictwem w życiowej grze. Nie prowadzi to do przykrych rozczarowań, bo jest zrozumienie mechanizmu i zapada dojrzała decyzja, aby nie wikłać się dalej. Zgadzamy się, że czasem dojrzałość będzie zapraszać do trudnych decyzji, żeby chronić siebie.
Do najczęściej pojawiających się w wyszukiwarce internetowej zapytań należą „dlaczego nie mogę znaleźć miłości”, „czemu nikt mnie nie chce, co jest ze mną nie tak”, „dlaczego moje związki się rozpadają”. Co Państwo poradziliby takim osobom, skoro część specjalistów przekonuje, by nie robić niczego na siłę, a „miłość sama cię znajdzie”, inni z kolei mówią, że trzeba spotykać się z ludźmi, wychodzić itd.?
Mamy przekonanie, że jeśli jesteśmy w dobrej relacji z własnym „ja”, akceptujemy siebie, swoje potrzeby, umiemy zadbać o siebie, to spotkanie z drugim człowiekiem nie będzie poszukiwaniem w nim ulgi; druga osoba nie będzie obiektem oczekiwań, których ma się domyślać i które powinna spełniać. Wtedy otwiera się okazja do autentycznych relacji, w których jest miejsce na bliskość. Ale też znika – a przynajmniej łagodnieje – potrzeba słuchania wielu podpowiedzi z internetowej wyszukiwarki. Miłość się nie znajduje. Miłość buduje się w codzienności – ona potrzebuje być„robiona” codziennie. Warto patrzećna związek jak na połączenie wspólnych wartości, a nie jak na więzienie, w którym ktoś musi być, bo jeżeli go nie ma, to oznacza, że „coś z nim nie tak”. Nie jesteśmy połówkami jabłek, by ktoś nas uzupełniał. Jesteśmy wystarczający, nawet jeśli z kimś aktualnie nie sypiamy. Warto się rozejrzećwokół. Czasami ludzie przeżywająbardziej satysfakcjonujące przyjaźnie, niżinni mają związki. Lubimy pytanie: czy mam relacje, w których rozkwitam i o które umiem dbać latami? W nich jest wiele miłości, którą warto docenić; nadać jej wartość.
Jaka jest Państwa zdaniem uczciwa definicja zdrowej relacji w dzisiejszym świecie, w którym żyje coraz więcej singli?
Uczciwa definicja to taka, która zawiera, nomen omen, uczciwość. Chodzi o taką relację, w której możemy być prawdziwi ze sobą. Bez lęku, że coś musimy ukrywać, bo spotka się to z osądzającym odrzuceniem. Z poczuciem bezpieczeństwa, z podejściem, że błąd czy nieporozumienie nie jest końcem. Z ufnością, że można to z troską skleić. Ze świadomością, że to dom, do którego zawsze możemy wrócić.