Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , I

17 listopada 2015

Zaufać drodze

0 253

Podróżowanie to nic innego jak stwarzanie sytuacji, których potencjał nie zawsze się spełnia. Droga niczego nie obiecuje ani nie gwarantuje. Wszystko zależy od nas i ludzi, których spotykamy. Czasami, po prostu, nic się między nami nie dzieje. I to też jest część podróży.

Liulian, prowincja Fujian, wschodnie Chiny
Zostawiłam za sobą bloki z elewacją z łazienkowych kafelków: bryły oszpecone zapleśniałymi wentylatorami i zardzewiałymi kratami balkonów, na których wiecznie suszy się pranie. Wjechałam w krajobraz rozpadających się chatek i zalanych wodą pól ryżowych. Po godzinie zaczynają się góry. Strome zbocza porośnięte lasem, z jaśniejszymi plamami małych poletek wydartych chińskim bogom – pomiędzy poletkami pieczołowicie wyżłobiono wąskie schody. Zgarbione, szare postacie prostują się na widok zdezelowanego busika, osłaniają oczy przed rażącym słońcem. Stoją tak z wyciągniętymi rękami i patrzą, aż znikniemy za horyzontem.
Jadę przez prowincję Fujian, we wschodnich Chinach, do terenów zamieszkanych przez grupę etniczną Hakka. Hakka to „goście” (dokładnie takie jest znaczenie chińskiego zapisu tego słowa), którzy do Fujianu przenieśli się prawie tysiąc lat temu znad Żółtej Rzeki w północnych Chinach.

Nie zostali przyjęci zbyt serdecznie. Wycofali się w góry, zmusili jałową ziemię do rodzenia plonów. I wymyślili system obrony: wioski-fortece, nazywane tulou. To okrągłe bądź kwadratowe budowle bez okien, z pojedynczym wejściem na wewnętrzny dziedziniec, pośrodku którego stoją domowa świątynia i studnie. W jednym tulou, z murami grubymi na dwa metry, mieściła się cała wioska – największe mają po czterysta pokoi. Na dole trzymano świnie, kury i gęsi. Na pierwszym piętrze w spichlerzach leżały ziarna ryżu, lśniące kawałki tofu i bulwiaste warzywa. Wyżej biegły drewniane korytarze, doczepione do maleńkich pokoików przylegających do zewnętrznych – obronnych – murów. Z odpowiednimi zapasami jedzenia w tulou można było wytrzymać długie miesiące oblężenia. W Fujianie do dzisiaj stoi kilka tysięcy tulou. Część jest ciągle zamieszkana. Spać w jednym z nich, poznać jego mieszkańców, zwyczaje, opowiedzieć sobie na migi nasze życia!

Ze sławy budowli Hakków, wpisanych kilka lat temu na listę UNESCO, rząd chiński zrobił dobry użytek. Kraina Yongding to jedno wielkie tulou. Wjeżdżamy do niej przez błyszczącą nowością bramę – oczywiście w kształcie tulou. To znak: jesteśmy na terenie Hakków. Wszyscy pasażerowie busika rzucają się z aparatami do okien. Przez chwilę widać nowoczesny hotel. W kształcie tulou. Supermarket. W kształcie tulou. Za nim plac budowy – robotnicy w niebieskich uniformach bielą betonowe ściany nowego tulou. Z tyłu kilka bladopomarańczowych ruin, które jeszcze niedawno pewnie były zamieszkane. Im nikt nie robi zdjęć. Wydaje się, że Chińczyków bardziej interesuje to, co nowe i ładne, niż to, co stare i zdewastowane. Za to ja – jak większość Europejczyków – chętnie zanurzę się w historie ruin. Zapatrzę się na to, co było. Nostalgicznie się rozmarzę. W tym czasie Chińczycy pognają do przodu. A jeśli będą potrzebowali zachwycić się czymś, to sobie to zbudują.

Zatrzymuję się w Liulian – wiosce nad niewielką rzeką otoczoną górami. Szara, zakurzona droga, bezkształtne budynki. Po drugiej stronie rzeczki stoi niewielkie, owalne tulou. Ledwo zdążyłam wyjąć plecak z bagażnika, a już z restauracji, przed którą zatrzymał się busik, wybiega gruby Chińczyk i przejmuje nade mną kontrolę przy pomocy czterech słów: nocleg, jedzenie, jutro, wycieczka. Chińczyk upycha mnie w tulou – w pokoju z wiatrakiem, zardzewiałymi gwoździami wbitymi w betonowe ściany, łysą żarówką i rozwaloną kłódką. Przedstawia mi mapę z trasą wycieczki, wskazując swój motor. A w restauracji prowadzi do łazienki, używając piątego angielskiego słowa: toaleta. Wymachuje ręką w kierunku tulou i obwieszcza: „toi[-]let no”.

Moje tulou ma cztery piętra i dach z szarej dachówki. Do środka prowadzi jedna brama z masywnymi drzwiami. Przed wejściem stoją niebieskie przyrządy do ćwiczeń, umieszczone pewnie przez partię – dla zdrowia narodu. Takie same stały na rogach ulic w Pekinie. Na ścianie tulou kable, bezpieczniki i jedna antena. Na środku dziedzińca chlew otoczony pierścieniem kurników. Fragment tulou zawalił się – odbudowano tylko zewnętrzny mur, pozwalając wewnętrznym korytarzom urywać się kikutami belek. Przestrzeń mojego piętra zastawiono nieużywanymi wentylatorami – porastają je pajęczyny. Pod ścianą gałęzie powiązane w pęki, u sufitu zawieszone kosze z gęsim pierzem. Przez uchylone drzwi dostrzegam w kuchni nowe lodówki i kuchenki.

Nikt nie odpowiada na moje nieporadne dzień dobry, wymawiane z fatalnym akcentem i w nieodpowiednim dialekcie. Nikt nie czeka na mnie z uśmiechem. Nikt nie zaprasza na obiad. Nikt nie chce razem luzować kurczaka, nie daje dzieci do niańczenia. Siedzą i patrzą w telewizory. Czemu mieliby poświęcać mi uwagę? Byłam jedyną białą wśród turystów, którzy przewinęli się przez Liulian w ciągu tego popołudnia. Tylko biali mogli wymyślić, że nocowanie w glinianych budowlach pozwoli poczuć prawdziwe Chiny. Ja nie znoszę być atrakcją turystyczną, czemu więc zakładam, że oni to lubią? Jestem intruzem, który kupił doświadczenie życia ich życiem, nie płacąc im, tylko lokalnemu cwaniakowi. Jeśli chcę, to proszę: mogę tu spać, mogę ich podglądać. Ale przeżyć kupić się nie da.

Bramy tulou zamykają się o ósmej. Ciemno, ani jednej gwiazdy. Ani jednego promienia światła prześwitującego przez zamknięte drzwi moich sąsiadów. Już przysypiam, gdy przychodzi mi do głowy myśl, że jestem tu zupełnie sama. Chowam scyzoryk pod poduszkę. Całą noc nasłuchuję skradających się kroków.

Maria La Gorda, prowincja Pinardel Río, zachodnia Kuba
Jadę pustą drogą. Przez cztery godziny nie mija mnie żaden samochód. Z okien patrzę na wioski złożone z kilku domów. Pastelowe kolory ścian, kolumienki, tarasy i bujane fotele, które zapraszają, żeby usiąść i snuć opowieści pełne słońca i gęstego dymu z cygar. Fasady mają wąskie, drzwi i jedno okno. Domy ciągną się w głąb – kuchnia płynnie przechodzi w jadalnię, jadalnia w salon, salon w łaziankę, łazienka w pierwszy pokój, a ten w drugi, potem trzeci. Ostatni pokój przechodzi w ogród, śmietnik na tyłach domu. Czasem budynki są oddalone od siebie zaledwie o pół metra, choć przestrzeni tu dużo. Sąsiedzi mogą razem oglądać telewizję i jeść posiłki. Na drodze częściej niż samochody spotyka się facetów na koniach. Po konnych busach (wozach z daszkiem ciągniętych przez dwa siwki) poznaję, że zbliżam się do większego miasta. Czasem na asfalcie zaterkocze dorożka – wersja dla zamożniejszych.

Maria La Gorda to wioska na zachodzie Kuby. Dziesięć domów nad brzegiem morza, posterunek policji, jeden park narodowy z najmniejszym kolibrem świata, rafy koralowe przyciągające nurków, jeden hotel. Nie planowałam zostać na noc – chciałam tylko zanurkować. Hotel był za drogi, a wioska zbyt mała, za rzadko odwiedzana przez turystów, żeby komuś opłacało się zamienić jeden pokój swojego mieszkania w domowy hotelik dla gości. Ale Rosa, którą wzięłam na stopa, nie przestaje opowiadać o siostrze wynajmującej pokoje.

– Co za okazja! Widok na morze, kubańska rodzina, wspólna kolacja przy piwie!
Rosa prowadzi z tylnego siedzenia. Brudne od ziemi ręce nie przestają gestykulować. – Mujer! Jedź szybciej! Ale ci się tam spodoba – chrypi. Widać już morze, błękitna woda skrzy się w południowym słońcu. Kamienisty brzeg łagodnie schodzi w dół. Wjeżdżam na klepisko przed budynkiem z otynkowanymi ścianami – właścicielom zabrakło farby, żeby je pomalować na jeden z wszechobecnych pastelowych kolorów. Rosa wyskakuje z samochodu, biegnie, krzyczy coś do siedzących w cieniu kobiet. Dostanie sporą prowizję. To nieoficjalny wynajem. Gdyby przyłapano na tym siostrę Rosy, zapłaciłaby tysiąc dolarów kary. Chce jej się ryzykować dla dwudziestu zielonych?

Rosa wszystko nakręca: co zjem na kolację, co na śniadanie, jak długo zostanę, gdzie będę spać i jaki będę mieć widok. – Amiga! – klepie mnie boleśnie po łopatkach. – Decyduj się teraz, zanim przyjadą inni turyści! Kobieta, od której mam wynająć pokój, wydaje się tak samo skrępowana jak ja.

Kiedy nurkowałam, cała rodzina wyniosła się z domu do drewnianej komórki pod płotem. Rosy już nie ma. Dostała to, co chciała. Kuba...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy