Zaufać drodze

Ja i mój rozwój I

Podróżowanie to nic innego jak stwarzanie sytuacji, których potencjał nie zawsze się spełnia. Droga niczego nie obiecuje ani nie gwarantuje. Wszystko zależy od nas i ludzi, których spotykamy. Czasami, po prostu, nic się między nami nie dzieje. I to też jest część podróży.

Liulian, prowincja Fujian, wschodnie Chiny
Zostawiłam za sobą bloki z elewacją z łazienkowych kafelków: bryły oszpecone zapleśniałymi wentylatorami i zardzewiałymi kratami balkonów, na których wiecznie suszy się pranie. Wjechałam w krajobraz rozpadających się chatek i zalanych wodą pól ryżowych. Po godzinie zaczynają się góry. Strome zbocza porośnięte lasem, z jaśniejszymi plamami małych poletek wydartych chińskim bogom – pomiędzy poletkami pieczołowicie wyżłobiono wąskie schody. Zgarbione, szare postacie prostują się na widok zdezelowanego busika, osłaniają oczy przed rażącym słońcem. Stoją tak z wyciągniętymi rękami i patrzą, aż znikniemy za horyzontem.
Jadę przez prowincję Fujian, we wschodnich Chinach, do terenów zamieszkanych przez grupę etniczną Hakka. Hakka to „goście” (dokładnie takie jest znaczenie chińskiego zapisu tego słowa), którzy do Fujianu przenieśli się prawie tysiąc lat temu znad Żółtej Rzeki w północnych Chinach.

Nie zostali przyjęci zbyt serdecznie. Wycofali się w góry, zmusili jałową ziemię do rodzenia plonów. I wymyślili system obrony: wioski-fortece, nazywane tulou. To okrągłe bądź kwadratowe budowle bez okien, z pojedynczym wejściem na wewnętrzny dziedziniec, pośrodku którego stoją domowa świątynia i studnie. W jednym tulou, z murami grubymi na dwa metry, mieściła się cała wioska – największe mają po czterysta pokoi. Na dole trzymano świnie, kury i gęsi. Na pierwszym piętrze w spichlerzach leżały ziarna ryżu, lśniące kawałki tofu i bulwiaste warzywa. Wyżej biegły drewniane korytarze, doczepione do maleńkich pokoików przylegających do zewnętrznych – obronnych – murów. Z odpowiednimi zapasami jedzenia w tulou można było wytrzymać długie miesiące oblężenia. W Fujianie do dzisiaj stoi kilka tysięcy tulou. Część jest ciągle zamieszkana. Spać w jednym z nich, poznać jego mieszkańców, zwyczaje, opowiedzieć sobie na migi nasze życia!

Ze sławy budowli Hakków, wpisanych kilka lat temu na listę UNESCO, rząd chiński zrobił dobry użytek. Kraina Yongding to jedno wielkie tulou. Wjeżdżamy do niej przez błyszczącą nowością bramę – oczywiście w kształcie tulou. To znak: jesteśmy na terenie Hakków. Wszyscy pasażerowie busika rzucają się z aparatami do okien. Przez chwilę widać nowoczesny hotel. W kształcie tulou. Supermarket. W kształcie tulou. Za nim plac budowy – robotnicy w niebieskich uniformach bielą betonowe ściany nowego tulou. Z tyłu kilka bladopomarańczowych ruin, które jeszcze niedawno pewnie były zamieszkane. Im nikt nie robi zdjęć. Wydaje się, że Chińczyków bardziej interesuje to, co nowe i ładne, niż to, co stare i zdewastowane. Za to ja – jak większość Europejczyków – chętnie zanurzę się w historie ruin. Zapatrzę się na to, co było. Nostalgicznie się rozmarzę. W tym czasie Chińczycy pognają do przodu. A jeśli będą potrzebowali zachwycić się czymś, to sobie to zbudują.

Zatrzymuję się w Liulian – wiosce nad niewielką rzeką otoczoną górami. Szara, zakurzona droga, bezkształtne budynki. Po drugiej stronie rzeczki stoi niewielkie, owalne tulou. Ledwo zdążyłam wyjąć plecak z bagażnika, a już z restauracji, przed którą zatrzymał się busik, wybiega gruby Chińczyk i przejmuje nade mną kontrolę przy pomocy czterech słów: nocleg, jedzenie, jutro, wycieczka. Chińczyk upycha mnie w tulou – w pokoju z wiatrakiem, zardzewiałymi gwoździami wbitymi w betonowe ściany, łysą żarówką i rozwaloną kłódką. Przedstawia mi mapę z trasą wycieczki, wskazując swój motor. A w restauracji prowadzi do łazienki, używając piątego angielskiego słowa: toaleta. Wymachuje ręką w kierunku tulou i obwieszcza: „toi[-]let no”.

Moje tulou ma cztery piętra i dach z szarej dachówki. Do środka prowadzi jedna brama z masywnymi drzwiami. Przed wejściem stoją niebieskie przyrządy do ćwiczeń, umieszczone pewnie przez partię – dla zdrowia narodu. Takie same stały na rogach ulic w Pekinie. Na ścianie tulou kable, bezpieczniki i jedna antena. Na środku dziedzińca chlew otoczony pierścieniem kurników. Fragment tulou zawalił się – odbudowano tylko zewnętrzn...

Pozostałe 80% artykułu dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.



POLECAMY

Przypisy