Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

10 lutego 2016

Wiedeń przed nami

73

Czasem jakieś zdanie usłyszane w podróży jest dla mnie tym, czym dla wielu ludzi pamiątkowe zdjęcie zrobione w słynnym miejscu, pośród zabytków. Ja nie robię zdjęć. Zbieram ważne myśli - opowiada dyrygent i kompozytor Jerzy Maksymiuk.

MAGDA BRZEZIŃSKA: – To prawda, że przejechał Pan kiedyś 300 km tylko po to, by sprawdzić jedną adnotację w rękopisie Mozarta?
JERZY MAKSYMIUK:
– Tak, pojechałem do Grünstadt, do Niemiec, bo nie byłem pewny, czy Mozart napisał w jednym miejscu dwa forte czy forte – bardzo głośno czy głośno. Niekiedy jadę kawał drogi, żeby sprawdzić,jakie wartości nut są w rękopisie, bo dla mnie najważniejsza jest muzyka i to, co z nią związane. Kiedyś, gdy miałem wystawić operę Mozarta Don Giovanni, solista mający śpiewać jedną arię przyjechał ze Szwajcarii tylko po to, by zaśpiewać ją przede mną, żebym zaakceptował tempo wykonania. Jechał z tak daleka, a śpiewał tylko przez trzy minuty! Podobne doświadczenie miałem w Szkocji, gdy tam nagrywałem płytę. Przyjechał do mnie z Londynu producent programu telewizyjnego – przyjechał na 15 minut. Zapytałem go potem, dlaczego przyjechał z tak daleka na kwadrans. Odpowiedział: „To mi wystarczy, żeby zobaczyć pański temperament, na to nie trzeba wiele czasu”. Wystarczy takie 15 minut, żeby wiedzieć o drugim człowieku, co potrzeba. Nie wszystko, ale to wystarczy. I ja takie spotkania, takie kwadranse zbieram. Bo generalnie życie codzienne jest takie samo, dzień jak co dzień, ale nagle zdarza się coś, co zmienia nas, co pozwala na jakieś sprawy spojrzeć inaczej.

Ważne są właśnie takie kwadranse?
– Mnie nie interesuje dzień jak co dzień, choć w tych zwykłych dniach padają różne zdania, które niezwykle cenię. Pewnego razu na próbie grał pianista, bardzo zdolny, ale utwór był trudny i on nie mógł wygrać nut jak potrzeba. I na swoje wytłumaczenie powiedział tak: „To nie Carnegie Hall”. To zdanie pamiętam do tej pory, bo co ono znaczy? Pianista robił błędy, ale sądził, że to dopuszczalne, bo przecież przygotowywany był spektakl na warszawską scenę, a nie do londyńskiej Covent Garden, nie do Carnegie Hall w Nowym Jorku. Powiedział innymi słowy: proszę dostosować swoje wymagania do naszych możliwości. On nie mógł więcej, bo nikt nie może więcej. Tak jest u nas, tak jest w Hiszpanii, we Francji. Tylko w jednym kraju muzycy mogą więcej: w Anglii.

No właśnie, Anglia. W Polsce był Pan już sławnym człowiekiem, gdy przeniósł się Pan do Ang[-]lii. Co znaczyła dla Pana ta podróż?

– Zawsze byłem bardzo uparty, po ojcu, więc doprowadziłem Polską Orkiestrę Kameralną do światowego poziomu. To była mała orkiestra. Zwykle dzieje się tak, że dyrygent zaczyna z małą orkiestrą, żeby dojść do dużej. U mnie było wszystko odwrotnie. Bo jestem inny, nie taki jak wszyscy, „jednorazowy” – jak mnie kiedyś nazwała pani dyrektor katowickiej filharmonii. W każdym razie chciałem osiągnąć najwyższy poziom. Nie tylko byliśmy zdolni, ale mieliśmy też szczęście, sukces, mnóstwo koncertów w ważnych miejscach. Anglicy się o tym dowiedzieli i zaangażowali mnie do BBC Scottish Symphony Orchestra. I znowu zdarzyło się coś niecodziennego, znowu taki niezwykły kwadrans. Spotkanie z szefem wytwórni EMI. W gabinetach szefów, w których ja wcześniej bywałem, był rozgardiasz, ludzie rozmawiali, kawę pili, a tu... cisza kompletna. Przez pięć minut nikt nie odezwał się słówkiem, wszyscy czekali, aż odezwie się szef. Chodziło o nagranie jakiegoś koncertu Bacha. Wymieniano dwóch solistów i zastanawiano się, czy oni się lubią. Tam zetknąłem się z innym porządkiem wszystkiego. Najbardziej niesamowitym dla mnie odkryciem było to, że orkiestra angielska od razu gra wszystko. Robi program w ciągu czterech godzin, na co w Hiszpanii orkiestry
potrzebują dwa tygodnie. Znalazłem się w innym świecie, angielskim świecie niezwykłej precyzji.

Jak Słowianin, w Grodnie urodzony, z duszą nieuporządkowaną, odnalazł się w tym poukładanym świecie?

– Matka mi powiedziała: „Jurek, słuchaj ludzi, a wszystkiego się nauczysz”. Ale ja lubię uczyć ludzi i przez to bardzo się narażam. A jak się odnalazłem w Anglii? Po prostu potrzebowali takiego szefa, z taką energią i z takimi osiągnięciami. Ale znowu miałem problemy ze słuchaniem ludzi, chciałem nauczyć, wydobyć jak najwięcej. Pewnego dnia podczas próby podszedł do mnie koncertmistrz i powiedział: „Jazzy, ale my tylko pytamy”. To kolejne ważne dla mnie zdanie, które otworzyło mi oczy. Koncertmistrz powiedział: „my tylko pytamy”, czyli zostaw emocje, a postaw na informację. Bo my wszyscy wkładamy dużo emocji, wszyscy krzyczymy, a przecież tylko pewne sprawy są istotne, reszta jest bez znaczenia.

Miał Pan podczas swoich podróży takie zdarzenia, które pokazały Panu, co jest bez znaczenia?

– Pewna podróż zmieniła mój pogląd na to, czym są święta, jak powinny wyglądać. Właśnie wtedy, gdy pracowałem w Anglii, postanowiłem wybrać się do Francji, do Prowansji, którą bardzo lubię. Akurat była Wigilia. U nas, w moich rodzinnych białostockich stronach, przed Wigilią się pościło, więc potem – Boże, jak to wszystko smakowało! To, co w święta zobaczyłem w Prowansji, miało dla mnie wielkie znaczenie – bo dla mnie znaczenie ma nie sama podróż, fizyczność bycia w drodze, ale zdania, chwile, które zmieniają moje spojrzenie na świat.

Co takiego zobaczył Pan w Prowansji?

– Doleciałem do Nicei, potem taksówką doje[-]chałem do Monton, bo byłem wtedy bogaty, angielska królowa mi płaciła… I patrzę – nad jeziorem siedzi wędkarz. Siódma wieczorem, w moim rodzinnym Białymstoku pewnie już wszyscy zasiedli do wieczerzy wigilijnej, a tu facet stoi nad brzegiem i łowi ryby.
Spytałem go, czy dziś jest Wigilia. Potwierdził, czyli wiedział, co to za dzień, ale dla niego, dla ludzi w tym kraju tradycja już nie miała takiego znaczenia jak dla nas. A więc są różne światy. Wobec tego można wyciągnąć dalsze wnioski: a może tak ma być, może tak trzeba żyć? Może zatem, Jazzy, popatrz na ten świat i dostosuj swoje patrzenie do tego, jak jest.
To nie Carnegie Hall... Oczywiście podróże niekoniecznie uczą, czy ma być Gwiazdka, czy nie, tylko otwierają szerszą perspektywę. Takie spojrzenie może nauczyć większego spokoju: może być tak i może być tak, możemy łowić ryby i możemy celebrować święto przy stole, możemy grać lepiej i możemy grać gorzej, nie zawsze musi być precyzja. Gdybym wziął z tego naukę, to byłoby super, ale ja nie toleruję w muzyce braku precyzji. Mogę mówić „to nie Carnegie Hall”, ale i tak od tubisty będę wymagał, żeby grał jak w Carnegie Hall.

No to mamy już dwa zdania, które przywiózł Pan ze świata: „to nie Carnegie Hall” i „my tylko pytamy”. A Pański profesor, Jerzy Lefeld, powtarzał: „Nie idź tam, dokąd prowadzi cię ścieżka. Raczej idź tam, gdzie nie ma ścieżki i zostaw swój ślad”.

– Tak, to mi bardzo odpowiada. Właśnie takie zdania jak to stanowią punkty w tej mojej całej podróży. Dopowiem kolejne, które do śmierci będę pamiętał. To był koncert na Orkney. Krajobraz bez drzew, powyrywana trawa. Zadarłem z orkiestrą. Mówię do Trevora Greena, świetnego znawcy muzyki, któremu wiele zawdzięczam: „Mam problem z tą orkiestrą, nie mogę ich zrozumieć”. A on na to: „Jazzy, ty nie masz problemu z tą orkiestrą, ty masz problem z orkiestrą”. Czyli z każdą orkiestrą. To zdanie miało dla mnie kolosalne znaczenie. Jestem maniakiem precyzji. Przyjeżdżam do orkiestry i widzę braki, chcę zbudować utwór, ale żeby...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy