Dołącz do czytelników
Brak wyników

Rodzina i związki , Praktycznie

13 sierpnia 2018

Synowie w moim sercu

27

Powtórne, dorosłe ojcostwo odczuwam mocniej, bo dziś dostrzegam swoje słabości, niekonsekwencje, braki, tęsknoty. Dzięki moim synom już nie uciekam od siebie.

Gdy w dzieciństwie oberwałem od kogoś, słyszałem od taty: „dlaczego mu nie oddałeś?”, „trzeba umieć się bić!”. Tato, czy Ty umiałeś się bić, czy Ty oddawałeś w nos? Gdy byłem mały i zdarłem sobie kolano, słyszałem: „dlaczego się mażesz?”, „nie bądź baba!”. Mamo, czy Ty wstydziłaś się syna-baby, który się maże? Miałem być twardy, dzielny i nigdy się nie skarżyć. I stać się KIMŚ.

Kim jestem dzisiaj? Jestem ojcem trzech synów – jednego dorosłego i dwóch małych, kilkuletnich. Życie nauczyło mnie, że większość spotykających mnie życiowych sytuacji nie jest jednoznacznie korzystna lub niekorzystna dla mnie; mają one najczęściej złożone znaczenie. Wierzę, że to, co się dzieje w życiu, jest po coś: żeby zrozumieć, żeby odczuć, żeby mieć okazję... Nawet jeśli sens jest początkowo zakryty, przydymiony. Śmierć mojej matki otworzyła mi oczy, wręcz w magiczny sposób, na sprawy mojej rodziny, relacji między rodzicami, istnienie mnie samego w układzie tych dwojga ludzi, ze wszystkimi ich zaletami i wadami, i z ich udziałem w wychowaniu mnie, naznaczeniu swoimi lękami, nadziejami, ograniczeniami i potencjałem.

Przeżyć samemu

Przez wiele lat uciekałem od siebie, uciekałem od prawdziwego „ja”, chciałem nawet czemuś zaprzeczyć, albo – jeśli spojrzeć na to inaczej – zbierałem doświadczenia, przygotowywałem się, żeby dziś móc odczuwać inaczej, głębiej, z większym pożytkiem. Dzisiaj rozumiem, że ojciec, którego wcześniej widziałem jako człowieka spokojnego, miał też twarz kogoś nieobecnego, odsuniętego. Że w łagodności krył się także pierwiastek bierności, a jego smutek był powstrzymywaną złością. Gdy sobie to uświadomiłem, mój ojciec nie stał się dla mnie kimś gorszym, odrzuconym – to pozwoliło mi dostrzec w nim więcej człowieczeństwa, zrozumieć go i zaakceptować. Zrozumiałem własne odsunięcie wiele lat temu. Trudno mi było wtedy zaakceptować siebie – swoją niezgrabność i szorstkość faceta, jakim byłem w kontakcie z małym dzieckiem, moim pierwszym synem. Wolałem stać z boku, uciec do pracy, niż być nieporadnym i niedoskonałym. Kogo zawiódłbym?
Najbardziej pewnie samego siebie.

Przy młodszych synach odkryłem, jak trudno mi być ojcem. Ile to wymaga wysiłku, ile łez chciałbym wylać, ale przecież nie mogę się mazać. Mam się bić z życiem, ale bywam potwornie zmęczony, padam na twarz, zasypiam, usypiając najmłodszego. Nie chcę sobie dawać taryfy ulgowej, wiem natomiast, że pewnych rzeczy nie można kupić, trzeba je przeżyć samemu. Nie odzyskam czasu, a ten, który pozostał, ma swoje ograniczenia. Młodsi synowie dorosną, pójdą w świat, tak jak najstarszy, a ja pozostanę z myślami o czasie minionym sam. Mówi się, że warto zawczasu zadbać o swoją emeryturę, ale przecież dotyczy to wszystkiego: uczuć, wspomnień, przeżytych chwil, powrotów do siebie, relacji, bliskości, poczucia tęsknoty i braku.

Ich świat to mój świat

Kiedy patrzę na małe dziecko, nie znajduję w nim złej woli, złości bez powodu. Widzę bezbronność i niewinność, bezgraniczną zależność i potrzebę rozwoju. Przypominają mi się słowa Jiddu Krishnamurti: „Gdybyśmy naprawdę potrafili kochać nasze dzieci, to na świecie nie byłoby wojen”.

Imiona moich synów mam wyryt...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy